ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (549) / 2026

Martyna Puzio,

PANNA IZABELA CZYTA 'BLUSZCZ' ('LALKA', SERIAL)

A A A
Panna Izabela Łęcka czyta „Bluszcz”, czyli kobiecy, ilustrowany warszawski tygodnik. Już na tym jednym zdaniu mogłabym właściwie zakończyć swoje rozważania, ponieważ charakter całej produkcji Pawła Maślony wybrzmiewa nie tylko w tej scenie, lecz także w całej kampanii promocyjnej serialu. Jak to często w przypadku Netfliksa bywa, do końca nie mogliśmy być pewni, co właściwie dostaniemy. Tym razem zdecydowano się bowiem zekranizować nie byle co, a nasze, jakby to niektórzy nazwali, „dobro narodowe”, czyli monumentalną i niezwykle bogatą w ilość podejmowanych wątków powieść Bolesława Prusa, dotyczącą głównie polskiego społeczeństwa Warszawy XIX wieku – „Lalkę”. Trudno więc nie odczuwać pewnego lęku, że można ten materiał zwyczajnie spaprać. W końcu poprzednie ekranizacje były, no cóż, co najmniej dobre, jeśli nie bardzo. Mam na myśli przede wszystkim film Wojciecha Jerzego Hasa z 1968 roku oraz serial Ryszarda Bera z roku 1977. Wersja Netfliksa ma jednak zupełnie inny charakter, co samo w sobie zrozumiałe, ale ten aspekt nie powinien przesłaniać tego, czym właściwie jest ta produkcja. A jest ona naprawdę zupełnie inna. Niektórzy powiedzą, że bezczelna. Ja nazwałabym ją po prostu reinterpretacją Prusa, a nie wierną ekranizacją, co zresztą było wiadome już po dość „zaskakującym” zwiastunie, który zdążył podzielić widownię. Spoty reklamowe niczym z tiktokowego programu, no i zwiastun, zwiastun, zwiastun i przede wszystkim on.

Serial „Lalka” w reżyserii Pawła Maślony, znanego między innymi z filmu „Kos” (2023), to pierwsza „Lalka” wrześniowego „lalkagedonu”. Od początku należało oczekiwać, że będzie się ona wyróżniać. W końcu Netflix zdążył nas na to przygotować. Tym bardziej że planowana jest już kolejna podobna produkcja – „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. To, że ta serialowa „Lalka” podzieli polonistów, było właściwie pewne. Że jednak podzieli całą Polskę – już niekoniecznie. Skoro pytani o nią są nawet politycy, oznacza to, że opinia publiczna rzeczywiście mocno nią żyje. Tylko dlaczego? Być może odpowiedzi należy szukać pod płaszczykiem monumentalnej historii, z której wyrasta coś nowego i zupełnie innego. I właśnie to jest kluczowe dla całego sporu. Bo „Lalka” Maślony nie próbuje wyłącznie odtworzyć Prusa, ona próbuje z nim dyskutować. A przy tym, trzeba przyznać, jest wykonana bardzo dobrze, a kreacje aktorskie stoją na wysokim poziomie. 

Sandra Drzymalska w roli Izabeli Łęckiej jest fenomenalna. Dziwne dla mnie zarzuty dotyczące jej urody zupełnie znikają pod ciężarem jej świetnej gry aktorskiej. Jej Iza jest przecież chłodna i arystokratyczna, zupełnie jak Bela Prusa – rozkapryszona, snobistycznie wychowana, narcystyczna. Izabela wstaje, kiedy chce, chodzi spać, kiedy chce. Chodzi, gdzie chce i, co warto dodać, sama. Robi w gruncie rzeczy to, na co ma ochotę. Służba, wraz z jej kuzynką Florentyną, równie dobrze zagraną przez Julię Wyszyńską, usługuje jej na każdym kroku, przynosząc coraz to pyszniejsze ciasta. W końcu Florcia to rodzina. Tylko ta, no cóż, gorsza. Bela nie upatruje jednak szczęścia wyłącznie w tym, co piękne, bowiem panna Izabela czyta „Bluszcz” i (chyba) chce zostać pisarką. A przynajmniej tak prowadzi nas oś historii. Co prawda wciąż lata z głową w chmurach, ale jej ambicje wykraczają poza salonowe życie. Za scenariusz odpowiadają Paweł Maślona, Paweł Demirski i Jagoda Dutkiewicz, którzy wprowadzają tutaj znienacka wątek emancypantek. Nie jestem jednak do końca przekonana, czy jest on potrzebny w takiej formie. W kręgu kobiet związanych z „Bluszczem” pojawia się Eliza Orzeszkowa (Agnieszka Grochowska), przedstawiona jako redaktorka pisma. Orzeszkowa nie pojawia się tam oczywiście bez powodu. Bela chce być jak ona, chce być jak te wszystkie kobiety, które próbują wyjść poza ramy narzucone im przez epokę.

Problem polega jednak na tym, że Izabela jest w końcu zubożałą arystokratką, widmem pewnego świata, który powoli odchodzi w przeszłość. Na dodatek niezbyt dobrze pisze. Nie zniechęca to jednak wybuchowej kobiety do snucia kolejnych planów związanych z publikowaniem w periodyku. Wykorzystując Wokulskiego, ratuje poznaną tam lekarkę Zofię (Monika Frajczyk) i umożliwia jej wykonywanie zawodu. Na dodatek Iza pragnie mieć periodyk na własność, do czego namawia Stacha, proponując mu właściwie transakcję: zakup pisma w zamian za jej rękę. Nie można więc zarzucić tej serialowej Beli, że tylko leży na przepięknie zdobionej wersalce i przegląda figurki antycznych bożków. Ta Iza działa. Tylko że czasami sprawniej, czasami mniej. W pierwszym odcinku, podczas przyjęcia, jedna z kobiet zaczyna rodzić. Możemy zobaczyć przerażoną, może nawet zniesmaczoną twarz Beli. Jednak ona nie tylko stoi i się przygląda. Kiedy kobiety z „Bluszczu” proszą ją o pomoc, Izabela rzeczywiście próbuje to zrobić. Na niewiele się to zdaje, ale jednak. Nie pozostaje też bierna wobec przemocy czy zniewolenia innych ludzi. Za zimną powłoką kryje się przecież zdeterminowana, młoda kobieta, która nie zna innego życia niż to, do którego została przyzwyczajona, także w kontrze do jej nowego, nielubianego słowa „oszczędzanie”. Nie jestem jednak pewna czy wszystkie te dopisane wątki okazują się serialowi rzeczywiście potrzebne. Oczywiście mają własny cel i pozwalają przepisać Izabelę na bardziej sprawczą i przede wszystkim współczesną bohaterkę. Pytanie tylko, czy wszystkie te elementy równie mocno służą głównej osi historii. Momentami mam wrażenie, że mogłoby ich nie być, a konstrukcja opowieści niewiele by na tym straciła. Zamiast wzbogacać główny konflikt, niektóre z nich zaczynają go nieco rozmywać.

Naprzeciwko tej osi działania kobiety jawi się jej ojciec, czyli Tomasz Łęcki, grany równie dobrze przez Jacka Braciaka. Gdy pojawiają się liczne problemy finansowe, a wiadomo, że się pojawiają, bo Łęccy są właściwie bankrutami, on woli uśmiechnąć się do alkoholu niż podjąć jakiekolwiek działanie. Podobnie przedstawieni zostają pozostali arystokraci – jako banda totalnych przygłupów. Ta groteskowa zabawa działa jednak zaskakująco dobrze. Są to w większości mężczyźni, bo to oni dysponują majątkiem, podejmują decyzje i próbują kontrolować „rzeczywistość”. Naprzeciwko nich stoi Bela. Wszyscy chcą przecież dysponować dobrem kobiety, nawet jej własna rodzina. Mam tu na myśli Starskiego (Piotr Pacek), który jest chyba jeszcze gorszym typem niż w samej powieści, oraz rzecz jasna, barona Krzeszowskiego (Piotr Adamczyk). Wiadomo, w dużej mierze stanowią oni tło dla całej historii. Pokazują nie tylko zderzenie ze światem klasy wyższej, czyli grupą darmozjadów, którzy właściwie niewiele wiedzą, choćby zapytani o kapitalizm śmieją się bezwiednie, ale również rzeczywistość pozostającą w kontrze do kobiet. Paradoksalnie to właśnie kobietom łatwiej rozwijać się intelektualnie i dostrzegać niuanse własnej klasy społecznej niż mężczyznom, którzy tę klasę reprezentują. Potwierdza to choćby ciotka Wąsowska (Magdalena Cielecka), również zimna arystokratka, która nie przejmuje się przesadnie konwenansami, lecz żyje w tym świecie na tyle długo, aby wiedzieć, kiedy należy się do nich zastosować, a kiedy można je zwyczajnie wyśmiać.

W tak ciekawym i dość groteskowym świecie, wykreowanym przez scenarzystów, pojawia się nie kto inny jak Stanisław Wokulski. Tomasz Schuchardt, przyznam na początku, zupełnie nie pasował mi do tej roli. Ostatecznie jednak bardzo dobrze się w niej odnajduje i tworzy Wokulskiego zupełnie innego, niż zakładałam. Myślałam, że twórcy przedstawią go jako creepa, simpa, a wszystkie te slangowe określenia, wraz z całym zestawem red flag, zostaną podciągnięte do ekstremum i wyartykułowane niemal wprost. Oczywiście Stach po części tym wszystkim jest. W końcu ma obsesję na punkcie wyobrażenia panny Izabeli. Kto z nas nie zna zresztą sytuacji, w której zakochujemy się bardziej w czyimś wyobrażeniu niż w nim samym? Kupiec wykupuje zastawę Łęckich, pragnie spłacić ich długi, kupuje także kamienicę i wyposaża mieszkanie zupełnie pod gust Izabeli. To chyba jedyne elementy, które pozostają w zgodzie z powieściowym Stanisławem. Wokulski Schuchardta jest bowiem kimś zupełnie innym. To bardziej bad boy. Chce zdobyć Izabelę po swojemu. Nie boi się ubrudzić rąk. Jego działania są stanowcze, zdecydowane i ambitne. Sam uczy się angielskiego ze słownika, a byłej prostytutce Mariannie (Maria Kania) każe dokładnie dowiedzieć się wszystkiego o panience. Jest bardzo intensywny. Brakuje mu subtelności książkowego Wokulskiego, ale jego serialowa wersja chyba jej nie potrzebuje.

Tak samo intensywna jest jego relacja z Łęcką. Początkowa fascynacja, obsesja i dążenie do celu stopniowo zamieniają się w intrygę. Kupiec zadziwiająco dobrze współgra z arystokratką, mają bowiem świetną chemię. To, że on chce ją zdobyć, to wiadomo. Wydawać by się jednak mogło, że tego samego pragnie Izabela, choćby w swoich snach. Szybki i cięty montaż, obecny w całym serialu, jest tutaj dobrym zabiegiem, szczególnie przy tak dynamicznym sposobie opowiadania historii, a właściwie jej kolejnych zlepków. Te zabiegi pokazują nie tylko fascynację połączoną z obsesją, ale również ambicję, a może nawet lęk. Nonszalancka kokietka początkowo bardzo sprawnie bawi się Stachem, jednak z czasem fascynacja Wokulskiego jej osobą przeradza się nie tylko w obsesję, ale także w zwyczajną niechęć do jej gierek. Izabela jest femme fatale. Każdy chciałby ją mieć na własność, ale Stachu ma już tego wchodzenia po szczeblach drabiny po prostu dość. W tym jej humorów, manipulacji i nieustannego testowania jego granic. Z jej powodu, o dziwo, sam staje się bankrutem. Czy tego chcą, czy nie, relacja głównych bohaterów zaczyna zaskakiwać. Izabela chyba naprawdę zaczyna kochać tego kupca. To ciekawy zabieg, szczególnie że serial nie opiera ich relacji wyłącznie na jednostronnym pożądaniu. Gra spojrzeń, wymiana zdań czy kolejne kłótnie pokazują ich relację tak, jakby była już zaawansowana, dosłownie jakby byli małżeństwem, które od dawna zna swoje słabe punkty. Uwikłani w jedną intrygę za następną przechodzą przez kolejne perypetie, aż w końcu ładowana od początku strzelba Czechowa musi wystrzelić. Stach i Bela muszą zostać partners in crime. W wyniku nieoczekiwanych wydarzeń okazuje się, że nie tylko oni muszą działać razem, lecz także Ignacy (Dariusz Chojnacki), służąca Marianna i Florcia. Wokulski wypowiada farewell niemal przed ołtarzem, jego sklep galanteryjny wylatuje w powietrze, a on sam pozoruje własną śmierć. Wszystkie te sceny zostają ukazane w iście Tarantinowskim stylu. Wszystko po to, aby cała ta grupa mogła rozpocząć prawie nowe życie.

Takich plot twistów w tej monumentalnej powieści Prusa chyba nikt by się nie spodziewał. A jednak Maślona pokazuje, ile jeszcze można z niej wyciągnąć. Prusowska historia okazuje się materiałem znacznie bardziej pojemnym, niż mogłoby się wydawać, jeśli tylko przestaniemy traktować ją jak tekst, który można wyłącznie wiernie odtworzyć. Jedyne, czego bardzo, ale to bardzo mi brakowało, to większej zażyłości Rzeckiego ze Stachem. W końcu to jego najlepszy przyjaciel i prawa ręka. Tutaj kompletnie nie wyczułam tej bliskości. Poza licznymi przekleństwami pojawiającymi się w ich rozmowach trudno momentami uwierzyć, że łączy ich tak silna relacja. Ignacy nie jest przy tym aż tak poukładany, jak mogłoby się wydawać. Mimo wszystko popiera Stacha, a więc pozostaje wobec niego lojalny. Nie ma jednak praktycznie nic o jego zamiłowaniu do rodu Bonapartych ani o „Pamiętniku starego subiekta”. 

Podsumowując, dlaczego mamy taki problem z tą „Lalką”? Podobno za granicą przyjęto ją znacznie cieplej. Serialowi Maślony pod względem technicznym można oczywiście kilka rzeczy zarzucić. Jak każdej produkcji, również tej nie brakuje błędów. Jednak trudno odmówić jej sprawności i pomysłu na to, czym właściwie chce być. Przede wszystkim nie jest wierną kopią powieści Prusa. I, co ważne, twórcy nigdy nie udawali, że nią będzie. Od początku zapowiadano ją jako reinterpretację, a właściwie poszła jeszcze dalej. Scenarzyści biorą powieść Prusa na warsztat, wybierają z niej elementy, które są dla nich najciekawsze, a następnie swobodnie się nimi bawią. Tworzą nową oś historii, kolejną narrację. Swoją własną „Lalkę”.

Najmocniejszymi punktami wspólnymi z książką pozostają właściwie dwa fundamenty: Wokulski jest zakochany w Izabeli, a arystokracja, cóż, jest narcystyczna i niezbyt rozgarnięta. Reszta staje się tworzywem dla zupełnie innej opowieści i dla wizji tego, jak scenarzyści chcieliby poprowadzić oraz zakończyć tę wielką historię. I właśnie dlatego, moim zdaniem, „Lalka” jest serialem dobrym. Niepozbawionym błędów, momentami przesadzonym, czasami zbyt mocno zapatrzonym we własną pomysłowość, ale jednocześnie wnoszącym coś nowego. Może nawet coś, czego jeszcze nie znamy albo z czym po prostu nie chcemy się zgodzić. Pewną świeżość w myśleniu o ekranizowaniu wielkich powieści. Bo właściwie dlaczego ekranizacja miałaby być wyłącznie wiernym odtworzeniem tekstu? Kto tak naprawdę chciał „przebrnąć” przez „Wichrowe Wzgórza” Emerald Fennell, które od początku wyglądały bardziej jak współczesny teledysk niż klasyczna adaptacja powieści Emily Brontë? A może właśnie takie podejście do literackiej klasyki ma swój urok? Przecież podobną swobodę w interpretowaniu historii można dostrzec w „Marii Antoninie” Sofii Coppoli, która mnie osobiście przypadła do gustu. Oba filmy pokazują, że odejście od „tradycyjnej” formy nie musi oznaczać artystycznej porażki. Coppola pokazała królową Francji w sposób, którego trudno byłoby szukać w tradycyjnej biografii. Maria Antonina chodzi w trampkach, słucha muzyki i bawi się modą, bo przecież, zanim została królową, była po prostu młodą dziewczyną. Reżyserka stworzyła coś zupełnie innego niż klasyczna opowieść historyczna i właśnie w tym tkwiła siła jej filmu. Podobnie jest tutaj.

„Lalce” Maślony można zarzucać wiele, ale trudno zarzucić jej to, że boi się być inna. Jest odważna i spodoba się przede wszystkim tym, którzy lubią współczesne, daleko idące reinterpretacje klasyki. To już nie tyle ekranizowanie znanej historii, ile tworzenie nowych historii z tego, co dobrze znamy. Czy to dobra droga? Tego nie rozstrzygałabym tak łatwo. Na pewno jednak to droga ciekawa. Jednego jestem natomiast pewna – dzieci w szkole absolutnie nie powinny uczyć się „Lalki” Prusa wyłącznie z tego serialu. Nie dlatego, że produkcja jest zła, lecz dlatego, że z lekturą ma ona momentami naprawdę niewiele wspólnego. Jeśli ktoś chce poznać fabułę, bohaterów i najważniejsze wątki powieści, serial nie wystarczy. Ba, może wręcz wprowadzić więcej zamieszania, niż pomóc w przygotowaniu do lekcji. I może właśnie dlatego warto o tej „Lalce” rozmawiać nie tylko z perspektywy filmoznawczej. Warto zastanowić się, czym właściwie jest dzisiaj adaptacja klasyki, gdzie się ona kończy, a zaczyna już reinterpretacja, i czy tekst, który od pokoleń uznajemy za niemal nietykalny, rzeczywiście powinien taki pozostać. Nie każda reinterpretacja musi nam się podobać. Nie każda musi być udana. Ale może czasami warto przestać pytać, czy twórcy dobrze „przepisali” Prusa, a zacząć pytać, co właściwie chcieli nam powiedzieć, przepisując go po swojemu. Po prostu dajmy tej „Lalce” szansę.
„Lalka”. Serial. Reżyseria: Paweł Maślona. Scenariusz: Paweł Maślona, Paweł Demirski, Jagoda Dutkiewicz. Scenografia: Joanna Macha. Zdjęcia: Paweł Flis. Muzyka: Bartosz Jan Schmidt „Baasch”. Obsada: Sandra Drzymalska, Tomasz Schuchardt, Jacek Braciak, Julia Wyszyńska, Dariusz Chojnacki, Magdalena Cielecka, Piotr Adamczyk, Piotr Pacek, Maria Kania, Agnieszka Grochowska. Gatunek: dramat kostiumowy. Produkcja: Polska, 2026, 1 sezon, 6 odcinków.