Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (56) / 2006

Grzegorz Mucha,

DAVID GILMOUR

A A A
On an Island. EMI Music Poland, 2006
David Gilmour przebudził się. Skomponował muzykę. Wydał płytę. Wyruszył w trasę koncertową. Wydarzenia te nadeszły w osobliwym momencie. Kilka miesięcy wcześniej jego macierzysta formacja Pink Floyd, podczas koncertu „Live 8”, zagrała kilka utworów „na żywo”, a całkiem niedawno Roger Waters opublikował swoją operę „Ca Ira”.

Jako niestrudzony fan Syda Barretta nigdy nie miałem nic przeciwko jego następcy w zespole. Oczywiście David Gimour jest całkiem innym muzykiem i zupełnie odmienną osobowością. W przeciwieństwie zaś do roszczącego sobie liczne prawa Watersa, Gilmour skupiał się na tym, co zawsze robił dobrze, czyli grze na gitarze. Po odejściu Watersa z zespołu, stał się nie tylko głównym wokalistą, ale przede wszystkim najważniejszym kompozytorem. Być może to sprawiło, że prywatne plany nagraniowe odłożył na później. Przyznać jednak należy, że pracy w ostatnich kilkunastu latach nie miał za wiele, gdyż pod szyldem Pink Floyd pojawiły się zaledwie dwa tytuły studyjne: „Momentary Laps Of Reason” z 1987 roku oraz „Division Bell” z 1994 roku. Tak czy owak, ostatnia płyta z jego nazwiskiem pojawiła się... 22 lata temu. Była to, próbująca powtórzyć sukces znakomitej, pierwszej płyty z 1978 roku, „About Face”. Mamy zatem słynnego muzyka, który właśnie wydał swój... trzeci solowy album. Osobiście wliczyłbym do nich także wymienione wyżej albumy Pink Floyd, ale to jednak nieco inna historia.

Otrzymaliśmy muzykę nieco odbiegającą od solowych początków Gilmoura. Nieco znużoną czy przygaszoną, co może być odebrane jako dojrzałość. Jest wyważona i spokojna, a nawet kojąca. Ma wiele zalet, ale nad całością unosi się duch czasu, który choć z artystą obszedł się łagodnie, to nie pozostawił go bez znamion. Inspiracją do stworzenia płyty był obraz greckiej wyspy Kastellorizon. Przypuszczam, że ta leżąca trzy mile od tureckiego brzegu wyspa jest dla muzyka miejscem szczególnym. Ale symbol wyspy idealnie pasuje do słuchanych dźwięków. Gilmour od dawna znajduje się na wyspie, na którą nie dociera zbyt wiele wielkomiejskiego hałasu. Muzyka toczy się spokojnie, liżąc nasze zmysły, jak plusk fali bezustannie trącającej brzeg. Czasem oddalenie sprzyja twórczości, chociaż w przypadku muzyki rockowej niekoniecznie tak jest. Dzieło gitarzysty przypomina nieco drugi okres działalności grupy Camel, a jej lider Andy Latimer to z całą pewnością podobny typ artysty i człowieka. Wśród biorących udział w sesji nagraniowej nie znajdziemy nazwiska Latimera, ale są tam znani i cenieni instrumentaliści. Należą do nich z pewnością Rick Wright, Gergie Fame i Chris Stainton na organach Hammonda, czy wokaliści David Crosby i Graham Nash. Pojawia się wyśmienity, śpiewający, grający na kornecie i perkusji, Robert Wyatt, a także Phil Manzanera, tym razem jako... pianista. Są stali współpracownicy Gilmoura, czyli Guy Pratt i Andy Newmark, jak i dawny kolega, uczestnik pamiętnej sesji z 78 roku – Willie Wilson. Pojawili się nawet muzycy polscy w osobach pianisty Leszka Możdżera i Zbigniew Preisnera, który zaaranżował partie orkiestrowe. Poza Wyattem, żaden z nich specjalnie się nie wyróżnił. Ot, poprawnie wykonują swoje partie instrumentalne.

Jaki zatem jest ów rock starego człowieka? Ugłaskany, a zarazem żywotny. Przewidywalny, a zarazem solidny. Bywa nieco monumentalny, ale bez popadania w kicz. Jest zdecydowanie nostalgiczny, a z tym stanem ducha artysta zawsze sobie radził. Dobrze się stało, że Gilmour zdecydował się na publikację swojej nowej muzyki. Nie miałem wielkich oczekiwań, więc się nie zawiodłem. Jak sobie z tym poradzą fani Pink Floyd – jeszcze nie wiadomo.