ISSN 2658-1086

1 września 17 (545) / 2026

Anna Słania,

DLACZEGO WARTO PRÓBOWAĆ? (FRANCESCA ALBANESE: 'KIEDY ŚWIAT ŚPI. OPOWIEŚCI, SŁOWA I RANY PALESTYNY')

A A A
W książce „Kiedy świat śpi. Opowieści, słowa i rany Palestyny” Francesca Albanese łączy wątki autobiograficzne, prawne oraz reportaż, aby opowiedzieć historie Palestyńczyków, instytucji odpowiedzialnych za przestrzeganie prawa międzynarodowego, a także swoją własną. Ta ostatnia jawi się jako najciekawsza, bowiem już dziś nie będzie przesadą nazwać Albanese jedną z ikon współczesnej walki o prawa Palestyńczyków i jedną z tych osób publicznych, które swoją nieugiętą postawą burzą spokój i samozadowolenie indolentnych struktur międzynarodowych. Włoska prawniczka przez dekadę pracowała jako ekspertka ds. praw człowieka w strukturach ONZ, doradzała rządom i instytucjom międzynarodowym, a od 2022 roku pełni funkcję specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich. Swoją pracą naraziła się nie tylko sympatykom Izraela, ale także mocarstwom – chociażby Niemcom, Francji czy Stanom Zjednoczonym, które odmawiały jej wolności słowa, prawa wjazdu do kraju czy wprost nakładały sankcje. Gróźb i życzeń śmierci pod jej adresem w przestrzeni cyfrowej nie sposób zliczyć.

Podkreślić należy, że książka konsekwentnie przyjmuje prawnoczłowieczą ramę interpretacyjną kwestii palestyńskiej (celowo nie używam tutaj sformułowania „konflikt izraelsko-palestyński” – Albanese uważa go za elementarne przekłamanie). O ile autorka załamuje ręce nad nieudolnością międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości, o tyle nieustannie wierzy w sens istnienia i funkcje prawa. Pisze tak: „Prawa człowieka odgrywają zaś niemal terapeutyczną funkcję równoważącą: przypominają nam, że my również jesteśmy ludźmi, nawet jeśli przyszło nam stać po stronie dzierżącej władzę. Wiemy, że ze swej natury istota ludzka jest wrażliwa, złożona i popękana. Ta kruchość jest nieuchronnie obecna również w kolonizatorze i często można w nim znaleźć jakąś część dramatu kolonizowanego” (s. 252). W zgodzie z tym podejściem szkieletem narracyjnym „Kiedy świat śpi” Albanese uczyniła dziesięć historii Palestyńczyków, Izraelczyków i innych osób zaangażowanych w sprawę palestyńską – dzieci, właścicieli lokalnych biznesów, młodej artystki (obraz autorstwa Malak Mattar to okładka książki), medyka czy intelektualistów różnych profesji, od prawnika Alona Confino po Gabora Maté opowiadającego o traumie.

Albanese koncentruje się w ten sposób na kilku głównych tematach – sytuacji dzieci, konsekwencjach okupacji, sytuacji w Jerozolimie, antysemityzmie (i antysyjonizmie), apartheidzie, ludobójstwie, losie uchodźców, traumie i pamięci. Oddanie głosu poszczególnym bohaterom jawi się jako wartość sama w sobie, jednak jest w tej książce coś równie cennego – jako czytelnicy i czytelniczki możemy obserwować, w jaki sposób autorka nie tylko pracuje, ale także kształtuje swoje poglądy i nawiązuje relacje. To pozwala zrozumieć, że, wbrew opiniom oponentów czy hejterów, sprawozdawczyni ONZ nie jest opętana żadną ideologią ani nie ma żadnej osobistej agendy we wspieraniu praw Palestyńczyków i Palestynek.

Swoją postawę i osądy wywodzi wprost z litery prawa (w które, pomimo nieudolnych instytucji i jej przedstawicieli, wierzy) i elementarnej empatii. Co więcej – opowiada, w jaki sposób do różnych (dla niektórych radykalnych) wniosków dochodziła. Tak pisze chociażby o apartheidzie: „Po sześciu miesiącach chciałam wyjechać, ponieważ nie potrafiłam znieść ciężaru opresyjnej energii i osaczenia przez wymuszone, ale i wszechobecne granice, tyleż płynne, co nieprzekraczalne, które składają się na apartheid, chociaż wtedy jeszcze nie używałam tego słowa” (s. 87). Zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że pochodzi z Zachodu i zrozumienie pewnych kwestii przyszło dopiero wraz z kolejnymi spotkaniami i wiedzą bieglejszych od niej. „Francesco, gdybyś była jedną z moich studentek, właśnie oblałabyś egzamin” (s. 133) – tak brzmiały słowa prawnika Alona Confino do Albanese, która jeszcze parę lat temu nie do końca rozumiała, dlaczego diaspora żydowska przed powstaniem Izraela czuła tak silny związek z ziemiami Palestyny. Prawniczka jest zupełnie szczera i nie pozuje na ekspertkę w każdej kwestii, a już na pewno nie rości sobie prawa do mówienia za ofiary. Doskonale wie, jak niewielka granica dzieliła jej postawę od wejścia w rolę tzw. białego zbawcy. Z dużą pokorą podchodzi do roli, którą jej powierzono – zarówno w procesie dochodzenia do wiedzy, jak i w samokrytyce odnośnie swoich błędów (jak np. w kwestii wpisu na Facebooku o „żydowskim lobby”).

Wielu pewnie uzna wątki osobiste czy introspektywne za przekładające się na stronniczy wydźwięk książki, a tym samym – za jej wadę. Osobiście uważam jednak, że to stanowi największą siłę tej publikacji. Osoba o takim statusie i dokonaniach (nie bójmy się tak tego nazwać) ma pełne prawo do dzielenia się swoją perspektywą. Szczególnie że dobrowolnie zdecydowała się poświęcić swój komfort, dobrostan i szczęśliwe życie prywatne, aby robić to, co uważa za słuszne, pomimo świadomości funkcjonowania w systemie dalekim od idealnego. Przykład Albanese przypomina, że za tak zdecydowane zaangażowanie w obronę praw człowieka płaci się wysoką cenę, której nie należy bagatelizować: „Obawa przed aresztowaniem, a tym samym nie wiadomo jak długą rozłąką z rodziną, i świadomość powagi tego, co się dzieje w Europie, pozostawiły we mnie niepokój, którego chyba nigdy wcześniej nie doświadczałam. Jakby dotknął mnie zespół stresu pourazowego, i może rzeczywiście tak było. Miałam nerwy napięte jak postronki, wybuchałam z najbardziej błahych przyczyn, kłóciłam się z dziećmi, podnosiłam głos bez powodu. Nie byłam sobą. Moja własna rodzina patrzyła na mnie i mnie nie poznawała” (s. 262). Takich fragmentów w „Kiedy świat śpi” jest niewiele, znacznie częściej przeczytamy o cierpieniu Palestyńczyków, jednak pozwalają one spojrzeć na kulisy i koszty obrony praw człowieka, o których zapomina się w kolejnych medialnych burzach. Albanese jest autorką licznych raportów i sprawozdań na temat sytuacji w Palestynie, w których pozostaje wyłącznie urzędniczką. Trudno odmówić jej prawa do dzielenia się własną perspektywą w książce stanowiącej de facto osobisty, choć współdzielony z bohaterami, manifest.

Podobnie jak w przypadku większości książek na temat sytuacji w Palestynie, ta również kończy się refleksją o nadziei. Albanese, pomimo długich lat pracy w głęboko wadliwym i nieudolnym systemie, doświadczająca na własnej skórze, jak wygląda niesprawiedliwość, ani przez chwilę nie staje się cyniczna. Proponuje następujący sposób myślenia o nadziei: „Jak mówi afroamerykańska edukatorka i aktywistka Mariame Kaba, nadzieja jest dyscypliną. A ja pozwolę sobie dodać, że nadzieja może i powinna stać się predyspozycją, nawykiem, czymś, co uważamy za niezbędne i do czego jesteśmy tak przywiązani, że nie możemy się bez niej obejść, niezależnie od naszej logiki czy rozumowania. Nawet jeśli czasem łatwiej powiedzieć, niż zrobić” (s. 263).