ISSN 2658-1086

1 września 17 (545) / 2026

Kamila Czaja,

W NOWYM JORKU PO STAREMU (JOSEPH MITCHELL: 'W STARYM HOTELU. REPORTAŻE Z NOWOJORSKIEJ ULICY')

A A A
Joseph Mitchell, legendarny reporter „New Yorkera”, nie był dotąd szczególnie znany w Polsce, przynajmniej poza kręgiem osób zainteresowanych historią dziennikarstwa, zwłaszcza amerykańskiego. Sama przeczytałam cokolwiek o tym twórcy całkiem niedawno, w napisanej przez Michała Choińskiego książce o słynnym czasopiśmie – i dopiero ostatnio odkryłam, że już w roku 2018 postać słynnego autora próbowała przybliżać Olga Byrska w ramach cyklu poświęconego „nieprzetłumaczonej dotąd na język polski literaturze zagranicznej” (Byrska 2018). Minęło osiem lat, a dostępny od marca tom „W starym hotelu” (przeł. Kaja Gucio, Jakub Marek Klawe) to wreszcie duży krok, by Mitchell stał się u nas szerzej rozpoznawalny. Już pojawiło się kilka omówień czy przynajmniej krótszych poleceń jego książki, wpisującej się zresztą w dostrzegalny newyorkerowski zwrot polskiego rynku wydawniczego – mamy przecież wznowienie „Hiroszimy” Johna Herseya (Znak Literanova 2025) czy, ponad sześćdziesiąt lat od amerykańskiej premiery, „Milczącą wiosnę” Rachel Carson (PWN 2026).

Opis książki Mitchella brzmiał zbyt dobrze, żeby przeraziła mnie jej objętość (ponad osiemset stron sporego formatu). Byłam ciekawa, jak czyta się te teksty po dekadach, poza tym, mimo iluś lektur i seansów demitologizujących Nowy Jork, w mojej głowie proces demitologizacji jakoś nie nastąpił, nie mogłam więc sobie odmówić czułego portretu miasta i jego mieszkańców od przełomu lat 30. i 40. do przełomu lat 50. i 60. Przy czym nie jest to żaden duchowy prequel serialu „Mad Men”, Mitchell nie opisuje bowiem „białych kołnierzyków” pnących się po drabinie kapitalizmu, tylko skupia się na, jak pięknie ujął to Łukasz Najder, „codziennym znoju, zapoznanych obyczajach, ekscentrycznych pasjach, alternatywnych sposobach istnienia w potężniejącej Ameryce lat czterdziestych i pięćdziesiątych, niełatwej sztuce życiowego uniku” (Najder 2026). Ta alternatywność ma dla mnie coś z serialowego Johna Wilsona, który w „Dobrych radach Johna Wilsona” z lat 2020-2023 też szukał ekscentrycznych pęknięć w codzienności współczesnego Nowego Jorku, chociaż Mitchell jest w swoich zabiegach niewątpliwie bardziej dystyngowany, poważniejszy.

Choiński zauważa: „Świat miejskich indywiduów utrwalony w antologii jego tekstów odchodził w niepamięć, a sam legendarny dziennikarz stał się na równi znany z tego, co napisał, jak i z tego, że przestał pisać” (Choiński 2026: 73). I wydaje mi się, że nieraz ta trwająca ponad trzydzieści lat pisarska blokada Mitchella wręcz odsuwa w cień jego twórczość, chociaż od czasu do czasu ożywają też spory o zacieranie granic między faktami i fikcją (zob. np. Dean 2015) – autor w iluś miejscach, choćby w przedmowie do omawianego tomu, rozróżnienie czynił, ale nie była to pełna lista „odstępstw”. Zamiast jednak skupiać się na tych dwóch wątkach – późniejszego niepisania i wcześniejszego swobodnego poczynania sobie z dziennikarską prawdą (nawet jeśli trudno nie zauważyć, że Mitchell w jednym z tekstów wywody swojego interlokutora komentuje: „Po poprzedniej wizycie sprawdziłem kilka jego twierdzeń, choć nie robi mi różnicy, czy są zgodne z prawdą, czy nie” [s. 84]) – chętniej czytam Mitchella jako literata, który przed blokadą zbudował duży dorobek, i zastanawiam się podczas lektury, jak brzmią te teksty dzisiaj. Wszak nie możemy powtórzyć doświadczenia ludzi, którzy co jakiś czas mieli okazję poznać nowy artykuł na świeżo, w „New Yorkerze”, jako coś oryginalnego i zapewne chętnie dyskutowanego.

Na „W starym hotelu” składają się właśnie teksty z „New Yorkera”, a właściwie późniejsze ich książkowe wydania. Mamy tu więc tomy: „Cudowny saloon McSorleya” (najobszerniejszy, rozbity na trzy części), „Stary pan Flood”, „Dno nabrzeża” i „Sekret Joe Goulda”, a nie mamy wcześniejszego „My Ears Are Bent”, zbierającego artykuły stanowiące efekt pracy Mitchella w latach 30. dla gazet innych niż „New Yorker”. Reportaże poprzedzają dwie przedmowy – polska Anny Arno, i pochodząca w oryginalnego wydania, Davida Remnicka – a także odautorska nota Mitchella (1992). Z ostatniego z tych dodatków pochodzi fragment, który już w pojedynkę może kogoś przekonać, że warto i dziś czytać tę książkę, pisarz stwierdza bowiem: „(…) humor cmentarny doskonale odzwierciedla mój sposób postrzegania świata” (Mitchell 2026: 30).

Warto czytać również z innego powodu, który podkreśla także Choiński: mianowicie Mitchell „[t]worzył kolejne teksty ze swadą i wrażliwością osoby, która rozumie inność” (Choiński 2026: 72). Wprawdzie teraz więcej wiemy o głuchych czy o społeczności romskiej, a zawarte w tomie teksty na te tematy, chociaż pełne autentycznej ciekawości i dużej wrażliwości, jednak trącą dziś stereotypem – ale wyobrażam sobie, że wtedy dobór tematów był odkrywczy i wprowadzał w życie czytelników i czytelniczek „New Yorkera” zupełnie nowe wątki. Pisze Mitchell o ekscentrycznych postaciach, ale też o piosenkach calypso („Piknik Houdiniego”), o plemieniu wyspecjalizowanym w ryzykownych budowach („Mohawkowie na wysokościach”), o farmie żółwi diamentowanych – choć akurat nie w Nowym Jorku, a w Savannah w Georgii („To samo co małpie gruczoły”), o szczurach („Szczury na nabrzeżu” to tekst, który może się przyśnić nawet ludziom odpornym na obecność tych uroczych stworzeń). A to zaledwie wycinek z długiej listy tematów. Zresztą niektóre rzeczy, niestety, wciąż nie zmieniły się wystarczająco. Stwierdzenie: „Wie pan, jak to jest. Jeśli głusi migają, ludzie się na nich gapią. Jeśli mówią, też się na nich gapią” (s. 273) odnotowuje reporter w tekście z roku 1941.

Także dziś imponuje fakt, że Mitchell portretuje ludzi w taki sposób, że ma się wrażenie, jakby się ich doskonale znało. Często oddaje głos rozmówcom, a nawet kiedy – jak Joe Gould – doprowadzają go oni do granic wytrzymałości, wciąż potrafi nie narzucać im swojej perspektywy: „Zacząłem go pocieszać, lecz wyczułem, że brzmi to protekcjonalnie; człowiek, który nie ma wszy, nie jest w najlepszej pozycji, żeby bagatelizować ich uciążliwość w rozmowie z kimś, na kim się od nich roi (…)” (s. 752). Inność to zresztą rzecz względna, bo chociaż słowa Jane Barnell, czyli kobiety z brodą znanej z filmu Teda Browninga „Dziwolągi” (1932), potraktowanej przez reportera bez łatwej sensacyjności, padły w 1940 roku, brzmią dziś bardzo aktualnie: „Gdyby prawda ujrzała światło dzienne, wszyscy bylibyśmy dziwolągami” (s. 146). Sam Mitchell widzi zresztą wiele podobieństw między sobą a zdecydowanie ekscentrycznym Gouldem, bohaterem zarówno fascynującego portretu z 1942 roku („Profesor Mewa”), jak i demistyfikującego legendę obszernego „Sekretu Joe Goulda” (1964).

W innych przypadkach, gdy Mitchell sam nie dopisał ciągów dalszych, łatwo możemy je samodzielnie odszukać. I tak, czytany po dekadach, utrzymany w nieco surrealistycznym tonie „Wieczór z utalentowanym dzieckiem” wciąż sam w sobie intryguje, ale też rodzi pytania, bo genialne dziecko pochodzi z mieszanej rasowo rodziny, a implikacje tego faktu pozostają w tekście na dalekim planie, mimo że mowa o realiach roku 1940. Wizyta reportera wprawdzie wypada w jakiś nieuchwytny sposób niepokojąco, mimo pozorów sielanki i świetlanych perspektyw dla małej bohaterki, ale dopiero gdy poczyta się o tym, jak nieszczęśliwie potoczyło się życie Phillipy Duke Schuyler, także z przyczyn rasowych, artykuł nabiera nowych znaczeń.

Oczywiście w kwestii czytania po latach trudno nie zadać sobie pytania, jak się to „zestarzało”. Arno zauważa: „Sam Mitchell już jako trzydziestolatek był »panem starej daty«, a niektóre z jego staroświeckich upodobań byłyby dziś nie do przyjęcia” (Arno 2026: 17). Też uważam, że warto to odnotować, ale i przyjrzeć się dokładniej, jak „stare dobre czasy” wypadają w książce. O ile bowiem „W starym hotelu” jest głównie odą do minionego lub na oczach reportera przemijającego świata, a Mitchell nie ukrywa zainteresowania tym, na co w nowoczesnej Ameryce coraz mniej miejsca, zdarzają się też naruszające mit wstawki. Gdy czyta się tyradę jednego rozmówców, jak to kiedyś wszystko było lepsze, łącznie z pomidorami (zob. s. 601), nie da się nie pomyśleć o niezmienności pewnych psychologicznych mechanizmów. Niezależnie od momentu mówienia, w mitycznym „kiedyś” zawsze człowiek był lepszy, a pomidor – prawdziwszy… Rozbawiła mnie też pani Treppel, która słysząc, jak inni starsi ludzie wzdychają, że w dawnych czasach biznesmeni byli życzliwsi i nie myśleli tylko o pieniądzach, wtrąca trzeźwo: „Prowadziłam interesy w dawnych czasach (…) i jakoś tego nie zauważyłam” (s. 501). Drobne „naruszenia” nie zmieniają jednak faktu, że Mitchell pisze tak, że budzi silną tęsknotę za tamtym nowojorskim „dawniej”. Sama musiałam przy lekturze portretu legendarnego saloonu McSorleya otrząsać się z dojmującego pragnienia „ach, chciałabym tam wtedy być!” na rzecz ponurej refleksji „nie mogłabym tam wtedy być, bo jeszcze przez trzydzieści lat, do 1970, nie wpuszczano kobiet” (zob. np. Lichtenstein 1970).

Mitchell pisze naprawdę sugestywnie, z drobiazgowości czyniąc atut i wplatając liczne szczegóły w spokojną, ale wciągającą narrację. Wprawdzie odkryłam, że jeden z moich ulubionych wyróżniających się językowo fragmentów, czyli część wypowiedzi pewnej psychiatrki o gościach odwiedzających pacjenta, to głównie efekt pomysłowości tłumaczy, bo w oryginale brzmi zwyczajniej („bohemianie i bohemianki, duzi bohemaksi i mali bohemini, stare bohemozaury i młode bohemiątka” [s. 813] vs. „men bohemians and women bohemians, big bohemians and little bohemians, old bohemians and young bohemians” [Mitchell 2012]), ale też nie potrzebuję akurat w tej książce szczególnych stylistycznych wygibasów, ujmują mnie wystarczająco melancholia, empatia i sugestywność. Nie zgłaszam zawiedzionych oczekiwań, jakie ujawnia, mimo wszystko doceniający w tej książce wiele, Najder: „Ale Mitchell w swoim pisaniu o Nowym Jorku jest, uważam, zbyt gładki, nazbyt elegancki i ugrzeczniony. Ciąży ku wylewnej epice, a nie wywołaniu u czytelnika wstrząsu bądź szybszego przepływu krwi” (Najder 2026). Równocześnie muszę się z cytowaną recenzją zgodzić choćby w tym, że nie wszystkie teksty Mitchella to arcydzieła (na przykład w snutych wokół tematu picia i barów opowiadaniach bardzo widać, że autor nie jest Johnem Cheeverem, inną literacką legendą powiązaną z „New Yorkerem”) i że omawiana książka wymaga cierpliwości. Jeżeli natomiast ktoś nie gustuje w marynistycznych tematach (a ja nie gustuję), to im dalej w tom, tym częściej może czuć znudzenie wyraźniejszym ograniczaniem scenerii do okolic portowych. Moje znużenie może jednak wynikać też z recenzenckiego czytania „na akord” – wydaje mi się, że „W starym hotelu” jeszcze zyskałoby na oszczędnym dawkowaniu.

Warto się tej lekturze oddać, czytać Mitchella powoli, ze świadomością, że pochodzi z innego czasowego porządku, odpuszczać słabsze momenty, pewnie nieuniknione w tak dużym zbiorze dekad dorobku. I doceniać egzystencjalne stawki opowiadania tych pozornie zwykłych historii. Jak pisze reporter, wprowadzając do zbioru „Stary pan Flood”, to „opowieści o jedzeniu ryb, whiskey, śmierci i odrodzeniu” (s. 445). Opowieści nieraz wyrastające z lęków – czytamy wszak: „Od czasu do czasu, gdy chcę uwolnić się od myśli o śmierci i innych ponurych wizji, wstaję wcześnie rano i idę na trag rybny Fulton” (s. 519; autor wstępu do brytyjskiego wydania podkreśla tu dużą zbieżność z „Moby Dickiem” [zob. Fiennes 2012]) albo: „Kiedy wszystko zaczyna mnie przerastać, wkładam o kieszeni książkę o dzikich kwiatach i kilka kanapek, a potem schodzę na południowe wybrzeże Staten Island, żeby powłóczyć się trochę po jednym z tamtejszych starych cmentarzy” (s. 589). Może właśnie precyzja (czy raczej, jak w zaczerpniętym z słów samego Mitchella tytule wstępu Arno, „dzika precyzja”), nieosądzająca empatia i niezmienne ludzkie lęki sprawiają, że „W starym hotelu” wydaje się mimo wszystko jakoś aktualne, chociaż dotyczy dawno minionego? A może źródła wartości i uroku tej książki są mniej oczywiste, trudniejsze do uchwycenia? Jak stwierdza pan Flood: „Mógłbym ci podać tuzin powodów, dla których wolę targ rybny Fulton niż Miami na Florydzie, i pewnie żaden z nich nie byłby tym właściwym. Prawdziwy powód to zawsze coś ukrytego i odległego, pewnie sam go nawet nie znam” (s. 485).

LITERATURA:

Arno A.: „Dzika precyzja”. W: J. Mitchell: „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”. Przeł. K. Gucio, J.M. Klawe. Kraków 2026.

Byrska O.: „Oczekiwane (3): Nowojorczyk z zasiedzenia”. „Mały Format” 2018, nr 1. https://malyformat.com/2018/01/oczekiwane-3-nowojorczyk-zasiedzenia/.

Choiński M.: „Sam w Nowym Jorku”. „Tygodnik Powszechny” 2026, nr 15. https://www.tygodnikpowszechny.pl/joseph-mitchell-po-polsku-dobra-opowiesc-nie-musi-byc-prawdziwa-193272.

Choiński M.: „The New Yorker. Biografia pisma, które zmieniło Amerykę”. Kraków 2024.

Dean M.: „Does it matter if Joseph Mitchell embellished his journalism?”. „The Guardian”. 6.04.2015. https://www.theguardian.com/books/2015/apr/06/joseph-mitchell-new-yorker-biography-thomas-kunkel-janet-malcolm.

Fiennes W.: „Introduction”. W: J. Mitchell: „Up in the Old Hotel”. London 2012 [e-book].

Lichtenstein G.: „McSorley’s Admits Women Under a New City Law”. „The New York Times”. 11.08.1970. https://www.nytimes.com/1970/08/11/archives/mcsorleys-admits-women-under-a-new-city-law-mcsorleys-is-forced-to.html.

Mitchell J.: „Nota od autora”. W: J. Mitchell: „W starym hotelu. Reportaże z nowojorskiej ulicy”. Przeł. K. Gucio, J.M. Klawe. Kraków 2026.

Mitchell J.: „Up in the Old Hotel”. London 2012 [e-book].

Najder Ł.: „Homar po nowojorsku: sekret Josepha Mitchella. Recenzja »W starym hotelu«”. „Mint Magazine”. 2.06.2026. https://mintmagazine.pl/artykuly/homar-po-nowojorsku-sekret-josepha-mitchella-recenzja.