ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 czerwca 12 (540) / 2026

Katarzyna Szkaradnik,

SENIORZY CHCĄ CAŁEGO ŻYCIA ('CO PO GRACE?, REŻ. KRZYSZTOF DRACZ)

A A A
W dyskursie publicznym napotykamy dychotomiczny wizerunek starszych ludzi. Według pierwszego obrazu jesień życia jest złotą jesienią, a osoby „60+” generalnie są pełne wigoru, aktywne, zaangażowane kulturalnie i społecznie, rozwijają swoje pasje, dbają o urodę i uczęszczają nie tylko na zajęcia uniwersytetów trzeciego wieku, lecz także na jogę, lub nawet siłownię. Z kolei przedstawiciele nurtu krytycznego biją na alarm, że wskutek starzenia się społeczeństwa przybywa osób, które cierpią na choroby otępienne lub ograniczające sprawność ruchową, tymczasem brakuje opiekunów medycznych, oraz że emeryci są nierzadko osamotnionymi i zapomnianymi przez rodzinę „więźniami czwartego piętra”, w dodatku ledwie wiążącymi koniec z końcem. Spektakl „Co po Grace?” autorstwa Carey Crim – który miał polską prapremierę w stołecznym Teatrze Polonia Krystyny Jandy 15 marca 2026 roku – wpisuje się w tę pierwszą, pozytywną narrację, ale nie trywializuje zagadnienia sytuacji seniorów, ba, wnika w jego aspekty zazwyczaj niepodejmowane na forum. Nazwałabym go refleksyjną komedią obyczajowo-romantyczną (!), co mogłoby być dość ryzykowną kombinacją, jednak w tym przypadku udało się wybornie. Kameralna sztuka została skomponowana dla trojga aktorów, na których barkach spoczywa zadanie przekonującego połączenia pierwiastka humorystycznego z dramatycznym, a zwłaszcza elegijnym – osią fabularną jest bowiem strata i radzenie sobie z niszczącą siłą czasu.

Rzecz dzieje się w mieszkaniu 70-letniego Angusa (w tej roli Krzysztof Dracz, zarazem reżyser przedstawienia), człowieka niebiednego, o czym świadczy basen za oknem. Minioną noc, której szczegóły zatarła spora ilość wypitego alkoholu, mężczyzna spędził z dopiero co spotkaną Abigail (brawurowa kreacja Hanny Śleszyńskiej); na dodatek okoliczności zawarcia przez nich znajomości okazują się tragikomiczne, lub przynajmniej niekonwencjonalne. Takie (nie)dwuznaczne zawiązanie akcji wydaje się (do cna zgranym) punktem wyjścia farsy, a pikanterię wzmaga pojawienie się na scenie Olliego (Andrzej Zieliński) – sąsiada Angusa, dawnego baseballisty, rzekomo romansującego z jego żoną. Następują liczne qui pro quo, ale komedia omyłek stanowi zaledwie sztafaż, który sukcesywnie się rozpada. W miarę jak poznajemy bagaż doświadczeń protagonistów, ujawnia się ciężar gatunkowy „Co po Grace?”, a pomiędzy zabawnymi ripostami wybrzmiewają gorzkie obserwacje; mimo to wszakże sztuka nie traci lekkości frunących motyli (porównanie zrozumiałe dla osób, które już ją obejrzały).

Z trudem powściągam swoje inklinacje do streszczania fabuły, mam jednak świadomość, że pozbawiłoby ono frajdy potencjalnego widza, a chciałabym jak najwięcej czytelników nakłonić do zobaczenia owego spektaklu. Nie jest to klasyka, na którą przychodzimy do teatru, aby sprawdzić, co akurat i jakimi środkami wydobyli z niej twórcy danej inscenizacji. Chociaż w planie zdarzeniowym „Co po Grace?” dzieje się niewiele, odkrywanie kolejnych puzzli wiedzy o przeszłości i obecnym położeniu trojga bohaterów przynosi publiczności sporo zaskoczeń. Dracz jako reżyser postawił nie na eksperymenty czy fajerwerki formalne (aczkolwiek wykorzystana została projekcja wideo), lecz na interakcje między postaciami i ich konfrontację z własnymi emocjami.

Wywołująca zażenowanie (z początku bodaj także u niejednego widza) „przygoda” Abigail i Angusa będzie przedmiotem ich sprzeczki o oczekiwania kobiet i mężczyzn wobec siebie, przede wszystkim zaś – rozmowy o wspólnym statusie osób „w pewnym wieku”. Ona, 63-letnia rozwódka, za namową znajomej przygotowała filmik o sobie na portal randkowy, choć zdawała sobie sprawę, że wśród jego użytkowników wzbudzi najwyżej niezdrową sensację i politowanie. Nie tylko jednak kobiety z upływem lat stają się niewidzialne; po przekroczeniu jakiegoś progu człowiek najczęściej zostaje zepchnięty na margines społeczeństwa, dla którego dłużej nie przedstawia wartości i które obojętnieje na jego los. Angus artykułuje to wprost: „My z Olliem jesteśmy w takim wieku, że nikt już nie mówi o naszej śmierci jako o tragedii. Mówią: »To przykre, że odszedł, ale miał już swoje lata«”. Protagoniści „Co po Grace?” zmagają się ze stereotypami ageistowskimi wyznaczającymi, co wypada im robić, a czego nie wypada, z wtłoczeniem w role babci gotującej konfitury i dziadka rozwiązującego krzyżówki. W imię protestu przeciwko tym niepisanym, arbitralnym zasadom – i przeciw skazaniu na samotność – postępuje Abigail, kobieta niewątpliwie wyzwolona, która udowadnia, że ani pragnienie relacji romantycznej, ani potrzeby erotyczne nie wyparowują w dniu sześćdziesiątych urodzin. Bohaterowie Crim nie chcą być po gombrowiczowsku „upupiani” i tłamszeni, upominają się – niczym kobiety w słynnym manifeście Zofii Nałkowskiej – o dostęp do całego życia. Wszak chociaż zmarszczek i dolegliwości przybywa, to „jeszcze w zielone gramy”, a nawet (tu żartobliwy spojler do rymu) „zioło” wdychamy. Jak łamać schematy, to łamać.

Oprócz podobnych bolączek wynikających z przynależności do najstarszej grupy wiekowej każda z postaci niesie ze sobą własne rany i pokomplikowaną przeszłość. Jeśli widz początkowo jest skonfundowany zachowaniem Abigail, to gdy poznaje jej rozterki i motywacje, rozumie jej postawę, lub wręcz się z nią solidaryzuje. Mimo że bohaterka walczy ze swoimi demonami i okazuje się nadspodziewanie bezbronna, wspiera emocjonalnie (profesjonalnie, bo z dyplomem) obu mężczyzn. A robotę ma niełatwą. Wrażliwemu Olliemu, 68-letniemu ekssportowcowi, doskwiera nie tylko kontuzja biodra, lecz także brzemię tajemnicy niewyjawionej przed ojcem oraz niemożność zaakceptowania siebie. Angus przypuszczalnie był niegdyś czarujący, niemniej staje się coraz bardziej zgorzkniały i wybuchowy – tak wyraża złość zarówno na bezlitosny bieg czasu, jak i spowodowaną zawodem osobistym i ujmą dla honoru. Naturalnie, porywczość protagonisty zostaje wyzyskana na potrzeby komizmu w potyczkach słownych z Abigail i Olliem, lecz w gruncie rzeczy ten przekonany o swojej słuszności raptus jest uczuciowy („Ja wiem, nasz bagaż był ciężki, ale miał też kółka, które pomagały go ciągnąć”) oraz potrafi otworzyć się na innych.

Właśnie waga komunikacji zdaje się clou spektaklu. Crim diagnozuje niezależne od wieku, powszechne w kulturze zachodniej schorzenie polegające na braku rozmowy z bliskimi (a w konsekwencji – braku porozumienia), na nieumiejętności dbania o więzi i docenianiu ich znaczenia, kiedy bywa za późno. Bohaterowie spotykają się w przełomowym momencie życia, momencie kryzysowym, w którym jednak mogą dokonać bilansu, rozrachować się z minionym i podjąć decyzję, by wreszcie przestać skrywać swoją tożsamość (jak Ollie), uciekać w samorozwój i rozwiązywać cudze problemy zamiast własnych (jak Abigail) czy chować zranione uczucia pod maską cynizmu i ironii (jak Angus). Sięgając po język psychoanalizy jungowskiej: porzucić mechanizmy obronne i zmierzyć się z osobistym Cieniem. Kontekst terapeutyczny nie jest tu nadużyciem, bo postacie dojrzewają po części dzięki zaimprowizowanej psychodramie (teatr w teatrze), która pozwala im się odsłonić i przełamać. „Po części”, gdyż zasługę ma tu też po prostu otwarte „gadanie” ze sobą, w którego siłę wierzy Abigail. Wypływa z niego pop-psychologiczne, lecz przecież słuszne przesłanie, że nie należy kurczowo trzymać się dręczącej przeszłości, czasem trzeba zamknąć pewien rozdział, by otworzyć kolejny, a jeśli pakować walizki, to nie z powodu kapitulacji, tylko po to, żeby wybrać się w nową podróż, podążyć w nieznane mimo obaw.

Nad podziw dużo tematów zostaje poruszonych w „Co po Grace?” w ciągu stu minut. Mówi się tu o przepracowywaniu straty i poczucia upokorzenia, o zdradzie i zemście, o rozstaniach i pożegnaniach, o nietolerancji, o pracoholizmie jako sublimacji niespełnienia, ale także o miłości do zwierząt domowych, a nawet o… znakach z zaświatów. Pierwszoplanową rolę odgrywa wątek queerowy, nader mądrze potraktowany. Niestety, nadal się zdarza, że gdy w komediach pojawia się motyw homoseksualizmu, to – na przekór poprawności politycznej, w myśl teatralnej licentia poetica – jako przedmiot prymitywnych, sztubackich dowcipów; „odmieniec” jest więc postacią skarykaturowaną, a przedstawienie takie – de facto farsą. W sztuce Crim oczywiście wątek ten posłużył do celów humorystycznych, lecz przewrotnie, tak iż w rezultacie widz śmieje się nie tyle z żartów opartych na stereotypach i uprzedzeniach, ile z samych homofobicznych stereotypów i uprzedzeń zakorzenionych w społeczeństwie.

Oglądając różne komedie, nieraz bywałam skonsternowana tym, jakie sytuacje w założeniu twórców powinny wywoływać śmiech, w trakcie „Co po Grace?” natomiast czasem się zadumałam, a czasem szczerze roześmiałam za sprawą zgrabnie skonstruowanej fabuły, finezyjnych kwestii bohaterów oraz – last but not least – kreacji aktorskich. Gry Śleszyńskiej, Dracza i Zielińskiego właściwie nie ma sensu komentować, bo musiałabym powielać banały. Są to przecież artyści sztuki scenicznej, łączący (rzecz jasna, każde z nich w unikatowy sposób) komediowy esprit z warsztatem dramatycznym, a w nowym spektaklu Teatru Polonia potwierdzają swoją klasę, sugestywnie wydobywając oba wymienione rysy (buffo i serio) postaci, w które się wcielają.

Mimo aktorskiego kunsztu niewiele by jednak zdziałali, gdyby owe figury zostały zbudowane inaczej, gdyby wyjściowo brakowało między nimi dynamiki, im samym zaś – wyrazistych charakterów i wiarygodności. Publiczność stale też poznaje niespodziewane fakty, które uzupełniają ich obraz, a wartkie dialogi są, o czym już wspomniałam, nośnikiem niewymuszonego humoru (w sporej mierze dzięki przekładowi Bogusławy Plisz-Góral). Wszystkie te walory świadczą zarówno o sprawności uznanej amerykańskiej dramatopisarki, jak i o jej życiowej mądrości i doświadczeniu; przebija z nich także zrozumienie okazywane przez Carey Crim bohaterom. Nie traktuje ich ona jako ludzi starych z pobłażliwą wyższością ani nie infantylizuje – czyni z protagonistów złożone osobowości, bliskie widzom w swoich tęsknotach i ułomnościach. Warto dodać, iż trzy tygodnie przed premierą „Co po Grace?” odbyła się w Teatrze Współczesnym w Warszawie premiera innej sztuki tej samej autorki – „23 i pół godziny”. Przyznam, że jestem ciekawa pozostałych dzieł Crim, jeśli podobnie jak w omawianym spektaklu splata w nich wnikliwość psychologiczną i wiwisekcję emocji z ironią, łagodną wobec bohaterów, a wymierzoną bardziej w nakładany im gorset społecznych oczekiwań i stereotypów.

„Co po Grace?” emanuje ciepłem, ale unika czułostkowości, aczkolwiek pojawiają się akcenty melodramatyczne (symboliczne żółte motyle niczym w „Stu latach samotności” Gabriela Garcíi Márqueza). Jest to po prostu świetne, poruszające przedstawienie, bez wysokiego progu wejścia, a zarazem szanujące inteligencję i wrażliwość widza, którego bawi i uczy. Owa nauka nie ma nic wspólnego z tanim dydaktyzmem, mimo że stopniowo od atmosfery farsowej przesuwamy się ku dramatowi psychologicznemu, a lekka forma przemyca refleksję egzystencjalną. Jak pogodzić się z upływem czasu? Czy raczej, przeciwnie, należy ciągle się buntować, stawiać opór jego dewastującemu działaniu? Być może strata, choć powoduje żal, pustkę i przytłacza, ostatecznie pozwala nam spojrzeć na siebie przytomniej i zastanowić się, co naprawdę ma znaczenie, jak najlepiej spożytkować lata lub dni, które nam pozostały. W tym świetle jako charakterystyka „Co po Grace?” pasuje fraza z wiersza-wyznania Leopolda Staffa „Przedśpiew” – „pogodny mądrym smutkiem”. Zamiast beztroskiego, cukierkowego obrazka starości dostajemy więc sugestię, że zanim zamknie się nad nami wieko trumny, nigdy nie są zamknięte wszystkie drzwi, że dopóki życie trwa, dopóty tli się iskierka nadziei. A może nawet dwie – wszak wyboje owego życia jednak raźniej jest pokonywać wspólnie.
Carey Crim: „Co po Grace?”. Reżyseria: Krzysztof Dracz. Przekład: Bogusława Plisz-Góral. Scenografia, kostiumy, reżyseria światła: Michał Dracz. Asystent scenografa i kostiumografa: Małgorzata Domańska. Realizacja dźwięku: Michał Tatara. Realizacja światła: Rafał Piotrowski. Realizacja projekcji: Paweł Nowicki. Premiera: 15.03.2026 r., Teatr Polonia w Warszawie.