Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (146) / 2010

WIERSZE

Korale z pestek


To wszystko z drugiej strony: pourywane kable
wzdłuż zakurzonych dróg, stosy kartonów na zapleczach
małych sklepów i kolorowe opakowania, które
dawno pobielały od słońca. Wszystko piaskowe,
kruche, a więc wypełnione jak opowieść. Tyle że
w tej chwili nie mamy jeszcze włosów, nie mamy ubrań,
tylko nadgniłe owoce w dłoniach. Korale z pestek

jak niepotrzebne trofea. Po czym? Biedronki
za pieniądze rozgniatane na języku. Czy naprawdę
nie ma obiektywu, który ogarnąłby całość? Pomyśl
o źrenicy jak o kuli. Pomyśl o wszystkich

świętych miejscach jednocześnie. O latarniach
i ich ciemnych wnętrzach. Nagroda? Nie będzie
lepszej nagrody niż zamknięte

drzwi. Źrenica zamiast gałki,
gałka w miejsce klucza.




Gute Arbeit, Herr Hans


I nagle, tuż przed snem

odkrywam, że spora część dokumentów spoczywa
w kawalerce pradziadka na warszawskim Grochowie,
we wnęce za portretem Kościuszki. Mała metalowa skrzynka,
pewnie sprzed wojny, a w niej – spis umarłych zawodów,
które łączyły sztukę rękodzieła z umiejętnością wróżenia,
zdolność zarządzania biurem oficerskim z kunsztem
zapisywania żywotów świętych na grobach zestrzelonych

ptaków. Dokąd zaprowadzi mnie ta ścieżyna
usłana piórami i żwirem? Do świata przedwojennych
manufaktur? A może wprost w ławę warszawskiej szkoły,
w której mały Jaś posłusznie recytował nazwiska członków
rodziny carskiej? Jeszcze przez wiele dni będę nawlekał
na nadgarstek niemieckie bomby, na przemian z pożółkłymi gazetami
i chińską porcelaną. Wiele razy zdążę się jeszcze przejrzeć
w wyblakłej fotografii księdza Wojtyły i urządzić
niebieski karnawał dla smutnych, chudych chłopców
o równych przedziałkach i rozciągniętych szelkach. Mgła, mróz,
ogień pod garnuszkiem i czerwone nosy wskazujące

zawsze ten sam kierunek – wschód. A więc to tu:
cała maszyneria wydobywania i przywracania – niedowierzanie,
kiedy szpila wciąż tańcuje w skórze, a także strach,
że paznokcie nie dotrzymają przysięgi, którą złożyło ciało,
i będą dalej rosnąć w zatęchłych doniczkach albo
na zapleśniałych murach. Może klucz tkwi w ozdobach
choinkowych? Może jeszcze staranniej należy nawlekać świst
październikowego słońca na miedziane szpule i w mrocznym wnętrzu
tej pękatej wiolonczeli rozwieszać cęgi i kopyta? A także skrawki
błyszczących celofanów, sreberka i tasiemki,
przycięte w falę lub w ząb?

Grochów. Dzielnica wiecznej jesieni. Za życia
potrzebujemy tyle miejsca, żeby działać. Potem – wystarczy
wezgłowie pieca kaflowego. Mała prostokątna ramka.




* * *


Jeśli bowiem głębiej się nad tym zastanowić,
pływam oto po basenach nie moich. I przelewam się
bezwładnie przez połączone koryta. Kto dzierży klucz?
W czyich dłoniach obracają się szczeliny zwrócone
ku sobie jak cierpliwe ćmy? Teraz, po latach,

brak ciała próbuję opisać za pomocą
równań. Styczne krzyżują się w miejscach,
do których nie dotarłem, w błękitnych wieżowcach
albo pod strzechami wietnamskich chałup,
gdzie kobiety robią zupę z ognia, a dzieci
łykają szorstkowłosy śmiech.

Piosenkom, które nucę w drodze z pracy
wyrastają czułki. Fara, fara – słyszę

po raz kolejny w windzie. Fara, fara – to dźwięk
gubionego bilonu. Jak na ironię, im większy porządek
na biurku, tym rychlejszy odwrót. Tym większe
czoło nocy, którą ktoś faksuje
prosto do moich ust. I mrugają

jeszcze rzęsy smutnych perkusistów,
kiedy nad zmęczoną Warszawą
zachodzi lodowate słońce.