DLACZEGO WARTO PRÓBOWAĆ? (FRANCESCA ALBANESE: 'KIEDY ŚWIAT ŚPI. OPOWIEŚCI, SŁOWA I RANY PALESTYNY')
A
A
A
W książce „Kiedy świat śpi. Opowieści, słowa i rany Palestyny” Francesca Albanese łączy wątki autobiograficzne, prawne oraz reportaż, aby opowiedzieć historie Palestyńczyków, instytucji odpowiedzialnych za przestrzeganie prawa międzynarodowego, a także swoją własną. Ta ostatnia jawi się jako najciekawsza, bowiem już dziś nie będzie przesadą nazwać Albanese jedną z ikon współczesnej walki o prawa Palestyńczyków i jedną z tych osób publicznych, które swoją nieugiętą postawą burzą spokój i samozadowolenie indolentnych struktur międzynarodowych. Włoska prawniczka przez dekadę pracowała jako ekspertka ds. praw człowieka w strukturach ONZ, doradzała rządom i instytucjom międzynarodowym, a od 2022 roku pełni funkcję specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich. Swoją pracą naraziła się nie tylko sympatykom Izraela, ale także mocarstwom – chociażby Niemcom, Francji czy Stanom Zjednoczonym, które odmawiały jej wolności słowa, prawa wjazdu do kraju czy wprost nakładały sankcje. Gróźb i życzeń śmierci pod jej adresem w przestrzeni cyfrowej nie sposób zliczyć.
Podkreślić należy, że książka konsekwentnie przyjmuje prawnoczłowieczą ramę interpretacyjną kwestii palestyńskiej (celowo nie używam tutaj sformułowania „konflikt izraelsko-palestyński” – Albanese uważa go za elementarne przekłamanie). O ile autorka załamuje ręce nad nieudolnością międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości, o tyle nieustannie wierzy w sens istnienia i funkcje prawa. Pisze tak: „Prawa człowieka odgrywają zaś niemal terapeutyczną funkcję równoważącą: przypominają nam, że my również jesteśmy ludźmi, nawet jeśli przyszło nam stać po stronie dzierżącej władzę. Wiemy, że ze swej natury istota ludzka jest wrażliwa, złożona i popękana. Ta kruchość jest nieuchronnie obecna również w kolonizatorze i często można w nim znaleźć jakąś część dramatu kolonizowanego” (s. 252). W zgodzie z tym podejściem szkieletem narracyjnym „Kiedy świat śpi” Albanese uczyniła dziesięć historii Palestyńczyków, Izraelczyków i innych osób zaangażowanych w sprawę palestyńską – dzieci, właścicieli lokalnych biznesów, młodej artystki (obraz autorstwa Malak Mattar to okładka książki), medyka czy intelektualistów różnych profesji, od prawnika Alona Confino po Gabora Maté opowiadającego o traumie.
Albanese koncentruje się w ten sposób na kilku głównych tematach – sytuacji dzieci, konsekwencjach okupacji, sytuacji w Jerozolimie, antysemityzmie (i antysyjonizmie), apartheidzie, ludobójstwie, losie uchodźców, traumie i pamięci. Oddanie głosu poszczególnym bohaterom jawi się jako wartość sama w sobie, jednak jest w tej książce coś równie cennego – jako czytelnicy i czytelniczki możemy obserwować, w jaki sposób autorka nie tylko pracuje, ale także kształtuje swoje poglądy i nawiązuje relacje. To pozwala zrozumieć, że, wbrew opiniom oponentów czy hejterów, sprawozdawczyni ONZ nie jest opętana żadną ideologią ani nie ma żadnej osobistej agendy we wspieraniu praw Palestyńczyków i Palestynek.
Swoją postawę i osądy wywodzi wprost z litery prawa (w które, pomimo nieudolnych instytucji i jej przedstawicieli, wierzy) i elementarnej empatii. Co więcej – opowiada, w jaki sposób do różnych (dla niektórych radykalnych) wniosków dochodziła. Tak pisze chociażby o apartheidzie: „Po sześciu miesiącach chciałam wyjechać, ponieważ nie potrafiłam znieść ciężaru opresyjnej energii i osaczenia przez wymuszone, ale i wszechobecne granice, tyleż płynne, co nieprzekraczalne, które składają się na apartheid, chociaż wtedy jeszcze nie używałam tego słowa” (s. 87). Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że pochodzi z Zachodu i zrozumienie pewnych kwestii przyszło dopiero wraz z kolejnymi spotkaniami i wiedzą bieglejszych od niej. „Francesco, gdybyś była jedną z moich studentek, właśnie oblałabyś egzamin” (s. 133) – tak brzmiały słowa prawnika Alona Confino do Albanese, która jeszcze parę lat temu nie do końca rozumiała, dlaczego diaspora żydowska przed powstaniem Izraela czuła tak silny związek z ziemiami Palestyny. Prawniczka jest zupełnie szczera i nie pozuje na ekspertkę w każdej kwestii, a już na pewno nie rości sobie prawa do mówienia za ofiary. Doskonale wie, jak niewielka granica dzieliła jej postawę od wejścia w rolę tzw. białego zbawcy. Z dużą pokorą podchodzi do roli, którą jej powierzono – zarówno w procesie dochodzenia do wiedzy, jak i w samokrytyce odnośnie swoich błędów (jak np. w kwestii wpisu na Facebooku o „żydowskim lobby”).
Wielu pewnie uzna wątki osobiste czy introspektywne za przekładające się na stronniczy wydźwięk książki, a tym samym – za jej wadę. Osobiście uważam jednak, że to stanowi największą siłę tej publikacji. Osoba o takim statusie i dokonaniach (nie bójmy się tak tego nazwać) ma pełne prawo do dzielenia się swoją perspektywą. Szczególnie że dobrowolnie zdecydowała się poświęcić swój komfort, dobrostan i szczęśliwe życie prywatne, aby robić to, co uważa za słuszne, pomimo świadomości funkcjonowania w systemie dalekim od idealnego. Przykład Albanese przypomina, że za tak zdecydowane zaangażowanie w obronę praw człowieka płaci się wysoką cenę, której nie należy bagatelizować: „Obawa przed aresztowaniem, a tym samym nie wiadomo jak długą rozłąką z rodziną, i świadomość powagi tego, co się dzieje w Europie, pozostawiły we mnie niepokój, którego chyba nigdy wcześniej nie doświadczałam. Jakby dotknął mnie zespół stresu pourazowego, i może rzeczywiście tak było. Miałam nerwy napięte jak postronki, wybuchałam z najbardziej błahych przyczyn, kłóciłam się z dziećmi, podnosiłam głos bez powodu. Nie byłam sobą. Moja własna rodzina patrzyła na mnie i mnie nie poznawała” (s. 262). Takich fragmentów w „Kiedy świat śpi” jest niewiele, znacznie częściej przeczytamy o cierpieniu Palestyńczyków, jednak pozwalają one spojrzeć na kulisy i koszty obrony praw człowieka, o których zapomina się w kolejnych medialnych burzach. Albanese jest autorką licznych raportów i sprawozdań na temat sytuacji w Palestynie, w których pozostaje wyłącznie urzędniczką. Trudno odmówić jej prawa do dzielenia się własną perspektywą w książce stanowiącej de facto osobisty, choć współdzielony z bohaterami, manifest.
Podobnie jak w przypadku większości książek na temat sytuacji w Palestynie, ta również kończy się refleksją o nadziei. Albanese, pomimo długich lat pracy w głęboko wadliwym i nieudolnym systemie, doświadczająca na własnej skórze, jak wygląda niesprawiedliwość, ani przez chwilę nie staje się cyniczna. Proponuje następujący sposób myślenia o nadziei: „Jak mówi afroamerykańska edukatorka i aktywistka Mariame Kaba, nadzieja jest dyscypliną. A ja pozwolę sobie dodać, że nadzieja może i powinna stać się predyspozycją, nawykiem, czymś, co uważamy za niezbędne i do czego jesteśmy tak przywiązani, że nie możemy się bez niej obejść, niezależnie od naszej logiki czy rozumowania. Nawet jeśli czasem łatwiej powiedzieć, niż zrobić” (s. 263).
Podkreślić należy, że książka konsekwentnie przyjmuje prawnoczłowieczą ramę interpretacyjną kwestii palestyńskiej (celowo nie używam tutaj sformułowania „konflikt izraelsko-palestyński” – Albanese uważa go za elementarne przekłamanie). O ile autorka załamuje ręce nad nieudolnością międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości, o tyle nieustannie wierzy w sens istnienia i funkcje prawa. Pisze tak: „Prawa człowieka odgrywają zaś niemal terapeutyczną funkcję równoważącą: przypominają nam, że my również jesteśmy ludźmi, nawet jeśli przyszło nam stać po stronie dzierżącej władzę. Wiemy, że ze swej natury istota ludzka jest wrażliwa, złożona i popękana. Ta kruchość jest nieuchronnie obecna również w kolonizatorze i często można w nim znaleźć jakąś część dramatu kolonizowanego” (s. 252). W zgodzie z tym podejściem szkieletem narracyjnym „Kiedy świat śpi” Albanese uczyniła dziesięć historii Palestyńczyków, Izraelczyków i innych osób zaangażowanych w sprawę palestyńską – dzieci, właścicieli lokalnych biznesów, młodej artystki (obraz autorstwa Malak Mattar to okładka książki), medyka czy intelektualistów różnych profesji, od prawnika Alona Confino po Gabora Maté opowiadającego o traumie.
Albanese koncentruje się w ten sposób na kilku głównych tematach – sytuacji dzieci, konsekwencjach okupacji, sytuacji w Jerozolimie, antysemityzmie (i antysyjonizmie), apartheidzie, ludobójstwie, losie uchodźców, traumie i pamięci. Oddanie głosu poszczególnym bohaterom jawi się jako wartość sama w sobie, jednak jest w tej książce coś równie cennego – jako czytelnicy i czytelniczki możemy obserwować, w jaki sposób autorka nie tylko pracuje, ale także kształtuje swoje poglądy i nawiązuje relacje. To pozwala zrozumieć, że, wbrew opiniom oponentów czy hejterów, sprawozdawczyni ONZ nie jest opętana żadną ideologią ani nie ma żadnej osobistej agendy we wspieraniu praw Palestyńczyków i Palestynek.
Swoją postawę i osądy wywodzi wprost z litery prawa (w które, pomimo nieudolnych instytucji i jej przedstawicieli, wierzy) i elementarnej empatii. Co więcej – opowiada, w jaki sposób do różnych (dla niektórych radykalnych) wniosków dochodziła. Tak pisze chociażby o apartheidzie: „Po sześciu miesiącach chciałam wyjechać, ponieważ nie potrafiłam znieść ciężaru opresyjnej energii i osaczenia przez wymuszone, ale i wszechobecne granice, tyleż płynne, co nieprzekraczalne, które składają się na apartheid, chociaż wtedy jeszcze nie używałam tego słowa” (s. 87). Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że pochodzi z Zachodu i zrozumienie pewnych kwestii przyszło dopiero wraz z kolejnymi spotkaniami i wiedzą bieglejszych od niej. „Francesco, gdybyś była jedną z moich studentek, właśnie oblałabyś egzamin” (s. 133) – tak brzmiały słowa prawnika Alona Confino do Albanese, która jeszcze parę lat temu nie do końca rozumiała, dlaczego diaspora żydowska przed powstaniem Izraela czuła tak silny związek z ziemiami Palestyny. Prawniczka jest zupełnie szczera i nie pozuje na ekspertkę w każdej kwestii, a już na pewno nie rości sobie prawa do mówienia za ofiary. Doskonale wie, jak niewielka granica dzieliła jej postawę od wejścia w rolę tzw. białego zbawcy. Z dużą pokorą podchodzi do roli, którą jej powierzono – zarówno w procesie dochodzenia do wiedzy, jak i w samokrytyce odnośnie swoich błędów (jak np. w kwestii wpisu na Facebooku o „żydowskim lobby”).
Wielu pewnie uzna wątki osobiste czy introspektywne za przekładające się na stronniczy wydźwięk książki, a tym samym – za jej wadę. Osobiście uważam jednak, że to stanowi największą siłę tej publikacji. Osoba o takim statusie i dokonaniach (nie bójmy się tak tego nazwać) ma pełne prawo do dzielenia się swoją perspektywą. Szczególnie że dobrowolnie zdecydowała się poświęcić swój komfort, dobrostan i szczęśliwe życie prywatne, aby robić to, co uważa za słuszne, pomimo świadomości funkcjonowania w systemie dalekim od idealnego. Przykład Albanese przypomina, że za tak zdecydowane zaangażowanie w obronę praw człowieka płaci się wysoką cenę, której nie należy bagatelizować: „Obawa przed aresztowaniem, a tym samym nie wiadomo jak długą rozłąką z rodziną, i świadomość powagi tego, co się dzieje w Europie, pozostawiły we mnie niepokój, którego chyba nigdy wcześniej nie doświadczałam. Jakby dotknął mnie zespół stresu pourazowego, i może rzeczywiście tak było. Miałam nerwy napięte jak postronki, wybuchałam z najbardziej błahych przyczyn, kłóciłam się z dziećmi, podnosiłam głos bez powodu. Nie byłam sobą. Moja własna rodzina patrzyła na mnie i mnie nie poznawała” (s. 262). Takich fragmentów w „Kiedy świat śpi” jest niewiele, znacznie częściej przeczytamy o cierpieniu Palestyńczyków, jednak pozwalają one spojrzeć na kulisy i koszty obrony praw człowieka, o których zapomina się w kolejnych medialnych burzach. Albanese jest autorką licznych raportów i sprawozdań na temat sytuacji w Palestynie, w których pozostaje wyłącznie urzędniczką. Trudno odmówić jej prawa do dzielenia się własną perspektywą w książce stanowiącej de facto osobisty, choć współdzielony z bohaterami, manifest.
Podobnie jak w przypadku większości książek na temat sytuacji w Palestynie, ta również kończy się refleksją o nadziei. Albanese, pomimo długich lat pracy w głęboko wadliwym i nieudolnym systemie, doświadczająca na własnej skórze, jak wygląda niesprawiedliwość, ani przez chwilę nie staje się cyniczna. Proponuje następujący sposób myślenia o nadziei: „Jak mówi afroamerykańska edukatorka i aktywistka Mariame Kaba, nadzieja jest dyscypliną. A ja pozwolę sobie dodać, że nadzieja może i powinna stać się predyspozycją, nawykiem, czymś, co uważamy za niezbędne i do czego jesteśmy tak przywiązani, że nie możemy się bez niej obejść, niezależnie od naszej logiki czy rozumowania. Nawet jeśli czasem łatwiej powiedzieć, niż zrobić” (s. 263).












ISSN 2658-1086