ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (117) / 2008

RZECZYWISTOŚĆ POLITYCZNIE PRZEDSTAWIONA

Kurtyna po ostatnim spektaklu wystawionym w ramach VIII Festiwalu Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona” już dawno opadła a widzowie rozeszli się do domów. Między 18 a 26 października na zabrzańskiej scenie wybrzmiewały wielkie hasła, takie jak miłość, samotność, ojczyzna, wojna, wolność, które wzbudzały większe lub mniejsze emocje. Pora na podsumowanie festiwalu, na który corocznie przybywają teatry z całej Polski i widzowie z całego Śląska.

Rodzina to jest siła

Zaczęło się familijnie, a przynajmniej takie pozory sprawiała premiera Teatru Nowego z Zabrza, czyli „Bardzo zwyczajna historia” w reżyserii Henryka Adamka. Prawie melodramatyczna opowieść snuta w bajkowej konwencji, dzięki której wydarzenia są komentowane przez zwierzęta, niepostrzeżenie przemyca poważne refleksje o aborcji. Jednak zamiast przesłania docenione zostało aktorstwo w wykonaniu Wiesława Kańtocha (Sąsiad) i Mariana Kierycza (Kogut).

Polityka prorodzinna o wiele wyraźniej zrealizowała się w przedostatnim konkursowym spektaklu – „Poważny jak śmierć, zimny jak głaz” Teatru Ludowego z Krakowa. Odpowiedzialny za reżyserię, scenografię i oprawę muzyczną Tomasz Obara zaadaptował na deski sceniczne sztukę Adama Rappa. Sielankowy obraz rodziny potłukł się na niemające ze sobą już wiele wspólnego jednostki: chory ojciec, utrzymująca cały dom matka, córka staczająca się na samo dno narkomanii oraz pełen optymizmu syn, usiłujący posklejać poszczególne elementy w ponownie szczęśliwą całość. Akcja większej części sztuki toczy się wokół kanapy, a dystans proksemiczny między członkami rodziny wyznacza telewizor z nieustannie emitowanym programem Telezakupy. Na dodatek w tle pojawiają się motywy gier komputerowych i prostytucji, które mają dookreślić tragiczny wydźwięk sytuacji. Mają, ale w końcu temu nie służą, ponieważ nawet jeśli problemy, z jakimi zmaga się amerykańska rodzina, są aktualne także na gruncie polskim, to podane w takiej, jaką mieliśmy okazję obejrzeć, estetyce nie przemawiają do widza, a jedynie go intrygują, a nawet bawią. Perfekcyjnie dopracowany spektakl, który w umiejętny sposób wykorzystuje większość teatralnych oraz niektóre filmowe środki wyrazu, chwilami przypomina dobrze zrobione kino, tyle że bynajmniej nie moralnego niepokoju, a stylu zerowego. Całość wieńczy i zarazem skazuje na klęskę utrzymany w amerykańskim stylu happy end.

Posiadanie rodziny nie czyni szczęśliwą Miry (Maria Seweryn), choć jest w zaawansowanej ciąży. Owdowiała Maria (Dorota Pomykała) już nie ma rodziny, ale też nie jest szczęśliwa. Marzena (Joanna Pokojska) z kolei swoje szczęście upatruje w możliwości jej założenia, co też wkrótce czyni. Wszystkie te bohaterki (oraz trzy pozostałe) cierpią przez mężczyznę – obecnego, byłego i potencjalnego partnera. Nawet jeśli to upadła gwiazda (Lidia Stanisławska), która otarła się o dno przez alkoholizm, to jest ona potencjalną anielicą (skromna, ale „uskrzydlająca” scenografia Doroty Roqueplo), gotową przemówić w odpowiednim momencie „językami ludzi i aniołów”. Mowa oczywiście o „Kobietach w sytuacji krytycznej” Teatru Polonia. Sztuka brawurowo zagrana przez wszystkie aktorki poprowadzone przez Krystynę Jandę, nie spowodowała jednak ani poruszenia ani wzruszenia. Przedstawione pięć historii przypominały raczej sytuacje kobiet na skraju załamania nerwowego i to podobieństwo do tytułu jednego z filmów Pedra Almodóvara może wcale nie być przypadkowe. Smutne opowieści, które deklamują bohaterki, bawią, nawet śmieszą, ale bynajmniej nie skłaniają do refleksji ani nie odkrywają przed widzem nowych, rewolucyjnych prawd. Jedynym przesłaniem zdaje się być to, które jest znane od pierwszej sceny: do szczęścia kobiecie wystarczy zaledwie kochać i być kochaną – tak przynajmniej utrzymuje Joanna Murray-Smith. „Kobiety w sytuacji krytycznej” wystawione już drugiego dnia festiwalu wskazały na sytuację bez wyjścia, w jakiej znajduje się pragnąca szczęścia przedstawicielka płci żeńskiej – z jednej strony chce się skupić na sobie, ale z drugiej szczęście nie jest możliwe bez poświęcenia się drugiej osobie. A wszystko to przez narzuconą przez tę drugą płeć politykę – politykę płci, nawiązując do feministki Sylviane Agaciński.

„Patriotyczna dziewczyna do wszystkiego” wchodzi na scenę

Estetyka teatru sama w sobie jest polityczna, a ma wynikać to z tego, że, jak twierdzi Jacques Ranciere: „scena teatralna, która jest zarazem przestrzenią aktywności publicznej oraz miejscem przedstawiania „wymysłów”, zaciera podział tożsamości, działań i przestrzeni” (J. Ranciere, „Dzielenie postrzegalnego. Estetyka i polityka”, przeł. M. Kropiwnicki, J. Sowa, Kraków 2007, s. 70). Deregulacja podziału czasu i przestrzeni, ustanowienie nowego porządku i jego legitymizacja, a następnie istnienie dwóch równoległych względem siebie porządków – świata fikcyjnego i świata widowni, to według Ranciere’a, idącego tropem Platona, działania polityczne, prowadzące do dzielenia postrzegalnego. W polskim teatrze mamy jednak o wiele częściej do czynienia z polityką w potocznym tego słowa znaczeniu, co też miało miejsce podczas tegorocznego Festiwalu Dramaturgii Współczesnej.

Niedawno w wywiadzie opublikowanym w „Gazecie Wyborczej” papież niemieckiej krytyki literackiej, Marcel Reich-Ranicki, jako podstawową wadę polskiej literatury uznał jej zaangażowanie polityczne. Można oczywiście mówić o słabej stronie, jeśli wspomniana przez niego „patriotyczna dziewczyna do wszystkiego” wchodzi na deski teatralne i owocuje to sztuką w rodzaju „Nowonarodzonego” na podstawie scenariusza i w reżyserii Łukasza Wylężałka. „Poemat dygresyjny i bardzo smutna komedia” – tak chciał Wylężałek, ale bezkrytyczne podejście do własnego tekstu sprawiło, że była to zaledwie nużąca gawęda (co, przypomniawszy sobie pierwotne znaczenie tego słowa, wcale nie jest komplementem dla tego spektaklu). Michał Kula, odgrywający główną rolę, jeśli o rolach w tym przypadku w ogóle możemy mówić, nie podołał trudowi zadania, jakim było zagranie sztuki, która w zasadzie była monodramem, gdyż egzemplifikujący jego słowa Marek Ślosarski i Adam Hutyra zostali za słabo wyeksponowani, by podtrzymać zainteresowanie widzów. Historia kolejnych pokoleń rodziny mężczyzny stojącego na przystanku autobusowym na dwa dni przed Bożym Narodzeniem splata się z historią Polski. Ich dzieje są nierozerwalne, a ta druga miała na pierwszą wielokrotnie decydujący wpływ. Nic w tym nowego i nasz bohater też nie odradza się, jakby mógł sugerować tytuł.

Na komentarz do „Nowonarodzonego” nie trzeba było długo czekać – już następnego dnia i to aż dwukrotnie podjęła się tego wyzwania Monika Strzępka, reżyserka spektaklu pod karkołomnym tytułem: „Był sobie POLAK POLAK POLAK i diabeł czyli w heroicznych walkach narodu polskiego wszystkie sztachety zostały zużyte”. Jak jest możliwa sztuka zaangażowana? Nijak, bo umarła wraz z wszystkimi bohaterami narodowymi: więźniarkami Oświęcimia, dostojnikami Kościoła a nawet generałem Jaruzelskim. Jeśli próbuje się ich wskrzesić, jedyną możliwą drogą staje się absurd, którego nie szczędzi zresztą Paweł Demirski. Ponieważ do absurdu prowadzi nagromadzenie kiczowatych, wulgarnych scen, które pod takim ładunkiem wrażeń w końcu przestają być bulwersujące.

Jakby na przekór środowemu spektaklowi, ostatnia sztuka konkursowa, „Lustracja” ze scenariuszem i w reżyserii Krzysztofa Kopki, zdaje się przekonywać widzów: a jednak można! Można zrobić przedstawienie zaangażowane, na wskroś polityczne, ale nie opowiadające się za żadną ze stron, a jedynie zadające pytania. Jeśli dołożyć do tego dobrą grę aktorską dość licznego zespołu z legnickiego teatru i prostą, ale jednocześnie monumentalną scenografię Ewy Beaty Wodeckiej powstaje całkiem dobry spektakl – niestety niedoceniony ani przez widzów ani przez jury. Siła spektaklu Kopki polega na tym, że nie sprzeciwia się jednoznacznie procesowi lustracji, ale pyta o jej znaczenie dla zwykłego człowieka. Powraca też do źródłosłowu – lustra, ponieważ nie chodzi tutaj o czyjeś zeznania przechowywane w teczkach, te przecież mogą być pomyłką, jaka dotyka boleśnie głównego bohatera. Chodzi tutaj o własny, wewnętrzny i niezawisły od wszelkich sądów rachunek sumienia.

Zarówno Demirski, jak i Kopka wskazują na takie cechy swoich sztuk jak metateatralność i deziluzyjność. O ile jednak dla Demirskiego są one słabością, która nie pozwala teatrowi zmieniać rzeczywistości, o tyle Kopce daje kolejną możliwość dla ukazania wielkiego spektaklu społeczno-politycznego, jakim jest lustracja, bowiem scenografia zmienia się na oczach widzów, a wraz z nią położenie osób zależnych od znanego wszystkim instytutu.

Zwycięstwo uniwersum

Zarówno widzowie jak i jury docenili spektakl „Osaczeni” Teatru im. S. Jaracza z Łodzi, o czym świadczą nagrody za reżyserię dla Małgorzaty Bogajewskiej, scenografię dla Macieja Chojnackiego, role Łarika i Wesołego – odpowiednio dla Sambora Czarnoty i Kamila Maćkowiaka, a także najwdzięczniejszą nagrodę Grand Prix. Sztuka Władimira Zujewa wychodzi od problemu politycznego, wojny w Czeczenii, ale zmierza do uniwersalnego – stawiając w centrum jednostkę. Zniszczony nękającymi go obrazami wojny, poczuciem winy, jakie nęka go tylko z tego powodu, że przeżył, Wesoły staje się socjopatą zmierzającym do autodestrukcji. Niszczy też swojego przyjaciela, Łarika, który udziału w walce nie brał i mimo przeciwności losu stara się uporządkować chaos. Wulgaryzacja i brutalizacja rzeczywistości, jakiej dokonuje Wesoły, sygnalizuje obrzydzenie do języka, który rzekomo odróżnia człowieka od zwierzęcia. Rzekomo, bo to człowiek prowadzi konflikty zbrojne, a żadna wojna nie jest humanitarna. Wesoły wciąga w ten stosunek do języka Łarika i dla niego również „kurwa” i „chuj” stają się słowami-kluczami do tajemnicy ludzkiej egzystencji. Marny ten klucz, bo i tajemnicy wielkiej nie ma. Los człowieka zostaje upodlony w chwili, gdy musi zabić innego człowieka. Wstręt do samego siebie przejawia się także we wstręcie do własnej cielesności – kiedy Maćkowiak i Czarnota tarzają się w powstałym na scenie błocie, tłamszą nie tylko własne ciała, ale też osobowości, by ostatecznie mogło zwyciężyć kierowane lękiem prawo siły Wesołego. Nie sposób nie docenić poświęcenia aktorów, ale zbyt ostro poprowadzeni przez Bogajewską nie oddali tragizmu sytuacji, a jedynie szokowali i przerażali. Cisza jest czasem o wiele wymowniejsza od najgłośniejszego krzyku. Pewnie dlatego bardziej wyrazistą postać stworzył powściągliwy Dobromir Dymecki. Tym niemniej starcie żywiołów – i tych metaforycznych w postaci kontrastowych osobowości Wesołego i Łarika, i tych dosłownych, czyli ziemi i wody, które docierały aż do pierwszych rzędów widowni zapadło w pamięci widzów.

Tegoroczny festiwal „Rzeczywistość przedstawiona”, jakkolwiek nierówny i zdecydowanie różnorodny pod względem estetycznym, pokazuje że sztuka wciąż zajmuje równoprawne stanowisko, obok nauki i polityki, w „debacie na temat rzeczywistości”, nie tracąc przy tym niczego ze swej autonomii.
VIII Festiwal Dramaturgii Współczesnej „Rzeczywistość przedstawiona”. Teatr Nowy z Zabrzu. 18 – 26 października 2008.