ISSN 2658-1086

1 sierpnia 15-16 (543-544) / 2026

Katarzyna Szkaradnik,

SŁUDZY WIELKOŚCI (WOJCIECH KRUSZEWSKI, DARIUSZ PACHOCKI: 'ROZMOWY Z EDYTORAMI')

A A A
Pewnego krakowskiego edytora dzieł dawnych zapytano, dlaczego wydaje utwory, których nikt nie czyta, a on odpowiedział: „Bo są” (s. 52).

Z kanonicznego podręcznika Konrada Górskiego „Tekstologia i edytorstwo dzieł literackich” szczególnie zapamiętałam przykładowe omyłki drukarskie w pierwszych wydaniach utworów wieszczów (lub lapsusy ich samych) oraz domysły (tzw. koniektury) XX-wiecznych twórców edycji krytycznych, którzy starali się na podstawie bardziej wiarygodnych przekazów zrekonstruować intencję autorską. W tym kontekście nie mogę nie przytoczyć anegdoty, którą niegdyś usłyszałam na Warsztatach Młodych Edytorów i która do dziś wywołuje u mnie uśmiech. Otóż ponoć Norwid, skarżąc się komuś w liście na niechlujstwo oficyn wydawniczych, napisał, że pewien zecer z powodu „halucynacji przed obiadem” zamiast „Zrazu cię zapał porywa / A potem – smutki” podał do druku: „Zrazów cię zapach porywa / A potem – wódki”. To oczywiście ekstremalny (i mało prawdopodobny) przypadek zniekształcenia treści. Edytorzy naukowi kojarzą się raczej z pasjonatami, którzy spierają się o obecność lub brak przecinka w jednym wierszu z uporem godnym lepszej sprawy. Taki niuans nie jest wszak kwestią życia lub śmierci – inaczej niż w zdaniu krążącym w internecie i ilustrującym wagę właściwej interpunkcji: „Rozstrzelać (,) nie wolno (,) wypuścić”. Nic więc dziwnego, że w realiach turbokapitalizmu, który również akademię podporządkowuje rynkowej zasadzie wydajności, edytorstwo może się jawić jako zbyteczna dłubanina.

O tym, że parający się nim są jednak cennymi „sługami wielkości”, przekonuje książka, na którą od pierwszych zapowiedzi niecierpliwie czekałam: „Rozmowy z edytorami”, inaugurujące serię Biblioteka „Sztuki Edycji” pod redakcją Agnieszki Markuszewskiej i Mirosława Strzyżewskiego. Nazwa serii odsyła do tytułu półrocznika, który ukazuje się pod auspicjami Pracowni Edytorstwa Naukowego i Praktycznego (przedtem Zakładu Tekstologii i Edytorstwa Dzieł Literackich) UMK w Toruniu. W swoistym manifeście zamieszczonym w inicjalnym numerze redaktor, odwołując się do Górskiego, podkreślał: „Od poprawnie edytowanego tekstu powinna rozpoczynać się nasza przygoda intelektualna z ideami i poetyką dzieła literackiego (…). Dziś ta podstawowa prawda filologiczna (i hermeneutyczna) odchodzi w zapomnienie. »Efektowne nowatorstwo« interpretacyjne jakże często skrywa brak refleksji nad tekstem jako podstawowym źródłem naszej wiedzy. (…) [Należy podążać – K.Sz.] [n]ie od teorii do dzieła literackiego, ale od dzieła do interpretacji” (Strzyżewski 2011: [3]). Z tak postawioną tezą zdaje się zgadzać wszystkich jedenaścioro edytorów, z którymi rozmawiali Wojciech Kruszewski i Dariusz Pachocki z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Czekałam na recenzowany tom, mimo że większość wywiadów znałam już z łamów wspomnianego czasopisma, gdzie są publikowane od 2022 roku (o czym, notabene, prowadzący je tylko napomknęli w swej „Rozmowie wstępnej”, a warto by dołączyć notę o pierwodrukach; nie wyjaśnili też, według jakiego klucza dobierali interlokutorów). Dopiero bowiem ze zbioru tych tekstów wyłania się wielowymiarowy obraz dyscypliny – panorama, jaką dają różne punkty widzenia. Szkoda, że spośród nich zaledwie dwa reprezentują kobiety (nasuwa się pytanie, czy to proporcje reprezentatywne dla obecnego środowiska zasłużonych edytorów, a jeśli tak, to o czym one świadczą); skądinąd rozmowa z Susan L. Greenberg jest zarazem jedną z dwóch z badaczami zagranicznymi.

Jak tłumaczą Kruszewski i Pachocki we wstępie, wprawdzie pewnych poglądów wyrażonych w wywiadach nie aprobują, ale niczego nie cenzurowali. Istotnie, niektóre wypowiedzi są osobiste i dość odważne. Niemniej, choć związki części osób z tą profesją zaczęły się od zakwestionowania decyzji wcześniejszych wydawców (dobry przykład stanowi Marek Troszyński, który opracował „Raptularz 1843–1849” Słowackiego w reakcji na dość arbitralne manipulowanie rękopisem przez Juliusza Kleinera), w rozmowach – co znamienne – zasadniczo nie pojawia się krytyka innych (współczesnych) edytorów. Postawa taka wynika raczej nie tyle z obracania się w towarzystwie wzajemnej adoracji (wszak równie częste w rozmaitych środowiskach bywają animozje), ile ze świadomości, o jak trudne i wymagające zajęcie chodzi, a więc z dozy szacunku nawet wtedy, gdy ma się odmienną koncepcję wydania konkretnego utworu. Odnosi się to zresztą także do autorytetów typu Kleiner oraz do bezpośrednich poprzedników. Tomasz Chachulski wspomina: „W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych wiele rozmawiałem o kwestiach edytorskich z profesorem Zbigniewem Golińskim. Należał do pokolenia, które hołdowało nieco innym rozwiązaniom niż te dziś obowiązujące, ale podstawy pracy, poczucie odpowiedzialności, dążenie do uzyskania możliwie najlepszej i przede wszystkim wiarygodnej postaci tekstu dzieła literackiego były przecież te same (…)” (s. 180).

Mimo różnorodności perspektyw w wywiadach przewijają się pewne lejtmotywy, nie tylko z uwagi na ramowy zestaw pytań. Co najważniejsze, wypowiadający się okazują się niestety zgodni, że edytorstwo, jak już sygnalizowałam, jest niedoceniane poza kręgiem wtajemniczonych. Generalnie decydenci rządowi nie uznają dokonań na omawianym polu za osiągnięcia naukowe, a bierze się to – według Włodzimierza Boleckiego – z ignorancji, z „wyobrażeń, że edytorstwo polega na dodawaniu do cudzego tekstu posłowia lub wstępu, czyli każdy może być edytorem. (…) Uczestniczyłem kiedyś w dużej konferencji, podczas której ktoś zapytał, dlaczego projekt rozporządzenia ministerstwa na temat punktacji publikacji naukowych nie uwzględnia prac edytorskich. Urzędnik, do którego skierowano pytanie, odpowiedział, że on czytał konstytucję jednego z krajów afrykańskich opublikowaną ze wstępem i to mu uświadomiło, że prace edytorskie są niewiele warte. Z wykształcenia był politologiem” (s. 100). Nawet dobrze wykształcona przeciętna osoba często zatem nie dostrzega różnicy między ogłoszeniem cudzego tekstu (lub zbioru tekstów) z przedmową albo posłowiem a jego filologiczno-tekstologicznym zbadaniem i opatrzeniem aparatem krytycznym. Że to robota nie tylko mozolna, lecz także poddana surowym rygorom, przypomina m.in. Chachulski (redaktor serii Biblioteka Pisarzy Polskiego Oświecenia), podkreślający, że bezdyskusyjnie stanowi ona „prac[ę] naukow[ą], a sztuk[ę] edytorsk[ą] w takim (…) [sensie], w jakim mówimy o sztuce interpretacji – odczytywania znaczeń (…), które niewątpliwie zostały wpisane w strukturę semantyczną utworu. Nasza praca jest w pewnej mierze porównywalna (…) z działaniami uczonych zajmujących się (…) naukami przyrodniczymi. Szczegółowa analiza par rymowych wymaga żmudnych zestawień, statystyki, ale staje się podstawą decyzji [w] konkretnych sytuacj[ach] transkrypcyjnych, daje również materiał do badań porównawczych (na przykład w jaki sposób i w jakim zakresie poeci korzystali z dorobku poprzedników)” (s. 186).

Sęk w tym, że takie wielomiesięczne, ba, nieraz wieloletnie zgłębianie i opracowywanie tekstu skazuje edytora na niebyt w świetle „świętej” zasady publish or perish, z perspektywy ewaluacji działalności naukowej jawi się on bowiem jako jednostka nieproduktywna. Muszę tu przytoczyć obszerny fragment wypowiedzi Pauliusa V. Subačiusa (twórcy pierwszego „przewodnika po tekstologii” w języku litewskim), zawierający kwintesencję problemu: „[M]etodologie oceny wyników badań (…) gloryfikują cytowanie i dają pierwszeństwo pewnym kategoriom artykułów naukowych. Edytorzy wydań krytycznych są najbardziej poszkodowaną przez te metodologie grupą pracowników naukowych. Gdyby cytaty z Nowego Testamentu przypisać Kurtowi i Barbarze Alandom, dawnym edytorom wydania stuttgarckiego, to w indeksie cytowań wyprzedziliby oni (…) Marię Skłodowską-Curie. Jednak nie jest to tak rozliczane. Pięciostronicowa refleksja interpretacyjna nad powieścią, zwłaszcza o wydźwięku komparatystycznym, postkolonialnym, feministycznym (…), opublikowana w recenzowanym trzeciorzędnym czasopiśmie amerykański[m] (…), daje uniwersytetowi [autorki/autora – K.Sz.] więcej »punktów wydajności« niż kilka lat pracy nad aparatem krytycznym wydania naukowego, nad komentarzami, indeksami. To zaś ma decydujący wpływ na ustalanie priorytetów badań, na kariery akademickie (…). Myślenie o tym, co napiszesz w jutrzejszym raporcie dla dziekana, nie zaowocuje dobrą edycją naukową” (s. 69–70).

Przynajmniej pod kątem finansowania projektów szeroko zakrojonych (typu opera omnia) dużo się poprawiło w ostatnim piętnastoleciu dzięki Narodowemu Programowi Rozwoju Humanistyki, o którym także sporo mówią bohaterowie książki, głównie Bolecki, przez sześć lat przewodniczący Radzie NPRH. Granty (jeśli już się takowy otrzyma) nie są jednak rozwiązaniem idealnym, gdyż nie wszystkie okoliczności można przewidzieć we wniosku, a ścisłe terminy rozliczenia się z funduszy nie uwzględniają konieczności pedantycznego kolacjonowania przekazów oraz sporządzania setek komentarzy (szczególnie praca nad egodokumentami oznacza niekończące się ślęczenie w archiwach). Konkludując: edytorstwo trudno uznać za zajęcie lukratywne czy za szybką ścieżkę kariery naukowej, a nierzadko jedyną nagrodą za osiągnięcia na tej niwie bywa szacunek koleżanek i kolegów po fachu. Skoro więc ta robota – posługując się kategoriami rynkowymi – nie przynosi zysku ani rozgłosu, po co się nią parać? Zwłaszcza gdy chodzi nie o pisarski panteon, jakoś istniejący w świadomości społecznej, lecz np. o twórców XVII-wiecznych, do których dzieł poza polonistami i ewentualnie innymi badaczami mało kto zagląda? Edytor literatury dawnej Janusz Gruchała nie ma wątpliwości: „Pyta ktoś: »Po co wydawać autorów, których nikt nie czyta?«. Odpowiadam: a po co wydawać rozprawy naukowe, których nikt nie czyta (…)? Zlikwidujmy wobec tego całą dziedzinę książek naukowych. One się nie opłacają, muszą być dotowane. Ale przecież tak właśnie jest też z edycjami. Nawet gdy ukazuje się Mickiewicz, nie jest tak, że ludzie go wykupią, musi być dotacja. (…) nie na tym polega rzecz, żeby zarabiać na przeszłości. Przeszłość trzeba po prostu uprawiać. To jest kultura. »Kultura« pochodzi od colo, colere…” (s. 52).

Jak widać, w związku z refleksją, po co opracowywać i publikować (niepokupne) teksty, zrobiło się patetycznie, a jeszcze podnioślejsze odpowiedzi prowokuje inna kwestia. Zdzisław Jerzy Adamczyk (zmarły rok po wywiadzie, w wieku 88 lat) przekonywał: „Dla kogo? – to jest (…) pytanie najważniejsze. (…) jeśli ktoś chce wydawać dla siebie, to nie świadczy to dobrze o nim jako edytorze. (…) edytorstwo jest jednak swego rodzaju służbą społeczną. (…) nie wydaję dlatego, że mi się tak podoba, tylko dlatego, że jest z tego jakiś społeczny użytek” (s. 78–79). Nie należy myśleć tu wyłącznie o abstrakcyjnym dobru zbiorowym lub górnolotnie brzmiącej „spuściźnie przeszłości”, lecz także o konkretnym pożytku, o edycjach dla licznego kręgu adresatów, na co zwraca uwagę Strzyżewski. Postuluje on zarówno intensywniejsze wykorzystywanie możliwości cyfrowych czy docieranie do odbiorców przez internet, jak i np. dążenie do wyparcia z rynku najgorszego sortu wydań popularnych, zwłaszcza lektur szkolnych, których treść bywa nieraz publikowana na podstawie niewiadomego źródła, bez żadnej weryfikacji wiarygodności przekazu. Jeszcze oczywistsza powinna być korzyść dla literaturoznawców – zdarza się, że nawet ci nie sięgają do edycji krytycznych. Ba, jeden z bohaterów książki podaje przykład badacza, który z powodu nieznajomości komentarzy edytorskich zbudował w swojej rozprawie interpretację zupełnie nieuzasadnioną w świetle tych merytorycznych informacji przypisowych.

Skoro mowa o tak odpowiedzialnej profesji, nie bez kozery w wywiadach powtarza się pytanie o możliwość wykształcenia edytora w ramach studiów (obecnie rozwijają się takie specjalizacje, nieistniejące wtedy, kiedy dzisiejsi uznani przedstawiciele zawodu stawiali w nim pierwsze kroki). Większość interlokutorów Kruszewskiego i Pachockiego wyraża sceptycyzm i przyznaje, że co prawda można wyuczyć kogoś technikaliów, ale tutaj trzeba czegoś więcej. Nie da się ukryć, iż znaczny odsetek studentów rzeczonej specjalizacji (lub kierunku) jest zainteresowany funkcjonowaniem nowoczesnego wydawnictwa, cyfrowym składem publikacji itp., a nie ową benedyktyńską pracą filologiczną. Tymczasem pokuszę się o banalne spostrzeżenie, że nawet najlepiej wyedukowany edytor musi być od początku i pozostać amatorem, czyli – etymologicznie – miłośnikiem; kimś, kogo pasjonuje, jak to określa Beata Utkowska, „[t]ropienie, szukanie, układanie z tych puzzli jakiegoś wzoru, jakiejś całości – biograficznej czy tekstowej” (s. 149). Wypowiedzi z omawianego tomu pozwalają też stwierdzić, że często wchodzi się na tę drogę za sprawą fascynacji danym autorem i zauważenia luki w jego opublikowanym dorobku, którą pragnie się wypełnić, lub – jak Adam Dziadek – za sprawą urzeczenia obcowaniem z niezbadanymi dotąd archiwaliami twórcy (w przypadku katowickiego literaturoznawcy: z archiwum Wata w Beinecke Library). Wskazany przeze mnie trop „miłosny” sugeruje również Kruszewski, zwracając się do Józefa Ferta: „[M]ówisz, że nie da się wykształcić edytora, ale da się go uwieść?” (s. 27).

Zarazem powyższy cytat spaja motyw zauroczenia z tym, co niektórzy uczestnicy wywiadów traktują wręcz jako warunek sine qua non zostania solidnym edytorem, czyli z osobistą relacją mistrz – uczeń/uczennica. Nierzadko, jak już wspomniałam, środkiem nabywania wiedzy i umiejętności jest (międzypokoleniowa) polemika, ścieranie się wizji. Przykładowo Adamczyk wyznawał, że czuje dumę z posiadania takiej sukcesorki jak Utkowska, chociaż ona inaczej zapatruje się na pewne zagadnienia; sam zaś swoje poglądy formował poniekąd w sporze z przywołanym tu już Golińskim, z którym długie lata pracował w komitecie redakcyjnym „Pism zebranych” Żeromskiego: „Musiałem o tym nawet na jego żądanie napisać we wstępie do listów, że wtedy, kiedy je wydawaliśmy, to Goliński uważał, że powinniśmy tekst tych listów drukować tak, jak są w autografie. A mnie wydawało się to niedorzeczne. (…) w sytuacji gdy chodzi o teksty niebeletrystyczne, teksty publicystyczne czy listy, trzeba zmieniać pisownię nazwisk i nazw miejscowych zgodnie ze stanem faktycznym” (s. 77).

Z obserwacją, iż wdrażanie się w edytorstwo i wypracowywanie własnych koncepcji następuje nieraz poprzez sprzeciw (wobec nieścisłości lub usterek w istniejących wydaniach) lub konfrontację stanowisk, łączy się podniesiony m.in. przez Strzyżewskiego problem braku dyskusji i wymiany doświadczeń między zespołami badawczymi, które działają w różnych ośrodkach („Sztuka Edycji” pełni funkcję takiego forum w mniejszym stopniu, niż oczekiwali redaktorzy). Tu jednak muszę nadmienić o wyjątkowej inicjatywie, jaką są wzmiankowane już Warsztaty Młodych Edytorów, organizowane w Rabce-Zdroju i Kazimierzu Dolnym na przemian przez koła naukowe edytorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego – w tym roku odbyły się już po raz dwudziesty trzeci! Co napawa optymizmem, nie mamy do czynienia ze stereotypową konferencją studencką, na którą część uczestników przyjeżdża, żeby wygłosić referat i odebrać zaświadczenie o udziale, i skąd wymyka się po jednej sesji. Warsztaty naprawdę stanowią świetną przestrzeń do dzielenia się pomysłami i rezultatami własnych badań przez adeptów profesji, których zresztą wspierają profesorowie (program wydarzenia zgodnie z nazwą obejmuje także zajęcia praktyczne, a nieraz i wykład mistrzowski).

O swoich rozmaitych doświadczeniach opowiadają też oczywiście bohaterowie książki. Przytaczają ciekawostki, snują wspomnienia oraz poruszają różnorakie kwestie szczegółowe, takie jak rozumienie tekstu, kontekstów, relacji między nimi i roli materiałów biograficznych w edycji, trudności związane z pracą zespołową, brak szkół metodologicznych w polskim edytorstwie, ryzyko płynące z traktowania wypowiedzi typu listy jako źródła danych faktograficznych czy potencjał sieci WWW i technologii cyfrowych w omawianej dziedzinie (jak zaznacza Subačius, „[n]iezwykle przydatne jest zapoznanie się z przykładami edycji krytycznych, wydań genetycznych i innych typów edycji naukowych powstających w innych krajach. (…) Wydania cyfrowe intensywnie eksperymentują (…) z interfejsami, projektami graficznymi, możliwościami dawanymi użytkownikowi do rekonfiguracji prezentowanego materiału. W humanistyce cyfrowej autonomiczne działanie byłoby więc całkowitym nieporozumieniem” [s. 67]).

Rzecz jasna, do istotnych tematów należy odpowiedź na elementarne pytanie praktyczne: jak wydawać teksty literackie? Sięgam po podręcznik przywoływanego już tu nestora edytorstwa, który poucza: „[B]ogactwo indywidualnych wypadków jest tak niezmierne, a każdy z nich wymaga wzięcia pod uwagę tylu okoliczności niepowtarzalnych, że tekstolog będzie stosować w rozumny sposób teoretyczne zasady tylko wtedy, gdy ogarnie i zrozumie fundamentalny postulat (…): tu nie ma zasad. Pozornie czyni to wszelką teorię tekstologii czymś zbytecznym, ale tylko pozornie! Każda teoria jest sumą doświadczeń konkretnych i ma swoje znaczenie nawet wtedy, gdy się z góry wie, że nie obejmuje całej rzeczywistości” (Górski 1978: 51). W tym duchu rozmówcy Kruszewskiego i Pachockiego dyskutują z nimi o wadze instrukcji wydawniczych i ich przekraczaniu czy o zakresie dopuszczalnej modernizacji. Na przykład zdaniem Gruchały, gdy chodzi o pisarzy staropolskich, zwłaszcza kaznodziejów, „[n]ie wolno rezygnować z tego skarbu, którym jest interpunkcja retoryczno-intonacyjna, bo inaczej zgubimy ducha dawnej wymowy” (s. 56), i w ogóle nie powinno się zanadto uwspółcześniać języka, lecz zaufać inteligencji czytelników.

Ale co innego znaki przestankowe, a co innego przypadek skrajny – kiedy edytor dopiero nadaje dziełu porządek i formę. Utkowska zwierzyła się z odczuć towarzyszących jej pierwszemu poważnemu zadaniu tego rodzaju: „Przeraził mnie kompletny chaos zapisów Reymonta i to, że tego dziennika w sensie jakiegoś autorskiego projektu właściwie nie ma. (…) Podjęłam się edycji czegoś, co na poziomie rękopisu jest dziennikiem widmem” (s. 139). Ponadto według niej historyczna zmienność instrumentarium i metodologii sprawia, że tutaj de facto pracuje się na własną odpowiedzialność oraz że editio definitiva stanowi ułudę, bo ktoś może znaleźć nowy pomysł na wydanie określonego utworu lub zbioru. Takie podejście zaniepokoiło Pachockiego, który – najwidoczniej uprzedzając potencjalny zarzut relatywizmu – wtrącił, że owe pomysły wynikają jednak z chęci poszukiwania ideału (aczkolwiek edytor nieraz, zwłaszcza w komentarzach do literatury dokumentu osobistego, pozostawia swoją wyraźną sygnaturę). Można by więc powiedzieć, że punkt odniesienia sytuuje się poza nami wszystkimi – Adamczyk w tym kontekście wspomniał o odpowiedzialności przed historią, społeczeństwem i własnym sumieniem (zob. s. 81). Nic dziwnego, że bodaj z każdej rozmowy przebija poczucie doniosłości zawodu edytora i wartości drogi, którą się obrało.

Co ciekawe, większość uczestników wywiadów skręciła w tę drogę raczej zbiegiem okoliczności w trakcie studiów polonistycznych lub doktoratu, ale też większość nie wyobraża sobie alternatywnego wyboru życiowego. Nie oznacza to, iż nie miewają oni chwil albo nawet długich okresów zniechęcenia (Utkowska wprost przyznaje się do kryzysu czy wypalenia zawodowego), szczególnie że – jak podkreśla Strzyżewski – edytorstwo naukowe jest niczym maraton: „Chodzi o konieczność podjęcia mozolnego trudu. Pracy uciążliwej i mało wdzięcznej, a potem strasznego, niewyobrażalnego wręcz zmęczenia na ostatnich kilometrach”. Na szczęście dodaje: „I satysfakcji na mecie, której nie sposób z niczym porównać” (s. 238). Owa obietnica mobilizuje mnie do postawienia tu ostatniej kropki i powrotu do opracowywania korespondencji Ludwika Brożka i Władysława Chojnackiego, czym zajmuję się „z miłości”, bez grantu, po godzinach. Choć poświęciłam temu tomowi już mnóstwo czasu, wysiłku, a nawet pieniędzy (wyjazdy na kwerendy), zdarza mi się popaść w zwątpienie i rezygnację, gdy pomyślę, ile pracy jeszcze przede mną. Ale „Rozmowy z edytorami” znowu natchnęły mnie otuchą i utwierdziły w przekonaniu, że warto – co jest chyba najlepszą recenzją tej książki.

LITERATURA:

Górski K.: „Tekstologia i edytorstwo dzieł literackich”. Wyd. 2. Warszawa 1978.

Strzyżewski M.: „Słowo od redaktora”. „Sztuka Edycji” 2011, t. 1, nr 1.
Wojciech Kruszewski, Dariusz Pachocki: „Rozmowy z edytorami”. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2025 [seria: Biblioteka „Sztuki Edycji”, t. 1].