OPOWIEŚĆ O BEZRADNOŚCI ('GŁOS HIND RAJAB')
A
A
A
Utarło się myśleć, że człowiek łatwo adaptuje się tylko do wygód. Że szybko odnajduje się w dobrobycie, gdy wygrywa w totka albo bogaci się w inny sposób. Za mało mówimy o tym, że równie bezproblemowo przyzwyczaja się do otaczającego go zła. Jak gładko przywykliśmy do tego, że za naszą wschodnią granicą jest wojna. Kiedyś informacje z Donbasu były sensacją, a teraz czytamy je przy obiedzie jako stały element codzienności. Tak samo jesteśmy obojętni na wiadomości o innych wojnach czy katastrofach, które spowszedniały, choć nadal trwają, jak choćby ludobójstwo w Strefie Gazy. Gdy rodzi się obojętność, wraz z nią pojawiają się ludzie stający na głowie, by płomień zainteresowania nie zgasł. Jednym z takich ludzi jest tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania, a podpałką – „Głos Hind Rajab”, film nagrodzony Wielką Nagrody Jury na ostatnim festiwalu w Wenecji.
Rzadko się zdarza, by tytuł filmu tak precyzyjnie przedstawił główną bohaterkę. Bo nawet nie jest nią sama Hind Rajab – ciężko ranna sześciolatka z Gazy, uwięziona przez kilkanaście godzin w samochodzie ostrzelanym przez izraelskie wojsko, łącząca się z palestyńskim Czerwonym Półksiężycem z prośbą o pomoc. Głównym bohaterem jest jej głos. Proszący o pomoc, pytający, kiedy przyjedzie karetka. Gdy się pojawia w eterze, reszta głównych bohaterów – wolontariuszy Czerwonego Półksiężyca, próbujących pomóc małej Hind – schodzi na dalszy plan, choć przez większość filmu jesteśmy wraz z nimi. Widzimy rozgrywane przez nich klasyczne schematy dramaturgiczne, opozycję między kierowaniem się emocjami, jak Omar (Motaz Malhees), który widzi ludzki dramat i chce pomóc Hind, nie bacząc na procedury, a rozumem ucieleśnionym przez jego zwierzchnika Mahdiego (Amer Hlehel), który wie, że w obecnej sytuacji samowola może skończyć się katastrofą, nawet jeśli kierują nią szczytne intencje. Ale nadal chodzi o nią.
Ben Hania bardzo dużo postawiła na zaangażowanie emocjonalne widza w historię. Trudno się jej dziwić. Mało co skrusza najbardziej niewrażliwe serca tak mocno, jak niezawinione cierpienie dziecka. Temu też służą zarówno paradokumentalny anturaż filmu, przywodzący na myśl twórczość np. Paula Greengrassa, jak i stosunkowo krótka jak na pełny metraż długość. Czujemy w ten sposób, że opowiadana historia jest prawdziwa (bo niestety taka jest), a do tego film zwyczajnie nie ma czasu zmęczyć widza swoją emocjonalnością. Reżyserka nie robi przy tym z niego tandetnego wyciskacza łez, tylko mocno angażującą opowieść. Jeśli taki był cel Ben Hani (a pewnie był), trzeba jej pogratulować.
Przyznam się jednak, że gdy oglądałem „Głos Hind Rajab”, pojawiły się we mnie wątpliwości etyczne, kiedy na ekranie zobaczyłem informację, że w realizacji użyto nagrań Hind Rajab z autentycznej rozmowy z Czerwonym Półksiężycem, jaka miała miejsce feralnego dnia. Pomyślałem z marszu, że autorka chce mnie poddać bezceremonialnemu szantażowi emocjonalnemu, że ma to w sobie coś z tańca na grobie. Można bronić tej decyzji, twierdząc, że film zyskuje przez to głębszą wartość dokumentalną, że głos dziewczynki przypomina o namacalności tragedii, a opowiadana historia przydarzyła się realnemu człowiekowi, miast wytworowi wyobraźni. Choć dużo czasu minęło od seansu, nadal mam wątpliwości, czy Ben Hania podjęła dobrą decyzję, nawet jeśli matka zmarłej Hind (pojawiająca się pod koniec filmu) się na to zgodziła. Czy był to emocjonalny steryd, atakujący widza w fotelu? Jak najbardziej. Czy był on konieczny, by widz pamiętał, że film jest na podstawie prawdziwej historii, i się nim przejął? Nie wydaje mi się.
Problemów z nadmierną uczuciowością może być więcej. Kiedy rozmawiałem na temat tego filmu ze znajomym, stwierdził on, że w „Głosie Hind Rajab” wolontariusze Czerwonego Półksiężyca zachowywali się, jakby taka historia zdarzyła się im po raz pierwszy. I jestem w stanie zrozumieć takie podejście, nawet jeśli zarzut dotyczy tylko dramaturgii, a nie realizmu historii (znajomy to były scenarzysta, więc doskonale rozumie chwyty stosowane przez Ben Hanię). Ba, w produkcji widać, że w biurze stoi tablica korkowa ze zdjęciami ofiar, których nie udało się uratować, więc hipotetycznie wolontariusze Czerwonego Półksiężyca powinni być oswojeni z porażką. Lecz kiedy mówimy o sytuacji, w której sześcioletnia dziewczynka jest ciężko ranna, wręcz umierająca, a nie można jej pomóc, choć znajduje się niemal pod nosem służb ratowniczych, trudno myśleć czysto kalkulacyjnie. Tym bardziej że ostatecznie nic nie dało się zrobić.
I z takim odczuciem zostawia nas reżyserka. Filmowi wolontariusze Czerwonego Półksiężyca, tak jak w prawdziwym życiu, nie mogą uratować Bogu ducha winnej dziewczynki. Oglądając ten film, również nie możemy jej pomóc, w końcu nie żyjemy w uniwersum „Purpurowej róży z Kairu” Woody’ego Allena, by móc wchodzić w kinowy ekran i z niego wychodzić. A po seansie dowiemy się z internetu o kolejnych zamordowanych palestyńskich cywilach, o kolejnych torturach, o kolejnej wypowiedzi izraelskiego polityka, od której włos się jeży na głowie. I znowu, będziemy bezradni. Albo się do tego przyzwyczaimy.
Co do zasady, nie jestem fanem kina interwencyjnego i zaangażowanego społecznie. Nie lubię kina, które chcąc dotrzeć do widza, wali go brutalnie kijem po głowie. Film Ben Hani taki jest. Pod wierzchem ascetycznej, wręcz teatralnej narracji kryje się gęsta jak smoła warstwa emocji, zalewająca ostentacyjnie widza i zostawiająca go w poczuciu oburzenia na skandal izraelskich zbrodni. Ale mimo wszystko dobrze, że ten film powstał. I że usłyszeliśmy głos nie tylko małej Hind, ale setek tysięcy Palestyńczyków z Gazy, cierpiących równie mocno, co ona.
Rzadko się zdarza, by tytuł filmu tak precyzyjnie przedstawił główną bohaterkę. Bo nawet nie jest nią sama Hind Rajab – ciężko ranna sześciolatka z Gazy, uwięziona przez kilkanaście godzin w samochodzie ostrzelanym przez izraelskie wojsko, łącząca się z palestyńskim Czerwonym Półksiężycem z prośbą o pomoc. Głównym bohaterem jest jej głos. Proszący o pomoc, pytający, kiedy przyjedzie karetka. Gdy się pojawia w eterze, reszta głównych bohaterów – wolontariuszy Czerwonego Półksiężyca, próbujących pomóc małej Hind – schodzi na dalszy plan, choć przez większość filmu jesteśmy wraz z nimi. Widzimy rozgrywane przez nich klasyczne schematy dramaturgiczne, opozycję między kierowaniem się emocjami, jak Omar (Motaz Malhees), który widzi ludzki dramat i chce pomóc Hind, nie bacząc na procedury, a rozumem ucieleśnionym przez jego zwierzchnika Mahdiego (Amer Hlehel), który wie, że w obecnej sytuacji samowola może skończyć się katastrofą, nawet jeśli kierują nią szczytne intencje. Ale nadal chodzi o nią.
Ben Hania bardzo dużo postawiła na zaangażowanie emocjonalne widza w historię. Trudno się jej dziwić. Mało co skrusza najbardziej niewrażliwe serca tak mocno, jak niezawinione cierpienie dziecka. Temu też służą zarówno paradokumentalny anturaż filmu, przywodzący na myśl twórczość np. Paula Greengrassa, jak i stosunkowo krótka jak na pełny metraż długość. Czujemy w ten sposób, że opowiadana historia jest prawdziwa (bo niestety taka jest), a do tego film zwyczajnie nie ma czasu zmęczyć widza swoją emocjonalnością. Reżyserka nie robi przy tym z niego tandetnego wyciskacza łez, tylko mocno angażującą opowieść. Jeśli taki był cel Ben Hani (a pewnie był), trzeba jej pogratulować.
Przyznam się jednak, że gdy oglądałem „Głos Hind Rajab”, pojawiły się we mnie wątpliwości etyczne, kiedy na ekranie zobaczyłem informację, że w realizacji użyto nagrań Hind Rajab z autentycznej rozmowy z Czerwonym Półksiężycem, jaka miała miejsce feralnego dnia. Pomyślałem z marszu, że autorka chce mnie poddać bezceremonialnemu szantażowi emocjonalnemu, że ma to w sobie coś z tańca na grobie. Można bronić tej decyzji, twierdząc, że film zyskuje przez to głębszą wartość dokumentalną, że głos dziewczynki przypomina o namacalności tragedii, a opowiadana historia przydarzyła się realnemu człowiekowi, miast wytworowi wyobraźni. Choć dużo czasu minęło od seansu, nadal mam wątpliwości, czy Ben Hania podjęła dobrą decyzję, nawet jeśli matka zmarłej Hind (pojawiająca się pod koniec filmu) się na to zgodziła. Czy był to emocjonalny steryd, atakujący widza w fotelu? Jak najbardziej. Czy był on konieczny, by widz pamiętał, że film jest na podstawie prawdziwej historii, i się nim przejął? Nie wydaje mi się.
Problemów z nadmierną uczuciowością może być więcej. Kiedy rozmawiałem na temat tego filmu ze znajomym, stwierdził on, że w „Głosie Hind Rajab” wolontariusze Czerwonego Półksiężyca zachowywali się, jakby taka historia zdarzyła się im po raz pierwszy. I jestem w stanie zrozumieć takie podejście, nawet jeśli zarzut dotyczy tylko dramaturgii, a nie realizmu historii (znajomy to były scenarzysta, więc doskonale rozumie chwyty stosowane przez Ben Hanię). Ba, w produkcji widać, że w biurze stoi tablica korkowa ze zdjęciami ofiar, których nie udało się uratować, więc hipotetycznie wolontariusze Czerwonego Półksiężyca powinni być oswojeni z porażką. Lecz kiedy mówimy o sytuacji, w której sześcioletnia dziewczynka jest ciężko ranna, wręcz umierająca, a nie można jej pomóc, choć znajduje się niemal pod nosem służb ratowniczych, trudno myśleć czysto kalkulacyjnie. Tym bardziej że ostatecznie nic nie dało się zrobić.
I z takim odczuciem zostawia nas reżyserka. Filmowi wolontariusze Czerwonego Półksiężyca, tak jak w prawdziwym życiu, nie mogą uratować Bogu ducha winnej dziewczynki. Oglądając ten film, również nie możemy jej pomóc, w końcu nie żyjemy w uniwersum „Purpurowej róży z Kairu” Woody’ego Allena, by móc wchodzić w kinowy ekran i z niego wychodzić. A po seansie dowiemy się z internetu o kolejnych zamordowanych palestyńskich cywilach, o kolejnych torturach, o kolejnej wypowiedzi izraelskiego polityka, od której włos się jeży na głowie. I znowu, będziemy bezradni. Albo się do tego przyzwyczaimy.
Co do zasady, nie jestem fanem kina interwencyjnego i zaangażowanego społecznie. Nie lubię kina, które chcąc dotrzeć do widza, wali go brutalnie kijem po głowie. Film Ben Hani taki jest. Pod wierzchem ascetycznej, wręcz teatralnej narracji kryje się gęsta jak smoła warstwa emocji, zalewająca ostentacyjnie widza i zostawiająca go w poczuciu oburzenia na skandal izraelskich zbrodni. Ale mimo wszystko dobrze, że ten film powstał. I że usłyszeliśmy głos nie tylko małej Hind, ale setek tysięcy Palestyńczyków z Gazy, cierpiących równie mocno, co ona.












ISSN 2658-1086