POWRACAĆ I DĄŻYĆ (JEANETTE WINTERSON: 'PO CO CI SZCZĘŚCIE, JEŚLI MOŻESZ BYĆ NORMALNA?')
A
A
A
Pierwszy raz „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?” Jeanette Winterson przeczytałam parę lat temu, pracując nad doktoratem, w którym żywo zajmowały mnie relacje matek i córek. Przyciągało mnie do tej książki wszystko – tytuł, temat, fraza, osobliwe poczucie pokrewieństwa. Wydawnictwo Czarne zdecydowało się na wznowienie „Po co ci szczęście…” czternaście lat od pierwszego polskiego wydania, w nowym tłumaczeniu Kai Gucio – a ja wróciłam do tej pozycji kolejny raz. I kolejny raz w momencie, kiedy właśnie tego potrzebowałam.
Jeanette Winterson debiutowała powieścią „Nie tylko pomarańcze” (1985, w Polsce 2000, tłum. Waldemar Łyś), która była autobiograficzną fikcją. Przyniosła autorce natychmiastowy rozgłos – ironiczna, zdystansowana, a zarazem baśniowo-mityczna, biblijna opowieść o dojrzewaniu w adopcyjnej rodzinie zielonoświątkowców na robotniczej północy Anglii miała w sobie to „coś” przedziwnie uniwersalnego w całej swojej jednostkowości i partykularności. W „Po co ci szczęście…” można odnaleźć podobne motywy, co w debiucie Winterson – w końcu wraca do tej samej historii, własnej historii – ale w innym ujęciu. Pierwsza książka była jednak powieścią – z pewnym ładunkiem fikcji, a zarazem eksperymentalną. „Po co ci szczęście…” z kolei trudno sklasyfikować gatunkowo (a może wcale nie trzeba tego robić?). To trochę autobiografia, ale też esej: o czasie, szczęściu, normalności i szaleństwie, literaturze, dojrzewaniu i tożsamości.
Impulsem do powrotu do opowiedzianej już raz historii jest poszukiwanie biologicznej matki. Po śmierci obojga adopcyjnych rodziców Winterson stoczyła batalię urzędową, aby znaleźć kobietę, która po sześciu tygodniach oddała ją do adopcji. Nie jest to jednak opowieść z happy endem rozumianym jako odnalezienie „prawdziwej” matki i zaleczenie ran, odnalezienie siebie, swoich źródeł i korzeni, które nadadzą nowy sens, pozwolą ruszyć dalej już bez bólu i straty. Winterson dedykuje książkę trzem matkom: Constance Winterson, matce adopcyjnej, Ruth Rendell, matce z wyboru, i Ann S., matce biologicznej. Na pytanie: co kształtuje biografię, biologia czy wychowanie, Winterson zapewne odpowiedziałaby – tak. Oraz nie, zupełnie nie.
Czas w ujęciu Winterson nie jest linearny, to powroty, spirale dyktowane pracą pamięci i pisania. Każda podróż w przeszłość uruchamia na nowo opowieść, która jest zarazem jedyną bronią przeciw rozrastającej się, wszechogarniającej opowieści matki – a pani Winterson, jak nazywa ją autorka, miała wiele do powiedzenia, zwłaszcza o swojej adoptowanej córce, która była zawsze nie tym, czego matka się spodziewała (kto już w tym zdaniu rozpoznał siebie, ręka w górę). Dojrzewanie, stwarzanie siebie, własny głos i własna opowieść – tego poszukuje autorka, poznając literaturę dzięki bibliotece publicznej w Accrington, metodycznie czytając wszystko, co w katalogu znajdowało się w kategorii „proza angielska A–Z”. „By uniknąć ciasnej opowieści pani Winterson, musiałam nauczyć się opowiadać własną historię. Życie to po części fakty, po części zmyślenie. I zawsze jest to przykrywka dla czegoś innego. Ja napisałam sobie drogę do wyjścia” (s. 12).
Przez to „Po co ci szczęście…” jest tyleż autobiografią, co esejem o roli literatury, i to najbardziej przekonującym, jaki kiedykolwiek przeczytałam. Zdaniem Winterson literatura nie tyle jest ważna, nie tyle ma jakieś funkcje, co jest kluczowa i niezbędna. „Nie miałam nikogo, kto mógłby mi pomóc, ale pomógł mi T. S. Eliot. Kiedy więc ludzie mówią, że poezja to luksus, opcjonalny dodatek, coś dla wykształconej klasy średniej, że nie powinno się jej czytać w szkole, bo jest nieistotna, albo wygadują inne dziwne głupoty na temat poezji i jej miejsca w naszym życiu, to podejrzewam, że ci, którzy tak twierdzą, mieli dość łatwo. Ciężkie życie wymaga mocnego języka – a poezja dokładnie taka jest. To właśnie oferuje literatura: język wystarczająco silny, by powiedzieć, jak jest naprawdę” (s. 47-48). Dla Winterson literatura jest nie tyle istotna społecznie, co istotna jednostkowo, osobiście – mniej interesuje ją tzw. czynnik kulturotwórczy, tworzenie społeczności, wspólnoty komunikacyjnej, co ustanowienie samej siebie w oparciu o opowieść. Kiedy jej matka znajduje kolekcję książek w miękkiej oprawie ukrytą pod materacem łóżka, a następnie całą pali, nie jest w stanie „ruszyć” tego, co w książkach było najistotniejsze, a co już zostało w czytelniczce. „To, co zawierały, tkwiło już we mnie i miało razem ze mną się stąd wyrwać” (s. 50) – a tym czymś był jej własny tekst, powstający z fragmentów, skrawków, powrotów. Książki są niebezpieczne, bo „nigdy nie wiadomo, co się w nich znajduje, dopóki nie jest za późno (s. 40). Podobnie jest z wychowywaniem dzieci.
Tytułowe pytanie – po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? – oczywiście zadaje Jeanette jej matka. Bo Jeanette naprawdę się uparła, że zamierza dążyć do szczęścia, nawet jeśli jej definicja szczęścia nie mieściła się w definicji normalności pani Winterson. Pragnienie kochania kobiet jest istotną, ale nie jedyną składową tego szczęścia. Siła opowieści Winterson polega na tym, jak to szczęście definiuje. „Dążenie do szczęścia, co ja robiłam i nadal robię, nie jest bynajmniej tożsame z byciem szczęśliwą – ten stan uważam za ulotny, zależny od okoliczności i nieco cielęcy” (s. 31), pisze Winterson. Jak więc dążyć do szczęścia, nie będąc zarazem permanentnie szczęśliwą ani nawet nie oczekując, że będzie się permanentnie szczęśliwą? „To, do czego dążysz, to sens – sensowne życie. (…) Zdarzają się momenty, kiedy wszystko idzie tak źle, że ledwo żyjesz, i chwile, kiedy zdajesz sobie sprawę, że lepiej ledwo żyć na własnych warunkach, niż wieść rozdęte półżycie na cudzych” (s. 31). Dla Winterson dążenie do sensu, do szczęścia, to gotowość do zmiany, raczej podróż niż osiąganie celu. Dlatego nie ma innych zakończeń niż zakończenia otwarte. „Po co ci szczęście…” kończy zdanie: „Nie mam pojęcia, co będzie dalej” (s. 248).
Podobnie jak „Nie tylko pomarańcze”, „Po co ci szczęście…” jest opowieścią o dorastaniu w bardzo szczególnych warunkach. Nie każdy wychowywał się w rodzinie zielonoświątkowców w Accrington. Nie każdy miał matkę, która miała dwa komplety sztucznych zębów (matowe na co dzień, perłowe od święta) i rewolwer w szufladzie na ściereczki do kurzu. Nie każdy w końcu odnajdywał dumę w swoich robotniczych korzeniach, a jeszcze mniej osób potrafi tę dumę opisać bez popadania w melodramatyzm lub uwznioślającą mitologizację. Nie każdy był aktywnie zniechęcany do czytania, a już na pewno nie każdy wyrwał się z biedy i ukończył Oxford. Biografia Winterson – tak jak ją opisała – jest naprawdę szczególna. Trudno uznać ją za modelową w jakimkolwiek ujęciu.
Na czym więc polega siła tej opowieści? Dlaczego trudno uznać ją za „obrazek” z pewnego miejsca i czasu, świadectwo, zwykły zapis jednostkowego doświadczenia? Na pewno ma to związek z uczciwością Winterson względem czytelnika i względem siebie samej. Skoro czas w jej ujęciu nie jest linearny, a jej opowieść, wyrastająca w kontrze do opowieści matki, składa się ze skrawków, to w różnych momentach lektury odnajduje się co innego. Siła tej książki polega właśnie na strukturze – bardzo łatwo byłoby przepisać ją na lekkostrawną papkę, która mogłaby wylądować w dziale self-helpowym: „Miałam trudne dzieciństwo. Moja matka była potworna, ale że jestem literacko utalentowana, opiszę to tak, żeby czytelnik miał z tego trochę radości. Uparłam się, że będę dążyć do szczęścia i wyrwę się z Accrington. Odkryłam literaturę, która poniosła mnie aż na studia w Oxfordzie. Nie było łatwo, ale byłam silna. Odniosłam sukces. Potem odnalazłam moją biologiczną matkę, okazało się, że mam rodzeństwo. Przyjęli mnie i zaakceptowali tak, jak pani Winterson nigdy nie umiała lub nie chciała. Dojrzałam jednak i wybaczyłam także i jej. Stworzyłam satysfakcjonującą relację z ojcem, który po śmierci pani Winterson znalazł sobie drugą żonę i był z nią bardzo szczęśliwy. A teraz mieszkam w mojej wspaniałej posiadłości, w której mam psy, owce, kurczaki i moją ukochaną. Piszę książki i scenariusze, wykładam na uniwersytetach. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie moje robotnicze korzenie, z których jestem dumna”.
To byłaby książka „na raz”. Może budująca, dająca nadzieję, świetnie napisana – ale na raz. Jest jednak powód, dla którego „Po co ci szczęście…” wydał w Polsce już drugi wydawca, i to po tylu latach od pierwszego wydania. To historia o tym, że zawsze jest nadzieja, a opowieść nie ma zakończenia, tylko kolejne nawroty, ruszanie nową drogą, nawet jeśli prowadzi w miejsce, w którym już byliśmy lub w miejsce, w którym nigdy nie chcielibyśmy się znaleźć. To opowieść o procesie i dążeniu do szczęścia, które nigdy nie będzie trwać wiecznie – co nie znaczy, że nie warto. Wedle Winterson zawsze warto.
Jeanette Winterson debiutowała powieścią „Nie tylko pomarańcze” (1985, w Polsce 2000, tłum. Waldemar Łyś), która była autobiograficzną fikcją. Przyniosła autorce natychmiastowy rozgłos – ironiczna, zdystansowana, a zarazem baśniowo-mityczna, biblijna opowieść o dojrzewaniu w adopcyjnej rodzinie zielonoświątkowców na robotniczej północy Anglii miała w sobie to „coś” przedziwnie uniwersalnego w całej swojej jednostkowości i partykularności. W „Po co ci szczęście…” można odnaleźć podobne motywy, co w debiucie Winterson – w końcu wraca do tej samej historii, własnej historii – ale w innym ujęciu. Pierwsza książka była jednak powieścią – z pewnym ładunkiem fikcji, a zarazem eksperymentalną. „Po co ci szczęście…” z kolei trudno sklasyfikować gatunkowo (a może wcale nie trzeba tego robić?). To trochę autobiografia, ale też esej: o czasie, szczęściu, normalności i szaleństwie, literaturze, dojrzewaniu i tożsamości.
Impulsem do powrotu do opowiedzianej już raz historii jest poszukiwanie biologicznej matki. Po śmierci obojga adopcyjnych rodziców Winterson stoczyła batalię urzędową, aby znaleźć kobietę, która po sześciu tygodniach oddała ją do adopcji. Nie jest to jednak opowieść z happy endem rozumianym jako odnalezienie „prawdziwej” matki i zaleczenie ran, odnalezienie siebie, swoich źródeł i korzeni, które nadadzą nowy sens, pozwolą ruszyć dalej już bez bólu i straty. Winterson dedykuje książkę trzem matkom: Constance Winterson, matce adopcyjnej, Ruth Rendell, matce z wyboru, i Ann S., matce biologicznej. Na pytanie: co kształtuje biografię, biologia czy wychowanie, Winterson zapewne odpowiedziałaby – tak. Oraz nie, zupełnie nie.
Czas w ujęciu Winterson nie jest linearny, to powroty, spirale dyktowane pracą pamięci i pisania. Każda podróż w przeszłość uruchamia na nowo opowieść, która jest zarazem jedyną bronią przeciw rozrastającej się, wszechogarniającej opowieści matki – a pani Winterson, jak nazywa ją autorka, miała wiele do powiedzenia, zwłaszcza o swojej adoptowanej córce, która była zawsze nie tym, czego matka się spodziewała (kto już w tym zdaniu rozpoznał siebie, ręka w górę). Dojrzewanie, stwarzanie siebie, własny głos i własna opowieść – tego poszukuje autorka, poznając literaturę dzięki bibliotece publicznej w Accrington, metodycznie czytając wszystko, co w katalogu znajdowało się w kategorii „proza angielska A–Z”. „By uniknąć ciasnej opowieści pani Winterson, musiałam nauczyć się opowiadać własną historię. Życie to po części fakty, po części zmyślenie. I zawsze jest to przykrywka dla czegoś innego. Ja napisałam sobie drogę do wyjścia” (s. 12).
Przez to „Po co ci szczęście…” jest tyleż autobiografią, co esejem o roli literatury, i to najbardziej przekonującym, jaki kiedykolwiek przeczytałam. Zdaniem Winterson literatura nie tyle jest ważna, nie tyle ma jakieś funkcje, co jest kluczowa i niezbędna. „Nie miałam nikogo, kto mógłby mi pomóc, ale pomógł mi T. S. Eliot. Kiedy więc ludzie mówią, że poezja to luksus, opcjonalny dodatek, coś dla wykształconej klasy średniej, że nie powinno się jej czytać w szkole, bo jest nieistotna, albo wygadują inne dziwne głupoty na temat poezji i jej miejsca w naszym życiu, to podejrzewam, że ci, którzy tak twierdzą, mieli dość łatwo. Ciężkie życie wymaga mocnego języka – a poezja dokładnie taka jest. To właśnie oferuje literatura: język wystarczająco silny, by powiedzieć, jak jest naprawdę” (s. 47-48). Dla Winterson literatura jest nie tyle istotna społecznie, co istotna jednostkowo, osobiście – mniej interesuje ją tzw. czynnik kulturotwórczy, tworzenie społeczności, wspólnoty komunikacyjnej, co ustanowienie samej siebie w oparciu o opowieść. Kiedy jej matka znajduje kolekcję książek w miękkiej oprawie ukrytą pod materacem łóżka, a następnie całą pali, nie jest w stanie „ruszyć” tego, co w książkach było najistotniejsze, a co już zostało w czytelniczce. „To, co zawierały, tkwiło już we mnie i miało razem ze mną się stąd wyrwać” (s. 50) – a tym czymś był jej własny tekst, powstający z fragmentów, skrawków, powrotów. Książki są niebezpieczne, bo „nigdy nie wiadomo, co się w nich znajduje, dopóki nie jest za późno (s. 40). Podobnie jest z wychowywaniem dzieci.
Tytułowe pytanie – po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? – oczywiście zadaje Jeanette jej matka. Bo Jeanette naprawdę się uparła, że zamierza dążyć do szczęścia, nawet jeśli jej definicja szczęścia nie mieściła się w definicji normalności pani Winterson. Pragnienie kochania kobiet jest istotną, ale nie jedyną składową tego szczęścia. Siła opowieści Winterson polega na tym, jak to szczęście definiuje. „Dążenie do szczęścia, co ja robiłam i nadal robię, nie jest bynajmniej tożsame z byciem szczęśliwą – ten stan uważam za ulotny, zależny od okoliczności i nieco cielęcy” (s. 31), pisze Winterson. Jak więc dążyć do szczęścia, nie będąc zarazem permanentnie szczęśliwą ani nawet nie oczekując, że będzie się permanentnie szczęśliwą? „To, do czego dążysz, to sens – sensowne życie. (…) Zdarzają się momenty, kiedy wszystko idzie tak źle, że ledwo żyjesz, i chwile, kiedy zdajesz sobie sprawę, że lepiej ledwo żyć na własnych warunkach, niż wieść rozdęte półżycie na cudzych” (s. 31). Dla Winterson dążenie do sensu, do szczęścia, to gotowość do zmiany, raczej podróż niż osiąganie celu. Dlatego nie ma innych zakończeń niż zakończenia otwarte. „Po co ci szczęście…” kończy zdanie: „Nie mam pojęcia, co będzie dalej” (s. 248).
Podobnie jak „Nie tylko pomarańcze”, „Po co ci szczęście…” jest opowieścią o dorastaniu w bardzo szczególnych warunkach. Nie każdy wychowywał się w rodzinie zielonoświątkowców w Accrington. Nie każdy miał matkę, która miała dwa komplety sztucznych zębów (matowe na co dzień, perłowe od święta) i rewolwer w szufladzie na ściereczki do kurzu. Nie każdy w końcu odnajdywał dumę w swoich robotniczych korzeniach, a jeszcze mniej osób potrafi tę dumę opisać bez popadania w melodramatyzm lub uwznioślającą mitologizację. Nie każdy był aktywnie zniechęcany do czytania, a już na pewno nie każdy wyrwał się z biedy i ukończył Oxford. Biografia Winterson – tak jak ją opisała – jest naprawdę szczególna. Trudno uznać ją za modelową w jakimkolwiek ujęciu.
Na czym więc polega siła tej opowieści? Dlaczego trudno uznać ją za „obrazek” z pewnego miejsca i czasu, świadectwo, zwykły zapis jednostkowego doświadczenia? Na pewno ma to związek z uczciwością Winterson względem czytelnika i względem siebie samej. Skoro czas w jej ujęciu nie jest linearny, a jej opowieść, wyrastająca w kontrze do opowieści matki, składa się ze skrawków, to w różnych momentach lektury odnajduje się co innego. Siła tej książki polega właśnie na strukturze – bardzo łatwo byłoby przepisać ją na lekkostrawną papkę, która mogłaby wylądować w dziale self-helpowym: „Miałam trudne dzieciństwo. Moja matka była potworna, ale że jestem literacko utalentowana, opiszę to tak, żeby czytelnik miał z tego trochę radości. Uparłam się, że będę dążyć do szczęścia i wyrwę się z Accrington. Odkryłam literaturę, która poniosła mnie aż na studia w Oxfordzie. Nie było łatwo, ale byłam silna. Odniosłam sukces. Potem odnalazłam moją biologiczną matkę, okazało się, że mam rodzeństwo. Przyjęli mnie i zaakceptowali tak, jak pani Winterson nigdy nie umiała lub nie chciała. Dojrzałam jednak i wybaczyłam także i jej. Stworzyłam satysfakcjonującą relację z ojcem, który po śmierci pani Winterson znalazł sobie drugą żonę i był z nią bardzo szczęśliwy. A teraz mieszkam w mojej wspaniałej posiadłości, w której mam psy, owce, kurczaki i moją ukochaną. Piszę książki i scenariusze, wykładam na uniwersytetach. To wszystko nie byłoby możliwe, gdyby nie moje robotnicze korzenie, z których jestem dumna”.
To byłaby książka „na raz”. Może budująca, dająca nadzieję, świetnie napisana – ale na raz. Jest jednak powód, dla którego „Po co ci szczęście…” wydał w Polsce już drugi wydawca, i to po tylu latach od pierwszego wydania. To historia o tym, że zawsze jest nadzieja, a opowieść nie ma zakończenia, tylko kolejne nawroty, ruszanie nową drogą, nawet jeśli prowadzi w miejsce, w którym już byliśmy lub w miejsce, w którym nigdy nie chcielibyśmy się znaleźć. To opowieść o procesie i dążeniu do szczęścia, które nigdy nie będzie trwać wiecznie – co nie znaczy, że nie warto. Wedle Winterson zawsze warto.
Jeanette Winterson: „Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?”. Przeł. Kaja Gucio. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

