IMPERIUM MARZEŃ I KOSZMARÓW (KAREN HAO: 'IMPERIUM SZTUCZNEJ INTELIGENCJI. SNY I KOSZMARY W OPENAI SAMA ALTMANA')
A
A
A
Sztuczna inteligencja wyjątkowo dobrze nadaje się do opowiadania historii o przyszłości. Jedne przypominają sny o technologicznej obfitości: maszyny uwolnią ludzi od pracy, przyspieszą rozwój nauki, rozwiążą problemy, z którymi sami nie potrafiliśmy sobie poradzić. Inne mają strukturę koszmaru: automatyzacja odbierze zatrudnienie, algorytmy wymkną się spod kontroli, a stworzona przez człowieka inteligencja okaże się jego ostatnim wynalazkiem. Karen Hao w książce „Imperium sztucznej inteligencji. Sny i koszmary Sama Altmana” interesują jednak nie tyle same technologiczne proroctwa, ile warunki, które umożliwiają ich produkowanie. Za opowieścią o przyszłości autorka znajduje bowiem coś bardzo teraźniejszego: pieniądze, władzę, pracę, surowce, energię, infrastrukturę i ludzi.
To książka imponująca skalą. Zarazem jej największa zaleta może chwilami stać się wadą: Hao wykonała reporterską pracę niemal koronkową, gromadząc tak wiele nazwisk, zdarzeń, konfliktów, inwestycji, zwrotów akcji i szczegółów, że lektura bywa przytłaczająca. „Imperium sztucznej inteligencji” liczy ponad sześćset stron i zdecydowanie nie jest syntetycznym wprowadzeniem do problematyki AI. Przypomina raczej rozległą mapę ekosystemu, którego centrum stanowi OpenAI, lecz którego granice szybko okazują się niemożliwe do wyznaczenia. Prowadzą do Microsoftu, Google’a i Anthropic, do inwestorów z Doliny Krzemowej, laboratoriów badawczych, centrów danych, pracowników zajmujących się przygotowywaniem danych, kopalń i miejsc wydobywania surowców. Prowadzą też oczywiście do Sama Altmana.
Hao jest znakomita wtedy, gdy pokazuje, że historia sztucznej inteligencji nie zaczyna się wraz z ChatGPT. Cofając się do genealogii samego pojęcia, przypomina o jego osobliwej sile retorycznej. Jak pisze: „Od samego początku więc nazwa »sztuczna inteligencja« służyła jako chwyt marketingowy, mówiąc wprost, co obiecuje ta nowa technologia” (s. 131). „Inteligencja” brzmi lepiej niż techniczne określenia procesów obliczeniowych: sugeruje coś pożądanego, imponującego, niemal autonomicznie wartościowego. Historia AI jest zatem od początku również historią narracji o AI – języka pozwalającego technologii obiecywać więcej, niż w danym momencie rzeczywiście potrafi. W tej perspektywie OpenAI okazuje się fascynującym przypadkiem instytucji zbudowanej jednocześnie z idealizmu i konkurencji. Wczesna historia firmy splata się z przekonaniem, że rozwój zaawansowanej sztucznej inteligencji jest właściwie nieunikniony, wobec czego ktoś musi zrobić to pierwszy – najlepiej ktoś kierujący się właściwymi wartościami. W jednym z najmocniejszych fragmentów książki Hao podsumowuje tę logikę brutalnie: fundamentalne założenie „bądź pierwszy albo giń” miało motywować działania OpenAI, usprawiedliwiając coraz szybsze tempo badań, zużywanie ogromnych zasobów obliczeniowych i gromadzenie danych (zob. s. 125). Paradoks jest oczywisty: technologia rozwijana w imię zabezpieczenia przyszłości ludzkości musi być rozwijana coraz szybciej właśnie dlatego, że inni mogą stworzyć ją wcześniej.
Z tej sprzeczności wyrasta jedna z najciekawszych opowieści Hao: historia przeobrażenia organizacji, która chciała przeciwstawić się koncentracji technologicznej władzy, w jednego z najpotężniejszych uczestników technologicznego wyścigu. Pod koniec książki autorka ujmuje ten proces z perspektywy ludzi pamiętających początki OpenAI: „Dla tych, którzy pamiętali początki OpenAI jako zgranej, skupionej na misji organizacji non profit, jej dramatyczna transformacja w dużą, anonimową korporację była znacznie bardziej szokująca” (s. 365). Jeden z byłych rekruterów porównuje OpenAI do Burning Man: przedsięwzięcia, które rozrosło się tak bardzo, że dla ludzi pamiętających jego początki utraciło pierwotnego ducha. Były pracownik nazywa natomiast OpenAI jednocześnie jednym z najlepszych i jednym z najgorszych miejsc, w których kiedykolwiek pracował. Hao jest najmocniejsza właśnie w takich momentach, kiedy zamiast rozstrzygać sprzeczność, pozwala jej wybrzmieć. W centrum tej historii znajduje się Altman, ale nie otrzymujemy konwencjonalnej biografii technologicznego geniusza. Autorka interesuje się sposobem produkowania jego publicznej persony równie mocno, jak kolejnymi decyzjami biznesowymi. Altman rozważa wejście do polityki, organizuje grupy fokusowe badające jego potencjalną kandydaturę, zmienia sposób ubierania się i publicznego zachowania. Hao skrupulatnie odnotowuje nawet przejście od T-shirtów i szortów cargo do dopasowanych koszulek i dżinsów oraz stopniowe nabywanie medialnej ogłady. To pozornie plotkarski detal – jeden z wielu momentów, w których „Imperium sztucznej inteligencji” zaczyna przypominać high-techowy odpowiednik kroniki towarzyskiej – ale ma znaczenie. Władza technologiczna potrzebuje przecież również wizerunku.
Takich smaczków dziennikarka dostarcza zresztą mnóstwo. Musk i Altman odnajdują w sobie „bratnie dusze” podzielające zainteresowanie globalnymi katastrofami. Powraca „Superinteligencja” Nicka Bostroma. W 2015 roku Altman pisze do Muska, że skoro ludzkości prawdopodobnie nie uda się powstrzymać przed stworzeniem sztucznej inteligencji, dobrze byłoby przynajmniej, żeby jako pierwszy zrobił to ktoś inny niż Google. W Dolinie Krzemowej współzałożycielstwo porównuje się do małżeństwa (zob. s. 75). Są spotkania, konflikty, przyjaźnie, rozstania i kolejne rundy finansowania. Momentami czyta się to rzeczywiście jak „Pudelka” dla ludzi zainteresowanych Doliną Krzemową – tyle że za anegdotą prawie zawsze czeka struktura władzy.
Szczególnie interesujący jest powracający w portrecie Altmana język obsesji. Hao pisze o jego „obsesji na punkcie wycieku informacji” (s. 207); pokazuje, jak wizją zagranicznych przeciwników pracujących nad AI uzasadniał rosnącą poufność badań i przyspieszanie pracy. Później pojawia się obsesja długowieczności: 180 milionów dolarów zainwestowanych w Retro Biosciences, zainteresowanie odmładzaniem komórek i badaniami nad „młodą krwią” (s. 261). Obok niej stoi firma Helion Energy, związana z kolejną wielką ambicją – produkcją czystej i taniej energii. Altman określa Helion jako „coś więcej niż inwestycję” i „drugą rzecz poza OpenAI, której poświęcam dużo czasu” (s. 262). Można oczywiście potraktować te historie jako katalog ekscentryczności technologicznych miliarderów. Byłaby to jednak interpretacja zbyt łatwa. Znacznie ciekawsze wydaje się pytanie o moment, w którym prywatna fascynacja człowieka dysponującego gigantycznym kapitałem przestaje być prywatna. Długowieczność, synteza jądrowa, AGI, globalne katastrofy – zainteresowania jednostek mogą przekładać się na setki milionów dolarów, powstawanie laboratoriów i przedsiębiorstw, zatrudnianie naukowców oraz wybór kierunków badań. Ekscentryczność połączona z kapitałem uzyskuje zdolność organizowania rzeczywistości.
I właśnie dlatego tytułowe „imperium” okazuje się czymś większym niż efektowną metaforą potęgi OpenAI. Imperium potrzebuje zasobów. Jednym z najlepszych posunięć autorki jest konsekwentne sprowadzanie pozornie niematerialnej sztucznej inteligencji na ziemię – niekiedy niemal dosłownie. Rozdział dwunasty, „Splądrowana ziemia”, prowadzi czytelnika między innymi na pustynię Atakama. Miedź potrzebna urządzeniom elektronicznym, lit niezbędny do produkcji baterii, energia i woda, centra danych i globalne łańcuchy dostaw przypominają o materialności technologii, o której nadal mówi się metaforami „chmury”. To jeden z najważniejszych wątków książki. AI nie istnieje w jakiejś sterylnej przestrzeni obliczeń. Każde zapytanie, każdy trening modelu i każde nowe centrum danych zostają wpisane w materialną infrastrukturę, która ma swoją geografię i swoje koszty. Hao zestawia technologiczne marzenie z problemami środowiskowymi, wydobyciem surowców oraz ekonomicznymi zależnościami między centrum a peryferiami. W tym miejscu imperialna metafora nabiera szczególnej ostrości: korzyści i koszty technologicznego rozwoju nie muszą być rozmieszczone w tych samych miejscach. Podobnie jest z pracą. Jedną z największych zalet „Imperium sztucznej inteligencji” pozostaje konsekwentne wydobywanie na powierzchnię ludzi, którzy znikają z dominującej narracji o automatyzacji. Za systemami przedstawianymi jako coraz bardziej autonomiczne stoją osoby etykietujące, oceniające i przygotowujące dane. Ich pozycja w globalnym łańcuchu produkcji AI jest często nieporównywalna z pozycją ludzi znajdujących się w jego centrum. Hao pokazuje historie pracowników, dla których decyzje przedsiębiorstw technologicznych oznaczają nie abstrakcyjną „transformację rynku pracy”, ale utratę źródła utrzymania.
Tutaj jednak pojawia się również jedno z moich zastrzeżeń wobec książki. Autorce nie zawsze wystarcza bardzo mocny materiał, który sama zgromadziła. Czasami chce dopowiedzieć jego przyszłe konsekwencje. Na stronie 309 stwierdza: „Firmy pomnażają zyski, osoby najbiedniejsze tracą, a coraz więcej ludzi z wyższym wykształceniem staje się suflerami chatbotów”. Dalej deprecjonowanie ludzkiej pracy zostaje przedstawione jako zapowiedź tego, w jaki sposób technologie AI „zdewaluują pracę wszystkich innych”. To efektowne, ale już znacznie mniej przekonujące. Nie każda praktyka korzystania z generatywnej AI sprowadza człowieka do roli „suflera”, podobnie jak nie każda automatyzacja pracy intelektualnej oznacza jej dewaluację. Relacje człowieka z generatywnym systemem mogą obejmować delegowanie czynności, krytyczną ocenę wyników, iteracyjne wytwarzanie treści, poszerzanie warsztatu czy eksperymentowanie z możliwościami narzędzia. Skala i konsekwencje tych praktyk wymagają badań, a nie efektownego kwantyfikatora „wszyscy”. Jest w tym pewien paradoks. Hao bardzo przekonująco demontuje wielkie narracje branży AI, ale chwilami sama konstruuje ich negatywowe odbicie. Technologiczny mesjanizm głosi, że sztuczna inteligencja zmieni wszystko, rozwiąże problemy ludzkości i rozpocznie nową epokę. Technologiczny katastrofizm może przyjąć dokładnie tę samą strukturę: AI zmieni wszystko, odbierze ludziom pracę i rozpocznie nową epokę – tyle że fatalną. Zmienia się znak wartościujący, ale pozostaje przekonanie o niemal totalnej sprawczości technologii.
Najciekawsze partie „Imperium sztucznej inteligencji” znajdują się właśnie pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Hao pokazuje tam nie abstrakcyjną AI, która któregoś dnia zbawi albo unicestwi ludzkość, lecz technologię istniejącą już teraz w określonych stosunkach ekonomicznych i społecznych. Interesuje ją, kto finansuje badania, kto wyznacza ich kierunek, kto wykonuje niewidoczną pracę, skąd pochodzą zasoby, kto ponosi koszty środowiskowe, kto kontroluje dane i kto może pozwolić sobie na podejmowanie ryzyka. To znacznie bardziej interesujące pytania niż kolejne spekulacje o chwili, w której maszyna stanie się inteligentniejsza od człowieka.
W tym sensie pieniądze są niemal ukrytym bohaterem książki. Wracają nieustannie: inwestycje liczone w setkach milionów, wyceny w miliardach, infrastruktura wymagająca niewyobrażalnych nakładów, kapitał pozwalający przekształcać idee w przedsięwzięcia o globalnej skali. Obok pieniędzy są jednak ludzie – i właśnie proporcja między jednymi i drugimi należy do najbardziej niepokojących elementów tej opowieści. Technologiczny wyścig ma swoich zwycięzców, ale ma też tych, którzy po drodze tracą pracę, bezpieczeństwo ekonomiczne, kontrolę nad własnymi danymi czy zasobami swojego otoczenia. W skrajnych przypadkach błędy i przedwczesne wdrażanie systemów technologicznych oznaczają zagrożenie dla ludzkiego zdrowia i życia. Dlatego publikacja Hao nie jest dla mnie ani książką o genialnym Samie Altmanie, ani prostym aktem oskarżenia przeciwko OpenAI. Jest przede wszystkim reporterską próbą przyjrzenia się cenie technologicznego marzenia. Dziennikarka pokazuje, że sny o AI nie powstają w próżni: ktoś je finansuje, ktoś buduje potrzebną infrastrukturę, ktoś wydobywa surowce, ktoś dostarcza dane, ktoś wykonuje niewidzialną pracę, ktoś ponosi ryzyko. A ludzie znajdujący się na różnych poziomach tego łańcucha dysponują bardzo różną możliwością decydowania o tym, dokąd cały projekt zmierza.
Można Hao zarzucić nadmiar. Można zmęczyć się mnogością szczegółów, nazwisk, firm, konfliktów i kolejnych milionów dolarów. Można też – i warto – zachować dystans wobec tych momentów, w których krytyka technologicznego mesjanizmu zaczyna przechodzić w jego katastroficzne lustrzane odbicie. Trudno jednak odmówić autorce skali reporterskiej pracy i umiejętności pokazania, że sztuczna inteligencja jest znacznie mniej „sztuczna”, niż sugeruje jej nazwa: wyrasta z bardzo realnych stosunków władzy, bardzo realnej pracy i bardzo realnej materii.
I być może właśnie dlatego ponad sześćset stron „Imperium sztucznej inteligencji” sprawdza się zaskakująco dobrze jako książka na długie jesienne wieczory. Jest gęsta, momentami przytłaczająca, czasami irytująca w swoich diagnozach, a zarazem trudno odmówić jej rozmachu. Hao zabiera czytelnika od gabinetów i restauracji Doliny Krzemowej przez korporacyjne wojny Google’a, Microsoftu, OpenAI i Anthropic aż po miejsca, z których wydobywa się surowce niezbędne do podtrzymywania technologicznego wyścigu. Po drodze sny o sztucznej inteligencji coraz trudniej oddzielić od koszmarów – nie dlatego, że maszyny przejęły władzę nad światem, lecz dlatego, że świat, który je wytwarza, okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż opowieści, które o nich snujemy.
To książka imponująca skalą. Zarazem jej największa zaleta może chwilami stać się wadą: Hao wykonała reporterską pracę niemal koronkową, gromadząc tak wiele nazwisk, zdarzeń, konfliktów, inwestycji, zwrotów akcji i szczegółów, że lektura bywa przytłaczająca. „Imperium sztucznej inteligencji” liczy ponad sześćset stron i zdecydowanie nie jest syntetycznym wprowadzeniem do problematyki AI. Przypomina raczej rozległą mapę ekosystemu, którego centrum stanowi OpenAI, lecz którego granice szybko okazują się niemożliwe do wyznaczenia. Prowadzą do Microsoftu, Google’a i Anthropic, do inwestorów z Doliny Krzemowej, laboratoriów badawczych, centrów danych, pracowników zajmujących się przygotowywaniem danych, kopalń i miejsc wydobywania surowców. Prowadzą też oczywiście do Sama Altmana.
Hao jest znakomita wtedy, gdy pokazuje, że historia sztucznej inteligencji nie zaczyna się wraz z ChatGPT. Cofając się do genealogii samego pojęcia, przypomina o jego osobliwej sile retorycznej. Jak pisze: „Od samego początku więc nazwa »sztuczna inteligencja« służyła jako chwyt marketingowy, mówiąc wprost, co obiecuje ta nowa technologia” (s. 131). „Inteligencja” brzmi lepiej niż techniczne określenia procesów obliczeniowych: sugeruje coś pożądanego, imponującego, niemal autonomicznie wartościowego. Historia AI jest zatem od początku również historią narracji o AI – języka pozwalającego technologii obiecywać więcej, niż w danym momencie rzeczywiście potrafi. W tej perspektywie OpenAI okazuje się fascynującym przypadkiem instytucji zbudowanej jednocześnie z idealizmu i konkurencji. Wczesna historia firmy splata się z przekonaniem, że rozwój zaawansowanej sztucznej inteligencji jest właściwie nieunikniony, wobec czego ktoś musi zrobić to pierwszy – najlepiej ktoś kierujący się właściwymi wartościami. W jednym z najmocniejszych fragmentów książki Hao podsumowuje tę logikę brutalnie: fundamentalne założenie „bądź pierwszy albo giń” miało motywować działania OpenAI, usprawiedliwiając coraz szybsze tempo badań, zużywanie ogromnych zasobów obliczeniowych i gromadzenie danych (zob. s. 125). Paradoks jest oczywisty: technologia rozwijana w imię zabezpieczenia przyszłości ludzkości musi być rozwijana coraz szybciej właśnie dlatego, że inni mogą stworzyć ją wcześniej.
Z tej sprzeczności wyrasta jedna z najciekawszych opowieści Hao: historia przeobrażenia organizacji, która chciała przeciwstawić się koncentracji technologicznej władzy, w jednego z najpotężniejszych uczestników technologicznego wyścigu. Pod koniec książki autorka ujmuje ten proces z perspektywy ludzi pamiętających początki OpenAI: „Dla tych, którzy pamiętali początki OpenAI jako zgranej, skupionej na misji organizacji non profit, jej dramatyczna transformacja w dużą, anonimową korporację była znacznie bardziej szokująca” (s. 365). Jeden z byłych rekruterów porównuje OpenAI do Burning Man: przedsięwzięcia, które rozrosło się tak bardzo, że dla ludzi pamiętających jego początki utraciło pierwotnego ducha. Były pracownik nazywa natomiast OpenAI jednocześnie jednym z najlepszych i jednym z najgorszych miejsc, w których kiedykolwiek pracował. Hao jest najmocniejsza właśnie w takich momentach, kiedy zamiast rozstrzygać sprzeczność, pozwala jej wybrzmieć. W centrum tej historii znajduje się Altman, ale nie otrzymujemy konwencjonalnej biografii technologicznego geniusza. Autorka interesuje się sposobem produkowania jego publicznej persony równie mocno, jak kolejnymi decyzjami biznesowymi. Altman rozważa wejście do polityki, organizuje grupy fokusowe badające jego potencjalną kandydaturę, zmienia sposób ubierania się i publicznego zachowania. Hao skrupulatnie odnotowuje nawet przejście od T-shirtów i szortów cargo do dopasowanych koszulek i dżinsów oraz stopniowe nabywanie medialnej ogłady. To pozornie plotkarski detal – jeden z wielu momentów, w których „Imperium sztucznej inteligencji” zaczyna przypominać high-techowy odpowiednik kroniki towarzyskiej – ale ma znaczenie. Władza technologiczna potrzebuje przecież również wizerunku.
Takich smaczków dziennikarka dostarcza zresztą mnóstwo. Musk i Altman odnajdują w sobie „bratnie dusze” podzielające zainteresowanie globalnymi katastrofami. Powraca „Superinteligencja” Nicka Bostroma. W 2015 roku Altman pisze do Muska, że skoro ludzkości prawdopodobnie nie uda się powstrzymać przed stworzeniem sztucznej inteligencji, dobrze byłoby przynajmniej, żeby jako pierwszy zrobił to ktoś inny niż Google. W Dolinie Krzemowej współzałożycielstwo porównuje się do małżeństwa (zob. s. 75). Są spotkania, konflikty, przyjaźnie, rozstania i kolejne rundy finansowania. Momentami czyta się to rzeczywiście jak „Pudelka” dla ludzi zainteresowanych Doliną Krzemową – tyle że za anegdotą prawie zawsze czeka struktura władzy.
Szczególnie interesujący jest powracający w portrecie Altmana język obsesji. Hao pisze o jego „obsesji na punkcie wycieku informacji” (s. 207); pokazuje, jak wizją zagranicznych przeciwników pracujących nad AI uzasadniał rosnącą poufność badań i przyspieszanie pracy. Później pojawia się obsesja długowieczności: 180 milionów dolarów zainwestowanych w Retro Biosciences, zainteresowanie odmładzaniem komórek i badaniami nad „młodą krwią” (s. 261). Obok niej stoi firma Helion Energy, związana z kolejną wielką ambicją – produkcją czystej i taniej energii. Altman określa Helion jako „coś więcej niż inwestycję” i „drugą rzecz poza OpenAI, której poświęcam dużo czasu” (s. 262). Można oczywiście potraktować te historie jako katalog ekscentryczności technologicznych miliarderów. Byłaby to jednak interpretacja zbyt łatwa. Znacznie ciekawsze wydaje się pytanie o moment, w którym prywatna fascynacja człowieka dysponującego gigantycznym kapitałem przestaje być prywatna. Długowieczność, synteza jądrowa, AGI, globalne katastrofy – zainteresowania jednostek mogą przekładać się na setki milionów dolarów, powstawanie laboratoriów i przedsiębiorstw, zatrudnianie naukowców oraz wybór kierunków badań. Ekscentryczność połączona z kapitałem uzyskuje zdolność organizowania rzeczywistości.
I właśnie dlatego tytułowe „imperium” okazuje się czymś większym niż efektowną metaforą potęgi OpenAI. Imperium potrzebuje zasobów. Jednym z najlepszych posunięć autorki jest konsekwentne sprowadzanie pozornie niematerialnej sztucznej inteligencji na ziemię – niekiedy niemal dosłownie. Rozdział dwunasty, „Splądrowana ziemia”, prowadzi czytelnika między innymi na pustynię Atakama. Miedź potrzebna urządzeniom elektronicznym, lit niezbędny do produkcji baterii, energia i woda, centra danych i globalne łańcuchy dostaw przypominają o materialności technologii, o której nadal mówi się metaforami „chmury”. To jeden z najważniejszych wątków książki. AI nie istnieje w jakiejś sterylnej przestrzeni obliczeń. Każde zapytanie, każdy trening modelu i każde nowe centrum danych zostają wpisane w materialną infrastrukturę, która ma swoją geografię i swoje koszty. Hao zestawia technologiczne marzenie z problemami środowiskowymi, wydobyciem surowców oraz ekonomicznymi zależnościami między centrum a peryferiami. W tym miejscu imperialna metafora nabiera szczególnej ostrości: korzyści i koszty technologicznego rozwoju nie muszą być rozmieszczone w tych samych miejscach. Podobnie jest z pracą. Jedną z największych zalet „Imperium sztucznej inteligencji” pozostaje konsekwentne wydobywanie na powierzchnię ludzi, którzy znikają z dominującej narracji o automatyzacji. Za systemami przedstawianymi jako coraz bardziej autonomiczne stoją osoby etykietujące, oceniające i przygotowujące dane. Ich pozycja w globalnym łańcuchu produkcji AI jest często nieporównywalna z pozycją ludzi znajdujących się w jego centrum. Hao pokazuje historie pracowników, dla których decyzje przedsiębiorstw technologicznych oznaczają nie abstrakcyjną „transformację rynku pracy”, ale utratę źródła utrzymania.
Tutaj jednak pojawia się również jedno z moich zastrzeżeń wobec książki. Autorce nie zawsze wystarcza bardzo mocny materiał, który sama zgromadziła. Czasami chce dopowiedzieć jego przyszłe konsekwencje. Na stronie 309 stwierdza: „Firmy pomnażają zyski, osoby najbiedniejsze tracą, a coraz więcej ludzi z wyższym wykształceniem staje się suflerami chatbotów”. Dalej deprecjonowanie ludzkiej pracy zostaje przedstawione jako zapowiedź tego, w jaki sposób technologie AI „zdewaluują pracę wszystkich innych”. To efektowne, ale już znacznie mniej przekonujące. Nie każda praktyka korzystania z generatywnej AI sprowadza człowieka do roli „suflera”, podobnie jak nie każda automatyzacja pracy intelektualnej oznacza jej dewaluację. Relacje człowieka z generatywnym systemem mogą obejmować delegowanie czynności, krytyczną ocenę wyników, iteracyjne wytwarzanie treści, poszerzanie warsztatu czy eksperymentowanie z możliwościami narzędzia. Skala i konsekwencje tych praktyk wymagają badań, a nie efektownego kwantyfikatora „wszyscy”. Jest w tym pewien paradoks. Hao bardzo przekonująco demontuje wielkie narracje branży AI, ale chwilami sama konstruuje ich negatywowe odbicie. Technologiczny mesjanizm głosi, że sztuczna inteligencja zmieni wszystko, rozwiąże problemy ludzkości i rozpocznie nową epokę. Technologiczny katastrofizm może przyjąć dokładnie tę samą strukturę: AI zmieni wszystko, odbierze ludziom pracę i rozpocznie nową epokę – tyle że fatalną. Zmienia się znak wartościujący, ale pozostaje przekonanie o niemal totalnej sprawczości technologii.
Najciekawsze partie „Imperium sztucznej inteligencji” znajdują się właśnie pomiędzy tymi dwiema skrajnościami. Hao pokazuje tam nie abstrakcyjną AI, która któregoś dnia zbawi albo unicestwi ludzkość, lecz technologię istniejącą już teraz w określonych stosunkach ekonomicznych i społecznych. Interesuje ją, kto finansuje badania, kto wyznacza ich kierunek, kto wykonuje niewidoczną pracę, skąd pochodzą zasoby, kto ponosi koszty środowiskowe, kto kontroluje dane i kto może pozwolić sobie na podejmowanie ryzyka. To znacznie bardziej interesujące pytania niż kolejne spekulacje o chwili, w której maszyna stanie się inteligentniejsza od człowieka.
W tym sensie pieniądze są niemal ukrytym bohaterem książki. Wracają nieustannie: inwestycje liczone w setkach milionów, wyceny w miliardach, infrastruktura wymagająca niewyobrażalnych nakładów, kapitał pozwalający przekształcać idee w przedsięwzięcia o globalnej skali. Obok pieniędzy są jednak ludzie – i właśnie proporcja między jednymi i drugimi należy do najbardziej niepokojących elementów tej opowieści. Technologiczny wyścig ma swoich zwycięzców, ale ma też tych, którzy po drodze tracą pracę, bezpieczeństwo ekonomiczne, kontrolę nad własnymi danymi czy zasobami swojego otoczenia. W skrajnych przypadkach błędy i przedwczesne wdrażanie systemów technologicznych oznaczają zagrożenie dla ludzkiego zdrowia i życia. Dlatego publikacja Hao nie jest dla mnie ani książką o genialnym Samie Altmanie, ani prostym aktem oskarżenia przeciwko OpenAI. Jest przede wszystkim reporterską próbą przyjrzenia się cenie technologicznego marzenia. Dziennikarka pokazuje, że sny o AI nie powstają w próżni: ktoś je finansuje, ktoś buduje potrzebną infrastrukturę, ktoś wydobywa surowce, ktoś dostarcza dane, ktoś wykonuje niewidzialną pracę, ktoś ponosi ryzyko. A ludzie znajdujący się na różnych poziomach tego łańcucha dysponują bardzo różną możliwością decydowania o tym, dokąd cały projekt zmierza.
Można Hao zarzucić nadmiar. Można zmęczyć się mnogością szczegółów, nazwisk, firm, konfliktów i kolejnych milionów dolarów. Można też – i warto – zachować dystans wobec tych momentów, w których krytyka technologicznego mesjanizmu zaczyna przechodzić w jego katastroficzne lustrzane odbicie. Trudno jednak odmówić autorce skali reporterskiej pracy i umiejętności pokazania, że sztuczna inteligencja jest znacznie mniej „sztuczna”, niż sugeruje jej nazwa: wyrasta z bardzo realnych stosunków władzy, bardzo realnej pracy i bardzo realnej materii.
I być może właśnie dlatego ponad sześćset stron „Imperium sztucznej inteligencji” sprawdza się zaskakująco dobrze jako książka na długie jesienne wieczory. Jest gęsta, momentami przytłaczająca, czasami irytująca w swoich diagnozach, a zarazem trudno odmówić jej rozmachu. Hao zabiera czytelnika od gabinetów i restauracji Doliny Krzemowej przez korporacyjne wojny Google’a, Microsoftu, OpenAI i Anthropic aż po miejsca, z których wydobywa się surowce niezbędne do podtrzymywania technologicznego wyścigu. Po drodze sny o sztucznej inteligencji coraz trudniej oddzielić od koszmarów – nie dlatego, że maszyny przejęły władzę nad światem, lecz dlatego, że świat, który je wytwarza, okazuje się znacznie bardziej skomplikowany niż opowieści, które o nich snujemy.












ISSN 2658-1086