ISSN 2658-1086

1 września 17 (545) / 2026

Zofia Sikora,

NA DNIE JEZIORA JEST DZIURA ('MIŁOŚĆ, ŚMIERĆ I DOJRZEWANIE W CAMP MIASMA')

A A A
Obóz letni stanowił jedną z ulubionych przestrzeni dla twórców amerykańskich slasherów lat 80. Odcięta od świata, pozornie spokojna przystań pozwalała na portretowanie młodych bohaterów, odkrywających siebie, a przede wszystkim swoją seksualność (która w slasherach stanowiła przedmiot zainteresowania równie istotny jak brutalne morderstwa). Skąpo ubrani nastoletni bohaterowie nawiązywali między sobą relacje, którymi zazwyczaj nie mogli nacieszyć się długo wskutek ataku mordercy, co podkreśla powszechną w slasherach konserwatywną wymowę. Obóz letni miał również potencjał w kreowaniu postaci mordercy, którego historia często była powiązana z samym miejscem. Formuła jednak szybko się wyczerpała – większość tego typu horrorów powstała właśnie w latach 80., a gdy motyw powrócił lata później, były to już raczej nostalgiczne ujęcia nawiązujące do klasyki podgatunku niż samodzielne dzieła.

„Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma” to nie taki film, który sprawiedliwie byłoby nazywać żerującym na nostalgii, hołdzie do „starych, dobrych czasów” horroru. Owszem, nietrudno dostrzec tu liczne nawiązania do klasyki gatunku, ale nostalgia sama w sobie staje się jednym z tematów – grana przez Hannah Einbinder protagonistka, Kris, dostaje za zadanie wyreżyserowanie kolejnej odsłony fikcyjnej serii „Camp Miasma” (w oczywisty sposób odwołującej się do „Piątku, trzynastego”) i, jako wielbicielka oryginalnych filmów, chce zachować jak najwięcej z ducha serii. W tym celu udaje się do emerytowanej gwiazdy pierwszego filmu, Billy (Gillian Anderson), która, jak się okazuje, mieszka na terenie obozu służącego za lokację „Miasmy”. Pod wpływem rozmów z aktorką bohaterka musi zacząć weryfikować swój sentyment do serii.

Nie znaczy to jednak, że produkcja podchodzi do nostalgii wyłącznie krytycznie. Czuć tutaj przede wszystkim ogromną pasję i miłość osoby reżyserskiej, Jane Schoenbrun, do kina, a w szczególności do obszaru, w którym porusza się w tym filmie. Podejmując ten konkretny temat i tę konkretną estetykę, trudno byłoby uciec od nostalgii całkowicie, ale Schoenbrun nie próbuje tego robić. Poddaje ją refleksji, ale podchodzi do niej z czułością. Nie ukrywa emocji, którymi darzy gatunek. Fakt, że „Camp Miasma” nie popada ani w kalkowanie motywów z przeszłości, ani w cyniczną parodię podgatunku, stanowi jeden z jego największych atutów.

Nostalgia to jednak niejedyny temat filmu. Wspomniany wcześniej motyw seksualności, powszechny w slasherach, ma ogromne znaczenie i tutaj, chociaż zamiast głębokich analiz (których powstało przecież bardzo dużo) Schoenbrun skupia się na swoich bohaterkach, ich emocjach i ich relacji. Ani Kris, ani Billy nie są nastolatkami, jednak obydwie wciąż mają do przejścia pewną drogę w odnajdywaniu siebie – i to właśnie przestrzeń obozu letniego staje się dla nich bezpiecznym miejscem, aby odkrywać swoje pragnienia. Podobnie jak w przypadku „W blasku ekranu”, poprzedniego filmu Schoenbrun, szczególnie ważnym przedmiotem zainteresowania w opowiadanej historii jest tożsamość queerowa. Oprócz relacji romantycznej głównych bohaterek w „Miasmie” można odnaleźć chociażby bardzo czułe spojrzenie na aseksualność, raczej rzadko spotykane, nawet w przypadku queerowej twórczości. Dodatkowy atut stanowi fakt, że tożsamość seksualna, romantyczna czy płciowa postaci jest zupełnie naturalna, jest po prostu częścią życia postaci, a nie źródłem jakichkolwiek problemów czy konfliktów. Kris, opowiadając o sobie, rzuca po prostu, że używa zaimków she/they i że jest osobą poliamoryczną, a kiedy rozmawia ze swoją partnerką, ta wspomina o spotkaniach ze swoim drugim partnerem, z którym Kris utrzymuje relację koleżeńską. Billy natomiast nie mówi wprost o swojej orientacji seksualnej, ponieważ ten temat zwyczajnie nie pojawia się w żadnej rozmowie – po prostu nawiązuje relację romantyczną z protagonistką. Queerowość jest celebrowana przez Schoenbrun w subtelny, a zarazem urzekający sposób. Osoby nieheteronormatywne po prostu żyją, bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.

Schoenbrun nie ignoruje problematycznych treści obecnych w slasherach, do których się odwołuje. Kris wprost wspomina o treściach mizoginistycznych, transfobicznych i homofobicznych wszechobecnych w ukochanych przez nią filmach. W samej fikcyjnej franczyzie „Camp Miasma” Mała Śmierć (grana zresztą przez Jack Haven, osobę niebinarną), czyli antagonista, jest przedstawiana jako osoba będąca „w połowie mężczyzną, a w połowie kobietą”. Schoenbrun jednak daleko do moralizowania. W postaciach producentów naciskających na Kris, aby ta uczyniła remake bardziej inkluzywnym, osoba reżyserska wyśmiewa branżę, dla której ważne okazują się wyłącznie zarobek i wpisanie się w trendy, a nie opinie faktycznych przedstawicieli mniejszości. Slashery lat 80. nie były postępowe i tym bardziej nie są postępowe z dzisiejszej perspektywy. Społeczność queerowa jednak samodzielnie przepisała je we własnych interpretacjach, bez konieczności tworzenia wysokobudżetowych remaków – co widać chociażby na przykładzie „Uśpionego obozu” (1983), który w roli zabójczyni umieszcza transpłciową dziewczynę. Transfobiczny wydźwięk został przez lata przeinterpretowany, chociażby przez artystki dragowe (zob. Wilson 2026), a gatunek stał się kultowy w społeczności queerowej. Właśnie temu podejściu bliższe jest „Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma”.

Trudno uniknąć skojarzeń z poprzednimi filmami osoby reżyserskiej. Chociaż pozornie „Camp Miasma” zdaje się filmem o znacznie większej skali, z większą obsadą, większym budżetem i ogólnie większym rozmachem (biorąc uwagę chociażby premierę w Cannes), stylistycznie i fabularnie nie jest to produkcja odległa od poprzednich dzieł Schoenbrun. Kris, podobnie jak Owen z „W blasku ekranu” i Casey z „Wszyscy idziemy na wystawę światową”, to outsiderka, która ma wyraźne trudności z nawiązywaniem bliższych relacji i ze współpracą z ludźmi. Dla Owena bezpieczną przestrzenią do eskapizmu był serial telewizyjny, dla Casey internet, a dla Kris to kino. Ciekawie więc wypadają ci bohaterowie w zestawieniu ze sobą, widać w nich mnóstwo serca i, prawdopodobnie, osobistych doświadczeń osoby reżyserskiej urodzonej w 1987 roku.

Z pewnością łatwo byłoby Schoenbrun popaść w trend portretowania umęczonej artystki i jej skomplikowanego procesu tworzenia. Początkowo zdaje się, że zmagania młodej, pełnej pasji twórczyni horrorów z nastawioną na zysk branżą filmową będą jednym z głównych wątków filmu, jednak szybko schodzą one na drugi plan. Już podczas pierwszej rozmowy Kris i Billy starsza z kobiet podkreśla, że nie chce słuchać o pracy reżyserki, a o niej jako o osobie – i te słowa wyznaczają kurs, w jakim charakterystyka bohaterek idzie. To nie jest film o reżyserce i aktorce, a o dwóch poszukujących siebie osobach, które znajdują w sobie nawzajem oparcie. To przede wszystkim historia miłosna.

Hannah Einbinder i Gillian Anderson są wspaniałe. Na chemii między nimi opiera się cały film i zdecydowanie w tej kwestii ma na czym się oprzeć. Od niezręcznych rozmów pomiędzy starzejącą się aktorką a jej wielbicielką, przez czułe i naturalne sceny erotyczne, po głębokie zrozumienie i emocjonalną więź, główne aktorki tworzą postacie wyraziste i charyzmatyczne, zarówno jako para, jak i jako indywidualne bohaterki.

„Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma” to przede wszystkim film o miłości. Miłości do kina, szczególnie tego powszechnie mniej kochanego, ale też odnajdywaniu miłości w realnym świecie. To afirmacja sztuki i wszystkich tych, którzy są w jakiś sposób wykluczani – czy to osób queerowych czy outsiderów szukających swojego miejsca wśród innych. To piękna opowieść dla wszystkich, którzy uczyli się życia ze starych horrorów, i ciepłe przypomnienie, że nieważne, jak zagubionym jest się w świecie, nigdy nie pozostaje się z tym zupełnie osamotnionym.

LITERATURA:

Wilson A. L.: „A Queer Community History of Sleepaway Camp (1983)”. 6.07.2026. https://www.darkertimes.com/sleepaway-camp-queer-history/.