ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (50) / 2006

Jacek Mikołajczyk,

KAZIO W KRAINIE TEATRU

A A A
„Mały Kazio jedzie do Ameryki. Podróż w wersji broadwayowskiej”. Ileż tego typu relacji naczytał się każdy, kto próbował kiedykolwiek przebrnąć przez martwe morze polskich publikacji na temat teatru amerykańskiego. W skrócie wygląda to tak, że tam równo, u nas nierówno, tam głośno, u nas cicho, tam drogo, u nas tanio, tam tańczą, u nas nie tańczą, w ogóle tam dobrze, u nas – ble... Cóż, przyszła kryska na Matyska. I ja się kiedyś musiałem wybrać na teatralną wycieczkę na Zachód. Nie aż na Broadway, ale na jego bliższą kopię, londyński West End. Mały Kazio pojechał i, co tu dużo gadać, był oczarowany.

Pierwszy okrzyk zachwytu wyrwał się z piersi Kazia, kiedy zauważył, że na tabliczkach z nazwami ulic groźnie brzmiący napis „City of Westminster” zastąpiło w pewnym momencie swojskie „Theatreland”. Mój Boże, znalazłem się w Krainie Teatru, istnieje raj na Ziemi! Wejście w ten gąszcz rzeczywiście przyprawiło Kazia o ból głowy. Teatry wyrastały zewsząd, jeden za drugim, czy nawet jeden na drugim. Gdzie tylko się odwrócił, dostrzegał małe kioski, w których sprzedawano nie gazety, nie hot-dogi, nawet nie angielskie sandwicze, ale bilety teatralne. Kazio jest bardzo nowoczesnym chłopcem, więc przed wycieczką (na wszelki wypadek, za pomocą internetu) kupił sobie bilety na interesujące go spektakle. Jednak czar zadziałał i Kazio się skusił. Czyż to nie prawdziwie magiczne przeżycie kupować teatralne bilety, jak baloniki na jarmarku?

Właśnie, jarmark. Teatralny jarmark. Dawne opowieści o Kaziu w Ameryce zawsze zawierały pewną nutkę krytycyzmu. Że to niby wszystko nastawione na zysk, że Sztuka gdzieś tu umyka, że nie ma miejsca na teatralny eksperyment... Nawet w „Biblii turysty”, czyli w przewodniku Pascala, napisane jest, że ci, którzy pragną teatralnych rozrywek, powinni trzymać się z dala od West Endu, gdzie po pierwsze jest drogo, a po drugie można zobaczyć tylko komercyjne musicale. Że należy zapuszczać się w mniej oblegane artystyczne dzielnice i trzeba poszukać sztuki prawdziwej, wartościowej, eksperymentalnej. Tymczasem nasz Kazio czuje się czasem zmęczony straszliwą powagą nadwiślańskiego życia teatralnego, gdzie o teatrze pisze się prawie zawsze jako o Teatrze, gdzie pierwsze strony teatralnych wortali zajmują spory co najmniej fundamentalne, gdzie ewentualnie od czasu do czasu rozpęta się walka o to, by Państwo, wspierając kulturę, dorzucało z tej czy owej strony do garnuszka teatralnych eksperymentatorów, gdzie słowo „farsa” dawno już zostało wyklęte przez Czołowego Polskiego Krytyka Teatralnego, na czym cierpi czupryna Kazia, wypalona przez świecę, z którą szuka jakichś ciekawych wypowiedzi na temat mniej „wysokiego” teatru. Nie posuwałbym się do stwierdzenia, że polski teatr z „pierwszej półki” nie znajduje dla siebie widzów, jednak cóż znaczą wypełnione w 4/5 sale tych naszych kilku teatrów w porównaniu z tym, że każdego wieczoru w Londynie zapełnia się kilkanaście westendowskich widowni, a każda z nich mieści ponad 1000 widzów?...

Najciekawsze moim, czyli Kazia, zdaniem jest to, że w tym teatralnym, trwającym od jakichś dwustu lat boomie, wyraźnie wyczuwalny jest duch Szekspira i teatru elżbietańskiego. Łatwo to sprawdzić, wystarczy wybrać się daleko poza serce londyńskiego Theatrelandu, przestąpić wspaniale zrekonstruowane progi Globe’u i załapać się na jedną z organizowanych tam co pół godziny wycieczek. Opisując specyficzne techniczne, akustyczne i sceniczne warunki The Globe, przewodniczka zapamiętuje się w opowieści o atmosferze, jaka panowała na elżbietańskiej widowni: śmierdzącej (myto się wtedy co najwyżej raz w miesiącu), wrzeszczącej (porównanie do widzów meczu piłki nożnej wydaje się szczególnie urocze), żrącej (jak dobrze wiedzą bywalcy multipleksów, im lepsze widowisko, tym większa potrzeba przeżuwania czegoś w trakcie jego percepcji) i w ogóle rozwydrzonej. Określenie ówczesnego teatru jako „ludowego” jest przecież dokładnym odpowiednikiem tego, co dzisiaj nazywamy sztuką „komercyjną”. A jeśli to sztuka „komercyjna”, to znaczy, że ktoś z własnej, najprawdopodobniej nieprzymuszonej woli, musi za nią zapłacić (zresztą w wypadku West Endu całkiem sporo). A skoro tak, to znaczy, że chce obejrzeć spektakl. A skoro chce, to znaczy, że odczuwa potrzebę teatru. A jeżeli odczuwa podobnie co wieczór kilkanaście tysięcy osób, to znaczy, że nie tak źle z tą przyszłością teatru.

Zresztą biorąc pod uwagę to, co dziś składa się na tzw. kulturę masową, to ten wyklęty teatr komercyjny wcale nie jest taki zły. Kto dziś w Polsce gra Pirandella? A tu proszę, w Playhouse Theatre, tuż obok dworca Embankment, Pirandello święci prawdziwe tryumfy. „As You Desire Me”, czyli „Jaką mnie pragniesz”, jest przy tym pokazywane w tak starannej inscenizacji, że Teatr Powszechny mógłby się tylko powstydzić. Oczywiście to w zupełności teatr „z meblami”, jeden do jednego, realistyczny do szpiku kości, Stanisławski z grobu wstaje zachwycony, ale opracowanie inscenizacji do ostatniego szczegółu, jej konsekwencja i prostota, wspaniałe kreacje aktorskie z królującą na scenie boską Kristin Scott Thomas, sprawiają, że najbardziej zawzięty wyznawca teatru alternatywnego doceniłby to przedstawienie, o rozanielonym Kaziu już nie wspominając.

Kiedy przed wyjazdem rozmawiałem z jedną ze znajomych pań teatrolożek o londyńskim teatrze, powiedziała mi, że największym szokiem będzie dla mnie publiczność westendowych przedstawień. „Czyżby koniecznie trzeba włożyć krawat? A może, odwrotnie, do komercyjnego teatru przyjść w dresie? Mam się ucharakteryzować na Japończyka?” – zadawałem pytania jedno za drugim. Za każdym razem otrzymywałem odpowiedź: „Nie, nie o to chodzi, trudno to wytłumaczyć, sam zobaczysz”. I rzeczywiście, Kazio przeżył szok. Nie chodzi oczywiście o ciuchy. Gdyby chciał, mógłby przyjść do teatru w piżamie i prawdopodobnie nikt nawet by na niego krzywo nie spojrzał. Różnicę najłatwiej uchwycić w porównaniu z widzem polskim. Otóż u nas widz zasiada na widowni z założonym krytycznym nastawieniem. Przedstawienie ma go przekonać. Kurtyna się podnosi i przez połowę spektaklu widz się waha. Dobre to, czy niedobre? Podoba się, czy się nie podoba? Wreszcie podejmuje decyzję. Jeżeli się nie podoba, to chrząka, burczy i oburza się, a wychodząc wyraża „na boki” swoją opinię. Jeżeli się podoba, to na jego twarzy pojawia się nieznaczny uśmiech, który, w wypadku komedii, pod koniec przedstawienia może się nieco rozszerzyć, w skrajnych przypadkach dochodząc tuż przed zapadnięciem kurtyny do nieśmiałego chichotu. Tymczasem reakcja londyńskiej publiczności jest naprawdę żywiołowa, i to od pierwszej sekundy spektaklu. Bulisz 30 czy 40 funtów za spektakl nie po to, by wyrobić sobie o nim opinię, ale dlatego, że dostarcza ci różnego rodzaju estetycznej przyjemności.

Najłatwiej to wytłumaczyć na przykładzie musicalu, a właściwie musical comedy, czyli musicalu komediowego (w odróżnieniu od komedii muzycznej, która jest czymś nieco innym). Oglądałem przedstawienie „The Producers” Mela Brooksa w Królewskim Teatrze Drury Lane. Fani musicalu pewnie wiedzą, że jest to sztuka o bardzo specyficznym typie humoru. Opowiada mianowicie o produkcji najgorszego musicalu w historii świata, „Springtime for Hitler”, czyli „Wiosna dla Hitlera”. Sprytni producenci, zupełnie jak w naszych „Latach dwudziestych, latach trzydziestych”, odkrywają, że na Broadwayu więcej można zarobić na spektakularnej klapie niż na sukcesie. „Wiosna dla Hitlera” ma być więc nie tylko musicalem wyreżyserowanym przez najgorszego reżysera, zatrudniającym najgorszych aktorów, ale w dodatku w najbardziej oczywisty i kiczowaty sposób gloryfikującym nazizm – tak by nie było najmniejszych wątpliwości, że pod koniec jego premiery na widowni nie zostanie ani jeden widz. Brooks bierze na swój satyryczny warsztat najbardziej delikatne tematy i traktuje je w rozbrajająco obcesowy sposób. Mniejsza już z nazizmem, bo podążają za nim geje, transwestyci, szwedzkie „cycate” piękności itp. Jednak prostota jego dowcipu, ostentacyjne unikanie wszelkiego wyrafinowania, no i przede wszystkim konsekwencja, dzięki której ostrze satyry nie zatrzymuje się nigdy w pół drogi, chlaszcząc swoje obiekty bezlitośnie i do końca – wszystko to sprawia, że humor „Producentów” nabiera cech absurdu, dając się bez problemu porównać na przykład do Monty Pythona. I widownia łapie to naprawdę od pierwszej sekundy. Nikt nie zastanawia się nad tym, że może nabijanie się w ten sposób z faszyzmu jest trochę niesmaczne, że ktoś tam może kogoś urazić, że powaga problematyki i tak dalej. To raczej tego typu pytania brzmią w kontekście „Producentów” absurdalnie. Przecież nie chodzi o obrażanie kogokolwiek, chodzi wyłącznie o to, żeby porządnie się pośmiać. Tak więc już w pierwszych scenach publiczność zdrowo rechocze, a pod koniec przestawienia nie ryczy ze śmiechu chyba tylko behapowiec, który, jeżeli wszystko to trwałoby jeszcze odrobinę dłużej, miałby prawdopodobnie sporo pracy z wypisywaniem protokołów wypadków śmiertelnych 2 200 poduszonych ze śmiechu osób.

To zdrowe traktowanie teatru. Bez cackania się, trzęsienia nad nim, bez garniturów, bez pompy, bez Biura Organizacji Widowni. Odpowiedź na potrzebę teatralnej rozrywki, zresztą, choćby w przypadku „As You Desire Me”, bardzo wyrafinowanej. Teatralny „Upiór w operze” Webbera zarobił więcej, niż jakikolwiek hollywoodzki film w historii kina. Swoją drogą ciekawe, co się stało z teatralną rozrywką w Polsce. Ludzie nie wiedzą, że i w teatrze można się dobrze bawić? Przecież nawet szczelnie ponoć wypełniona widownia warszawskiej Romy jakoś nie prowokuje polskich potencjalnych producentów do wystawiania komercyjnych musicali. A, czego dowodzą chociażby „Producenci” Brooksa, to oni wiedzą najlepiej, bo najdokładniej liczą.

Kazio, budząc się ze snu, westchnął ciężko. Wlokąc za sobą ogon, jak jeden z „Nędzników”, których zobaczył na pożegnanie Theatrelandu, wsiadł do samolotu, pokątnie otarł z oka łzę i z żalem pożegnał magiczną Krainę Teatru, do której leci się godzinę, a wraca trzy. Nikt mu nie wmówi, że to z powodu różnicy czasu.