Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (50) / 2006

Anna Katarzyna Dycha,

COLDPLAY

A A A
„X&Y”. Parlophone/Pomaton EMI, 2005.
Najnowszy album Coldplay nie wywraca do góry nogami muzycznego świata. Nie jest też żadną niespodzianką w ich dorobku. I może przede wszystkim w tym tkwi jego siła. Zresztą czego tak naprawdę oczekiwaliśmy? Czy nie spokojnych, melodyjnych dźwięków gitar, pianina i jedynego w swoim rodzaju, kojącego głosu Chrisa Martina? Tak z grubsza brzmiały dwa poprzednie krążki Brytyjczyków. Jednak „X&Y” nie jest ani tak senny jak ich pierwsza płyta – „Parachutes” (choć zdecydowanie w tę stronę zmierza), ani tak melodyjny jak „A Rush of Blood to the Head”. Jest gdzieś pomiędzy.
Na początek mocny akcent – „Square one”. Gitarowy utwór z dodatkowymi głosami, który zachęca do zanurzenia się w „coldplayowy” świat. Dalej dominują liryczne ballady. Wiele z nich, zwłaszcza „What if”, mogłoby znaleźć się na debiutanckiej płycie zespołu. Wyjątkiem jest rytmiczna kompozycja „White Shadows” z niezwykle melodyjnym refrenem, który – choć może trudno w to uwierzyć – porywa do tańca. Katowane przez radiostacje singlowe „Speed of Sound”, „Fix You” i „Talk” niosą ze sobą niespożytą, wielką energię. Zwłaszcza ten ostatni z genialną solówką eksploduje gitarami. „A message” i „The Hardest Part” zaczynają się spokojnie, ale potem nabierają ogromnej siły, wyrastając w „pieśni nad pieśniami”. Rozjechany “Twisted Logic” z lekkim „brudzikiem” w końcówce to jedyny zgrzyt. Może większa ich dawka dobrze by tej płycie zrobiła? Nie wiem. Trudno tu o muzyczny bałagan. Wręcz przeciwnie – znakiem rozpoznawczym całości jest zwartość. Odradzam więc słuchanie tej muzyki we fragmentach.
Martin uspokoi najbardziej skołatane nerwy. Śpiewa jakby od niechcenia, jakby stał gdzieś obok i wszystkiemu tylko się przyglądał, ale każdy dźwięk jest wymierzony precyzyjnie. Czegóż on nie wyczynia! Na przykład w „A Message”, „Low” czy „Twisted Logic” potrafi z wysokich partii (a w takich jest najlepszy!) tak pięknie zejść, że ciarki przechodzą. Mistrzostwo świata. Znakomicie też komponuje się z gitarą akustyczną. Podobnie w utworze dołączonym do płyty jako bonus. Świetnym na imprezę przy ognisku, ale nienajlepiej komponującym się z resztą piosenek. Być może dlatego, że napisanym dla legendy country – Johnny’ego Casha.
Próżno szukać we wkładce do płyty tekstów. Na swojej oficjalnej stronie zespół wyjaśnia, że ich nie zamieszcza, by uchronić się przed błędnymi interpretacjami... Pozostaje więc wsłuchiwanie się w świetne kompozycje. I może chciałoby się lepiej, oryginalniej? Tylko po co? Przecież Colplay nie obniża poprzeczki, którą postawił sobie pięć lat temu. Przekracza ją i śmiało kroczy własną drogą.