ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (56) / 2006

Piotr Czerski, Patrycja Musiał,

JESTEM PRZYGOTOWANY NA KRYTYKĘ

A A A
Patrycja Musiał: Czy identyfikujesz się z „pokoleniem JP2”?

Piotr Czerski: Nie. Moim zdaniem nie istnieje coś takiego jak „pokolenie JP2”, jest tylko puste pojęcie, wykreowane przez media. Nazwa bez desygnatu.

P.M.: Posługujesz się jednak innym terminem – „pokolenie Dżej Pi Tu”, czym różni się on od popularnego ostatnio „pokolenia JP2”?

P.Cz.: Moją definicję tego pojęcia można znaleźć na okładce książki. „Pokolenie Dżej Pi Tu” to formacja ponadpokoleniowa: jakieś kilkanaście milionów Polaków, którzy przez tydzień jednoczyli się w poczuciu uczestniczenia w wydarzeniach, które na zawsze zmienią oblicze Polski i doprowadzą do odnowy moralnej i duchowej narodu. Z „pokoleniem Dżej Pi Tu” także się nie identyfikuję.

P.M.: Zaraz po tym, jak książka znalazła się w zapowiedziach wydawniczych jednego z portali internetowych, w ciągu kilkunastu godzin pojawiło się ponad dwieście postów komentujących wydanie „Ojca…”. Dlaczego najwięcej kontrowersji wzbudziły wśród internautów właśnie same sformułowania „pokolenie JP2” czy „pokolenie Dżej Pi Tu”, które stosują zresztą wymiennie?

P.Cz.: Wydaje mi się, że składa się na to kilka czynników. Rok temu głosy krytyczne wobec tak zwanego „pokolenia JP2”, jeżeli nawet pojawiały się, to ginęły wśród rwetesu i powszechnej akceptacji. Teraz, kiedy zbliża się rocznica śmierci Jana Pawła II, pojęcie to znowu pojawia się w dyskursie medialnym – tyle że głosów krytycznych jest coraz więcej i są coraz ostrzejsze. I jak to zwykle bywa – im silniejsze są ataki jednych, tym bardziej żarliwa obrona drugich. Silne emocje są największym wrogiem zdrowego rozsądku, stąd nierzadko krytyka pojęcia czy pewnych zachowań odczytywana jest przez obrońców Okopów Świętej Trójcy jako frontalny atak na Kościół Katolicki i osobę Jana Pawła II. Po drugiej stronie barykady są radykalni antyklerykałowie, którym obcy jest wszelki umiar i którzy z zapałem godnym lepszej sprawy starają się wyszydzić wszystko, co wiąże się z Kościołem. Z dwojga złego wolę tych pierwszych – są bowiem wśród nich ludzie, dla których nauka Jana Pawła II była i jest ważna, i dla których żałoba po śmierci papieża była czymś więcej, niż tylko interaktywnym i multimedialnym widowiskiem światło-dźwięk.

P.M.: A czy Ty utożsamiasz się z bohaterem swojej książki?

P.Cz.: Na to pytanie nie udzielę wiążącej odpowiedzi. W książce opisałem osobiste wspomnienia i te wydarzenia, w których sam uczestniczyłem – ale już odbiór rzeczywistości, sposób opowiadania i przeżywania zostały zmodyfikowane. Powieściowy Czers jest więc postacią literacką, która przez tydzień patrzyła na świat moimi oczami i której pożyczyłem kilka wspomnień.

P.M.: Czers to ateista, przyjeżdża na stypendium do Krakowa 1 kwietnia, w wigilię śmierci papieża. Obraz ukochanego miasta Jana Pawła II z tamtych dni, który wszyscy znamy z mediów, zastąpiłeś w książce pozbawionym idealizmu ironicznym komentarzem bezpośredniego obserwatora, który mógł zobaczyć na własne oczy więcej, niż tylko błyszczące łzy wiernych na szklanym ekranie. Czy wydarzyło się w tym czasie coś, co również na Tobie zrobiło mocne wrażenie?

P.Cz.: Na pewno długo będę pamiętał chwilę, kiedy szedłem ulicą Piłsudskiego w stronę starego miasta, a naprzeciw mnie w stronę krakowskich Błoni szedł wielotysięczny tłum ze świecami. Musiałem w tym tłumie znaleźć własną drogę, przemykać się między tymi ludźmi. Niepowtarzalna sytuacja.

P.M.: Nie było Ci żal, że nie idziesz z nimi?

P.Cz.: Na pewno miałem takie poczucie, że brakuje mi w życiu punktu zaczepienia, choćby takiego, jaki miały osoby idące naprzeciw mnie. Między innymi o tym jest ta książka: o nieudanych próbach odnalezienia wiary.

P.M.: Ostrym piórem naszkicowałeś oraz krakowskiego środowiska młodej inteligencji, uważny czytelnik może rozpoznać tu kilka znanych postaci. Czy mógłbyś zdradzić, kim są osoby będące pierwowzorami Twoich bohaterów literackich?

P.Cz.: Użyłem w książce w wielu przypadkach na tyle oczywistych pseudonimów oraz imion, że łatwo się zorientować, kogo opisuję. Frytka to Igor Stokfiszewski, Maro i Martyna to moi wydawcy, a Kaczka to po prostu poeta Maciej Kaczka. Jednak niektóre przezwiska celowo nie są tak łatwe do rozszyfrowania i wolałbym, żeby tak pozostało.

P.M.: Boisz się krytyki?

P.Cz.: Nie, jestem na nią przygotowany. Książka reklamowana przez wydawnictwo w taki sposób wywoła niemal na pewno liczne głosy krytyki. W dodatku tylko niektóre recenzje będą się skupiać na zagadnieniach merytorycznych, dla większości punktem wyjścia będzie taki albo inny światopogląd. Mogę sobie jednak pozwolić na ten drobny luksus i nie zwracać uwagi na krytyczną recepcję. Mam uczciwy zawód, literatura nie jest dla mnie źródłem utrzymania.

P.M.: Jak to się stało, że w Twojej książce znalazły się reprodukcje prac Anny Okrasko z cyklu „Znicze dla Ojca Świętego”?

P.Cz.: Anię poznałem w Krakowie. Już wtedy było wiadomo, że piszę tekst o dniach żałoby po papieżu, ona przygotowywała w tym czasie swoje prace na ten temat. Podobało mi się to, co zrobiła, a wydawca podchwycił pomysł, by jej ilustracje znalazły się w książce.

P.M.: Okrasko namalowała obrazy będące kopią internetowej księgi kondolencyjnej, pokazując jak prawdziwy żal po śmierci Ojca Świętego zostaje przetworzony w schematyczne i płytkie wpisy internautów. Artystce zarzucono, że to praca antypapieska, mimo że ona sama broni się przed taką interpretacją. Czy myślisz, że Twoja książka spotka się z podobnymi oskarżeniami?

P.Cz.: Być może będą takie głosy. Ale nie jestem nawet pewien, czy można powiedzieć, że to jest książka o papieżu, tym trudniej więc będzie nazwać ją antypapieską…

P.M.: Jeśli nie o umieraniu papieża to, o czym jest Twoja powieść?

P.Cz.: Klamrą kompozycyjną spinającą tekst jest możliwość bycia ojcem. Kiedy bohater wyjeżdża z domu do Krakowa, jego dziewczyna sugeruje mu, że być może będą mieli dziecko. A pojawienie się dziecka oznacza radykalną zmianę, przejście z etapu, w którym przede wszystkim samemu jest się dzieckiem swoich rodziców, do etapu, w którym jest się przede wszystkim rodzicem dla swojego dziecka. Dziecko to nowy człowiek, za którego trzeba wziąć odpowiedzialność i dla którego trzeba stać się na długo owym punktem podparcia, który pozwala wierzyć w możliwość poruszenia wszechświata. Kiedy więc okazuje się, że dziecka jednak nie będzie – znika nadzieja na zmianę w życiu, na odnalezienie sensu, wreszcie na to, żeby stać się sensem dla kogoś. I to właśnie było i jest dla mnie najważniejsze. Ta sama konstrukcja pojawia się zresztą także w skali makro: społeczeństwa, które traci Dobrego Ojca i nagle nie wie, co zrobić.