SŁOWA POZBAWIONE WIELKICH GABARYTÓW (WOJCIECH BONOWICZ: 'BARDZO')
A
A
A
Poezja może mówić wprost o rzeczach wielkich, ale może też skupiać się na tym, co na pozór wydaje się znikome i prozaiczne. Kiedy jednak wejdzie się w to głębiej, ów pozorny drobiazg zaczyna się rozrastać, odsłaniając kolejne priorytety i sensy, obok których nie sposób przejść obojętnie. Tak właśnie dzieje się w poezji Wojciecha Bonowicza, który jakiś czas temu oddał w ręce czytelników swój najnowszy tom „Bardzo”.
Bonowicz, który od zawsze przywołuje we mnie literackie skojarzenia z czułością dla świata i ludzi, i tym razem pozostaje jej wierny. I choć w jego niedawno opublikowanych tekstach pobrzmiewają nuty lekkiego zniechęcenia wobec współczesnego człowieka (daje temu wyraz w wierszu „Ulica”: „Cała ulica ogląda się za kobietą idącą do pracy./Ludzie nie zgłupieli jeszcze zupełnie/skoro zauważają kogoś tak pięknego”, s. 17) i tego, w jaki sposób buduje relacje (choćby w wierszu „Nietoperz”), finalnie zdaje się być sprzymierzeńcem tych, którzy go otaczają. Często występuje w roli uważnego obserwatora – nie ciekawskiego, podglądającego sąsiadów z okna, ale tego, który w każdym szczególe próbuje odnaleźć cząstkę historii i piękna danego człowieka.
Na szczególną uwagę zasługuje tu zbudowana ze słów (i właśnie słowo ma tu niebagatelne znaczenie, bo toczy się o nie swoisty spór) opowieść o – jak można przypuszczać – relacji z matką. Jej postać pojawia się już na samym początku, bo w trzecim wierszu „Geografia”. To ona ostrzega w nim syna, który jest w wieku szkolnym, przed zbliżaniem się do wielkich słów i fikcji: „Za dużo/tego pisania”, powtarzała z wyrzutem” (s. 7). A on, być może nieco ironicznie, przyznaje jej rację.
Matka wraca później, już jako postać zbliżająca się do końca ziemskiej wędrówki. Bonowicz, znowu słowem, buduje jej coś w rodzaju pomnika, choć wyzbytego patosu („wielkich słów”). To słowo niezwykle czułe, niewymagające, nierozrastające się do wielkich rozmiarów. Doświadcza się go mocno w wierszu „Pocałunki”, a już najmocniej, choć bez wymuszonej siły, wybrzmiewa ono w wierszu „Po śmieci”. Tam splata się prostota, wspomniana czułość i miłość do natury, która u Bonowicza wprost wylewa się z kartek tomu: „Na pewno zostałaś lasem./Choć rośniesz tam/raczej osobno” (s. 35).
Bonowicz żegna się w tym tomie z matką, ale żegna się też sam ze sobą – ze swoją młodością, nieskrępowaną aktywnością, zdrowiem, z życiem. W tym pożegnaniu melancholia i tęsknota łączą się jednak ze zgodą na zmiany i przemijanie. Nie ma tu miejsca na bunt. Jak sam przyznaje w wierszu „Baranek”: „Coraz dłużej kojarzę fakty. Czasem/nie kojarzę ich zupełnie nie łapię też/aluzji. Tak szybko jak kiedyś/nie jestem w stanie ani bieg ani pisać./Moje życie to coraz prostszy obrazek:/białe baranki płyną błękitnym niebem” (s. 15).
Tak jak już wspomniałam, ale warto, by wybrzmiało to ponownie, bo jest to kwintesencja tej poezji, Bonowicz (być może właśnie za namową matki pojawiającej się w wierszu „Geografia”) z wielkich słów rezygnuje, spycha je na margines a kartkę papieru oddaje słowu prostemu, nieskażonemu pychą i nadęciem, słowu pozbawionemu sporych gabarytów. Pierwszeństwo jednak oddaje słowu jeszcze bardziej bezbronnemu, bo – jak się zdaje – nieśmiałemu. To wierszem „Cały Staszek” rozpoczyna tomik. Ten wiersz – ta zaledwie miniatura poetycka, bo składająca się z dwóch wersów – nie rozpycha się. Wręcz przeciwnie – osoba mówiąca w nim pyta, czy może zabrać głos. „Ja nie będę nic mówił.”/”A czy mogę coś dodać?” (s. 5). To właśnie te dwa zdania wprowadzają nas w poezję Bonowicza najdoskonalej. Stają się wstępem do uważnej opowieści o życiu, świecie, ludziach, naturze, o tym co bliskie, co wzruszające i przemijające.
U Bonowicza, trochę jak u cenionego przez niego Tischnera, wielkie rzeczy wybrzmiewają w skromnych słowach, zrozumiałych dla każdego. Dzięki temu „Bardzo” staje się propozycją także dla tych, którzy boją się pompatycznej poezji – niekiedy niezrozumiałej, bo posługującej się mocno zawoalowanym językiem, naszpikowanym neologizmami.
I choć słowo u Bonowicza nie sprawia kłopotów, to jego przywołanie przez samego autora niekiedy nie jest już tak proste. Poeta często skarży się na niemoc twórczą (jak w wierszu „W trudnych chwilach”: „próbowałem coś napisać. Lecz nic nie wychodziło”, s. 12) czy na spory ze słowem (jak w wierszu „List”: „Pisałem do ciebie list który podarłem./Napisałem go na nowo i znów podarłem”, s. 21). Choć niekiedy to właśnie słowo staje się dla niego ratunkiem (jak w miniaturze „Bezsilność”: „Nie utrwaliłem/tej chwili./Zapisałem ją sobie”, s. 19).
A sam tytuł tomu? Tak, on również jest prosty, właściwie niczym niewyróżniający się. A jednak stawia wyzwanie. Bo jak go interpretować? Co chce nam powiedzieć? Co podkreślić?
„Bardzo” – zwykłe słowo, które na co dzień wypowiadamy wielokrotnie. Codzienne i spowszedniałe, podobnie jak obrazki, które Bonowicz przedstawia w swoich wierszach. Jednak, jak wspomniałam na początku, ta prostota jest pozorna. Za nią, a może pod nią, kryją się różne sensy i konteksty. Samo słowo „bardzo” określa przecież intensywność uczuć i wrażeń. Coś może być bardzo smutne, ale też bardzo dobre. Możemy coś bardzo mocno przeżywać, a od czegoś innego bardzo chcieć uciec.
Tytuł tomu z góry zakłada więc pewien rodzaj intensywności. Tymczasem, kiedy sięgamy po zawarte w nim teksty, dotykamy czegoś na wskroś delikatnego i trudno na pierwszy rzut oka doszukiwać się w nich owej intensywności. Pojawia się wyraźny kontrast – i to właśnie kontrastowość staje się jednym z ważnych elementów tomu Bonowicza. Dłuższe formy sąsiadują z mikroformami. Młodość staje naprzeciw starości i odchodzenia. Czułość wobec drugiego człowieka i uważność zdają się sprzeciwiać słabości współczesnych relacji oraz obojętności wobec człowieka będącego obok. Autor raz uważnie obserwuje naturę, by za chwilę spojrzeć z okna na powstające betonowe miasto.
To właśnie takie literackie drobiazgi pozwalają zbliżyć się do tekstu bez lęku, a jednocześnie otwierają przestrzeń dla szerszej interpretacji i poszukiwania głębszych sensów – także tych, które kryją się w prozie codziennego życia.
Bonowicz, który od zawsze przywołuje we mnie literackie skojarzenia z czułością dla świata i ludzi, i tym razem pozostaje jej wierny. I choć w jego niedawno opublikowanych tekstach pobrzmiewają nuty lekkiego zniechęcenia wobec współczesnego człowieka (daje temu wyraz w wierszu „Ulica”: „Cała ulica ogląda się za kobietą idącą do pracy./Ludzie nie zgłupieli jeszcze zupełnie/skoro zauważają kogoś tak pięknego”, s. 17) i tego, w jaki sposób buduje relacje (choćby w wierszu „Nietoperz”), finalnie zdaje się być sprzymierzeńcem tych, którzy go otaczają. Często występuje w roli uważnego obserwatora – nie ciekawskiego, podglądającego sąsiadów z okna, ale tego, który w każdym szczególe próbuje odnaleźć cząstkę historii i piękna danego człowieka.
Na szczególną uwagę zasługuje tu zbudowana ze słów (i właśnie słowo ma tu niebagatelne znaczenie, bo toczy się o nie swoisty spór) opowieść o – jak można przypuszczać – relacji z matką. Jej postać pojawia się już na samym początku, bo w trzecim wierszu „Geografia”. To ona ostrzega w nim syna, który jest w wieku szkolnym, przed zbliżaniem się do wielkich słów i fikcji: „Za dużo/tego pisania”, powtarzała z wyrzutem” (s. 7). A on, być może nieco ironicznie, przyznaje jej rację.
Matka wraca później, już jako postać zbliżająca się do końca ziemskiej wędrówki. Bonowicz, znowu słowem, buduje jej coś w rodzaju pomnika, choć wyzbytego patosu („wielkich słów”). To słowo niezwykle czułe, niewymagające, nierozrastające się do wielkich rozmiarów. Doświadcza się go mocno w wierszu „Pocałunki”, a już najmocniej, choć bez wymuszonej siły, wybrzmiewa ono w wierszu „Po śmieci”. Tam splata się prostota, wspomniana czułość i miłość do natury, która u Bonowicza wprost wylewa się z kartek tomu: „Na pewno zostałaś lasem./Choć rośniesz tam/raczej osobno” (s. 35).
Bonowicz żegna się w tym tomie z matką, ale żegna się też sam ze sobą – ze swoją młodością, nieskrępowaną aktywnością, zdrowiem, z życiem. W tym pożegnaniu melancholia i tęsknota łączą się jednak ze zgodą na zmiany i przemijanie. Nie ma tu miejsca na bunt. Jak sam przyznaje w wierszu „Baranek”: „Coraz dłużej kojarzę fakty. Czasem/nie kojarzę ich zupełnie nie łapię też/aluzji. Tak szybko jak kiedyś/nie jestem w stanie ani bieg ani pisać./Moje życie to coraz prostszy obrazek:/białe baranki płyną błękitnym niebem” (s. 15).
Tak jak już wspomniałam, ale warto, by wybrzmiało to ponownie, bo jest to kwintesencja tej poezji, Bonowicz (być może właśnie za namową matki pojawiającej się w wierszu „Geografia”) z wielkich słów rezygnuje, spycha je na margines a kartkę papieru oddaje słowu prostemu, nieskażonemu pychą i nadęciem, słowu pozbawionemu sporych gabarytów. Pierwszeństwo jednak oddaje słowu jeszcze bardziej bezbronnemu, bo – jak się zdaje – nieśmiałemu. To wierszem „Cały Staszek” rozpoczyna tomik. Ten wiersz – ta zaledwie miniatura poetycka, bo składająca się z dwóch wersów – nie rozpycha się. Wręcz przeciwnie – osoba mówiąca w nim pyta, czy może zabrać głos. „Ja nie będę nic mówił.”/”A czy mogę coś dodać?” (s. 5). To właśnie te dwa zdania wprowadzają nas w poezję Bonowicza najdoskonalej. Stają się wstępem do uważnej opowieści o życiu, świecie, ludziach, naturze, o tym co bliskie, co wzruszające i przemijające.
U Bonowicza, trochę jak u cenionego przez niego Tischnera, wielkie rzeczy wybrzmiewają w skromnych słowach, zrozumiałych dla każdego. Dzięki temu „Bardzo” staje się propozycją także dla tych, którzy boją się pompatycznej poezji – niekiedy niezrozumiałej, bo posługującej się mocno zawoalowanym językiem, naszpikowanym neologizmami.
I choć słowo u Bonowicza nie sprawia kłopotów, to jego przywołanie przez samego autora niekiedy nie jest już tak proste. Poeta często skarży się na niemoc twórczą (jak w wierszu „W trudnych chwilach”: „próbowałem coś napisać. Lecz nic nie wychodziło”, s. 12) czy na spory ze słowem (jak w wierszu „List”: „Pisałem do ciebie list który podarłem./Napisałem go na nowo i znów podarłem”, s. 21). Choć niekiedy to właśnie słowo staje się dla niego ratunkiem (jak w miniaturze „Bezsilność”: „Nie utrwaliłem/tej chwili./Zapisałem ją sobie”, s. 19).
A sam tytuł tomu? Tak, on również jest prosty, właściwie niczym niewyróżniający się. A jednak stawia wyzwanie. Bo jak go interpretować? Co chce nam powiedzieć? Co podkreślić?
„Bardzo” – zwykłe słowo, które na co dzień wypowiadamy wielokrotnie. Codzienne i spowszedniałe, podobnie jak obrazki, które Bonowicz przedstawia w swoich wierszach. Jednak, jak wspomniałam na początku, ta prostota jest pozorna. Za nią, a może pod nią, kryją się różne sensy i konteksty. Samo słowo „bardzo” określa przecież intensywność uczuć i wrażeń. Coś może być bardzo smutne, ale też bardzo dobre. Możemy coś bardzo mocno przeżywać, a od czegoś innego bardzo chcieć uciec.
Tytuł tomu z góry zakłada więc pewien rodzaj intensywności. Tymczasem, kiedy sięgamy po zawarte w nim teksty, dotykamy czegoś na wskroś delikatnego i trudno na pierwszy rzut oka doszukiwać się w nich owej intensywności. Pojawia się wyraźny kontrast – i to właśnie kontrastowość staje się jednym z ważnych elementów tomu Bonowicza. Dłuższe formy sąsiadują z mikroformami. Młodość staje naprzeciw starości i odchodzenia. Czułość wobec drugiego człowieka i uważność zdają się sprzeciwiać słabości współczesnych relacji oraz obojętności wobec człowieka będącego obok. Autor raz uważnie obserwuje naturę, by za chwilę spojrzeć z okna na powstające betonowe miasto.
To właśnie takie literackie drobiazgi pozwalają zbliżyć się do tekstu bez lęku, a jednocześnie otwierają przestrzeń dla szerszej interpretacji i poszukiwania głębszych sensów – także tych, które kryją się w prozie codziennego życia.












ISSN 2658-1086