ISSN 2658-1086

1 września 17 (545) / 2026

Mateusz Krupa,

PIĘĆ FILMÓW Z DZIEWIĄTEGO OCTOPUS FILM FESTIVAL

A A A
„Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma” („Teenage Sex and Death at Camp Miasma”). Reżyseria i scenariusz: Jane Schoenbrun. Obsada: Gillian Anderson, Hannah Einbinder. Gatunek: horror. Produkcja: USA, Kanada 2026, 106 min.

Festiwal otworzył jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie filmów tego roku – „Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma”. Młoda reżyserka, Kris (Hannah Einbinder), dostaje szansę na stworzenie soft-rebootu kultowej serii slasherów z lat 80. „Camp Miasma”, którego treść najłatwiej zapewne opisać jako hybrydę między „Uśpionym obozem” a „Piątkiem, trzynastego”. Podczas prac nad scenariuszem postanawia się spotkać z gwiazdą pierwszego filmu, Billy Presley (Gillian Anderson), która po swojej głośnej roli final girl zniknęła nie tylko z opowieści o Małej Śmierci nawiedzającej obóz, ale całkowicie z radaru Hollywood. Kris dołącza do kultowej diwy mieszkającej w willi wybudowanej przez tajemniczą aktorkę tuż przy obozie, który w filmie odgrywał Miasmę, a tam rozpoczyna swoją podróż po filmowych wspomnieniach i samoświadomości.

Oczywiście nie jest to typowy postmodernistyczny horror o horrorze, ba, trzeci film Schoenbrun nawet trudniej nazwać filmem grozy niż poprzedni. Z rzadka uświadczymy sekwencje mające budować napięcie i wywoływać strach, a zabawy bohaterów z prawidłami gatunku są zrealizowane w innej konwencji niż kiedykolwiek wcześniej.

Mimo wysoce kinofilskiego eseistycznego tonu filmu po pierwszym seansie paradoksalnie wydaje się on mniej skupiony i konkretny niż „W blasku ekranu”. Jednocześnie rdzeń zainteresowań Schoenbrun pozostaje nienaruszony, dalej opowiada o nostalgii i budowaniu własnej świadomości poprzez media. Tak jak w poprzednim filmie wizja mediów z przeszłości nie jest pastiszem. Oglądane przez bohaterów „The Pink Opaque” nigdy nie wygląda jak tani aktorski serial dla dzieci. Podobnie tutaj „Camp Miasma” jedynie powierzchownie przypomina wzorcowy slasher z lat 80. Jego fragmenty zostały zaserwowane w formie znacznie przetworzonej przez pamięć bohaterów, wydaje się, że oglądamy mgliste mocno podkoloryzowane wspomnienie. Głęboko zapisane, już na stałe wpisane w charakter bohaterki wspomnienie obcowania z czymś zakazanym.

Choć mógłbym czynić jakieś przytyki, to nie będę ukrywał, że film jest świetną rozrywką, a w kontekście festiwalu to doskonały wybór na seans otwarcia, zapraszający do eksplorowania własnych filmowych obsesji w kolejnych dniach festiwalu.

 

„Czterech jeźdźców Apokalipsy” („I quattro dell'apocalisse”). Reżyseria: Lucio Fulci. Scenariusz: Ennio De Concini. Obsada: Tomas Milian, Lynne Frederick, Fabio Testi. Gatunek: western. Produkcja: Włochy 1975, 104 min.

W ramach tegorocznej retrospektywy ugoszczonego w Gdańsku Fabia Testiego zaprezentowano pięć obrazów. Wśród nich znalazł się wyjątkowy spaghetti western Lucia Fulciego „Czterech jeźdźców Apokalipsy”. Kontrowersyjny reżyser stanął na planie tego filmu w momencie, w którym spaghetti western już dogorywał. W pewien sposób jest to pożegnanie się z tym gatunkiem pełnym brutalnych, odważnych, szybkich i cynicznych rewolwerowców. Na próżno poszukiwać tutaj postaci takich jak Django czy Navajo Joe, bo scenarzysta Ennio De Concini, adaptując opowiadania Breta Harte, wybrał nietypową zgraję bohaterów: profesjonalnego hazardzistę Stubby’ego Prestona (Fabio Testi), ciężarną prostytutkę Bunny (Lynne Frederick), lokalnego pijaczynę Clema (Michael J. Pollard) oraz najbardziej tragiczną postać z tej niefortunnej bandy – czarnoskórego grabarza rozmawiającego z duchami, Bucka (Harry Baird). W typowym westernie byliby to raczej trzecioplanowi bohaterowie, tutaj na pierwszy plan zostają wyciągnięte zmagania malutkich z Dzikim Zachodem. Większość filmu jest zaskakująco antyrozrywkowa. Obserwujemy powolne umieranie a to z gorąca, a to z chłodu, braku jedzenia i strach przed najgroźniejszym drapieżnikiem pustkowi – drugim człowiekiem.

Styl Fulciego schodzi na dalszy plan, choć jego odciski są tutaj również widoczne: przemoc okazuje się wyjątkowo obrzydliwa, wątki kanibalskie pojawiają się znikąd, a to wszystko jest pięknie sfotografowane przez Sergia Salvatiego z charakterystycznymi dla tego duo klimatycznymi prześwietleniami. Jak na film Fulciego to opowieść wyjątkowo przyziemna, spokojna i, co może niespodziewane, ludzka i pełna serca.

 

„Body Melt”. Reżyseria: Philip Brophy. Sceariusz: Rod Bishop, Philip Brophy. Obsada: Robert Simper, Bill Young, Suzi Dougherty. Gatunek: horror, komedia. Australia 1993, 81 min.

W luźniejszym tonie moim odkryciem z cyklu kina australijskiego i nowozelandzkiego okazał się „Body Melt”. Ten jedyny pełny metraż napisany i wyreżyserowany przez Philipa Brophy’ego jest szalonym, komediowym horrorem gore. Naukowcy ze spa Vimuville przeprowadzają testy swoich nowych suplementów na mieszkańcach idealnego podmiejskiego osiedla. Siła środków okazuje się większa, niż zakładano, i nie tylko wypali z ciała królików doświadczalnych tłuszcz – potencjalnie może doprowadzić nawet do wybuchu organów, a w drastycznych przypadkach do ich „ożywienia”.

Film funkcjonuje zadziwiająco dobrze, pomimo tego, że udaje mu się obyć bez nawet jednego pełnokrwistego bohatera. Opętańczo przeskakuje między szerokim wachlarzem stereotypów: mieszkańcami czterech domostw z cukierkowego osiedla, szefową i szalonym naukowcem z podejrzanego spa, parodią prowincjonalnej rodziny kanibali oraz niezbyt bystrymi policjantami próbującymi uchwycić źródło roztopionych ciał. Reżyser ma fantastyczne komediowe wyczucie czasu, doskonale wie, kiedy ciąć, tak by całość mogła płynnie pędzić naprzód. To, czego nie mógł umieścić w tak gęstym, pełnym skeczowych scenek scenariuszu, reżyser próbuje zastąpić hipnotyzującą, pulsującą elektroniczną muzyką, również jego autorstwa (Brophy był wcześniej członkiem eksperymentalnej grupy muzycznej → ↑ →). Bohaterowie otrzymują unikalne, łatwo odróżnialne od reszty motywy przewodnie. A wszystko to odbywa się w myśl zasady: nie mamy czasu na rozmowy, skupmy się na tym, co najważniejsze – gagach i mięsistych, lepkich efektach specjalnych.

 

„Yes, Madam” („Huángjiā Shījiě”). Reżyseria: Corey Yuen. Scenariusz: Barry Wong. Obsada: Cynthia Rothrock, John Sham, Michelle Yeoh. Gatunek: akcja. Produkcja: Hongkong 1985, 93 min.

Drugą gwiazdą goszczoną i nagrodzoną na festiwalu była Cynthia Rothrock. W ramach jej retrospektywy również zaprezentowano pięć tytułów, a jeden z nich, „Niepokonani”, stanowił część cyklu VHS HELL, czyli seansów z improwizowanym na żywo komediowym lektorem.

Oczywiście największe wrażenie robią hongkońskie produkcje z jej udziałem, konkretniej te wyprodukowane w Chinach, jak „Yes, Madame” oraz „Poza prawem”, bo między innymi prace nad „China O’Brien” miały miejsce w USA, choć powstawała ona z inicjatywy azjatyckiego giganta Golden Harvest.

Policyjna komedia „Yes, Madame” to zdecydowanie najbardziej udany film z tego cyklu. Tytułowa bohaterka to hongkońska inspektorka Ng (Michelle Yeoh), pracująca nad sprawą, do której kluczem jest zagubiony w ramach komedii pomyłek mikrofilm ze zdjęciem umowy mogącej doprowadzić do aresztowania jednego z najgroźniejszych miejskich oligarchów. Wsparcie otrzymuje od przyjezdnej funkcjonariuszki Scotland Yardu, Carrie (Cynthia Rothrock). Po seansie w pełni amerykańskiego „Oddziału specjalnego” (1990) pierwsze rzuca się w oczy to, o czym chętnie podczas spotkań mówi aktorka: „W Chinach ciągle reżyser krzyczał: »uderzaj mocniej«”. W każdej scenie czuć zaangażowanie ekipy, dążenie do doskonałości i poświęcenie wynikające z zapewne nieodpowiedzialnego i nieakceptowalnego na Zachodzie impaktu, który walczący byli gotowi na siebie przyjąć. Siła uderzeń unosi pył w powietrzu, dodatkowo wzmacniając energiczność walki.

W starciach widzimy nie tylko pracę kaskaderów, ale całej ekipy, bo nic z tego nie byłoby możliwe bez starannego planowania – co oczywiste, choreografów, ale także, co mniej oczywiste, pionu operatorskiego i scenograficznego. Pojedynki często mają miejsce w ciasnych przestrzeniach lub takich, które po pierwszym ujęciu zostaną doszczętnie zniszczone. Bez wyczucia ekipy nieosiągalne byłoby to, co najbardziej chciałbym częściej oglądać we współczesnym kinie akcji: busterkeatonowskie gagi oparte na kreatywnych interakcjach z przestrzenią. To życzenie pewnie się nie spełni, ale zawsze można wrócić do Hongkongu.

 

„Lisica” („The Fox”). Reżyseria i scenariusz: Dario Russo. Obsada: Jai Courtney, Olivia Colman, Emily Browning. Gatunek: fantasy, komedia. Produkcja: Australia 2025, 90 min.

Wracamy na Antypody, bo film, który wygrał nagrodę przyznawaną przez publiczność festiwalu, to „Lisica”. Widownia Octopusa od lat wydaje się zakochana w kinie z outbacku i wygląda na to, że szersza współpraca z dystrybutorem Umbrella była nieunikniona. Doprowadziło to jednak do dominacji kina australijskiego w konkursie – cztery z trzynastu filmów przyjechały nad Bałtyk z krainy kangurów.

„Lisica” to opowieść przestrzegająca przed tym, czego sobie życzysz. Nick (Jai Courtney, który po średnio udanej przygodzie w Hollywood doskonale odnajduję się w australijskim kinie gatunkowym; w zeszłym roku na Octopusie pokazywano „Niebezpieczne zwierzęta”, gdzie obcował z groźniejszymi niż lisy rekinami) dowiaduje się o romansie narzeczonej. Jednocześnie nie dowierza i nie ma pojęcia, co z tym zrobić, ale rozwiązanie podaje mu zaplątana w płot lisica (głosu świetnemu animatronicznemu bohaterowi użycza równie świetna Olivia Colman): wrzuć ją do magicznej dziury w lesie, a to rozwiąże wszystkie twoje problemy i Kori (Emily Browning) będzie dokładnie taka, jak pragniesz.

Zaoferowane przez świat zwierząt złudne rozwiązanie doprowadza do pełnej szaleństwa, dziwactw i zaskoczeń czarnej komedii. A, na nieszczęście bohaterów, drogi na skróty prowadzą do punktu wyjściowego, czyli ulubionej czynności gatunku ludzkiego: użalania się nad sobą i powiedzenia z westchnieniem „jest, jak jest”.