Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (50) / 2006

Grzegorz Mucha,

DAVE DOUGLAS

A A A
„Keystone”. Greenleaf Music 2005.
Są artyści , którzy nie zawodzą. I wcale nie mam tu na myśli moich oczekiwań. Nie zawodzą, gdyż każda ich propozycja jest przemyślana i... poważna. Do grona takich artystów zalicza się Dave Douglas. Ukazała się jego nowa płyta pt. „Keystone”.

Tym razem trębacz zaskoczył projektem filmowym. Co prawda wielka fala mody na pisanie muzyki do niemych filmów już przeminęła, ale jej skutki są wciąż odczuwalne. Douglas postanowił przyczynić się do rehabilitacji niezbyt kiedyś cenionego twórcy Roscoe „Fatty” Arbuckle’a. Ten aktywny na początku ubiegłego stulecia aktor i reżyser, z dziś nieco niezrozumiałych względów, nie cieszył się wtedy szacunkiem. A przecież z obecnej perspektywy wydaje się, iż idealnie mieścił się w ówczesnym kanonie komediowym. Los wybrał jednak innych, takich jak Buster Keaton czy Harold Loyd, a „Fatty” padł ofiarą swoistego pecha. Douglas napisał wiele utworów do kilku filmów autorstwa Arbuckle’a, z których jedenaście znalazło się na płycie. Stało się tak, gdyż jak zwykle w przypadku trębacza, jest to szeroko zakrojony projekt, na który składa się też seria koncertów wraz z wyświetlanymi na ekranie filmami. Do wydawnictwa płytowego dołączono dvd, dzięki czemu znaczną część efektu pracy muzyka można natychmiast sprawdzić. Zamieszczono na niej film pt. „Fatty & Mabel Adrift”, który jest nader prostą i zwariowaną historią miłosną z nieodzownymi ucieczkami i gonitwami. Dziełko ma niecałe 35 minut, muzyka zaś dzielnie podąża za obrazem i bynajmniej nie jest to zabawa w stylu retro.

Naszła mnie nawet pewna refleksja na temat nieżyjącego już niestety innego znakomitego trębacza – Lestera Bowie. Gdyby to on napisał dźwięki na potrzeby filmu, z pewnością „Fatty” skrzyłby się dawnym, wesołym, nowoorleańskim jazzem. Lester B. szczególnie upodobał sobie tamten czas. Douglas natomiast zaskoczył, bo przewrotnie sporządził muzykę absolutnie zgodną z duchem naszych czasów. Przywodzi ona na myśl twórczość tria Medeski Martin And Wood, gdyż jest mieszaniną groove-jazzu, funky i tradycji. Znakomicie oddaje zarówno ekranowe wydarzenia, jak i nasz stosunek do nich. Zapewnia nam pewien komfort dystansu. Muzyka świetnie broni się sama, co powinno ucieszyć zarówno słuchaczy bez dostępu do dvd, jak i miłośników twórczości Douglasa. Jest to zasługą ciekawych, aczkolwiek jak na artystę dosyć uproszczonych tematów, ale też sprawdzonych współpracowników. Bardzo duża rola w kształtowaniu brzmienia przypadła, grającemu na organach Jamie Saft’owi. Świetnie sprawdza się mistrzowska sekcja rytmiczna Brad Jones (kontrabas) i Gene Lake (perkusja). Nie zaskakuje, ale też nie zawodzi, saksofonista Marcus Strickland. Całość dopełnia dźwiękami DJ Olive, który „na poważnie” bawi się muzyką. Obawiam się, że nie słyszałem w ubiegłym roku lepszej płyty jazzowej.