Wydanie bieżące

1 lutego 3 (147) / 2010

Agnieszka Nęcka, Daniel Odija,

UCHWYCIĆ ŚWIAT PSYCHICZNEGO ROZPADU

A A A
Z Danielem Odiją rozmawia Agnieszka Nęcka
Agnieszka Nęcka: Kiedy pojawiła się Twoja poprzednia książka – „Niech to nie będzie sen”, w wypowiedziach krytycznoliterackich dość często sugerowano, że podobieństwo jej bohatera, Adama, do postaci Roberta z „Senności” Wojtka Kuczoka i Grzegorza z „Gestów” Ignacego Karpowicza nie jest przypadkowe. Wszyscy trzej bohaterowie Waszych próz, będąc życiowymi nieudacznikami, dali się zablokować dawnemu literackiemu sukcesowi i zajmowali się rozpamiętywaniem przeszłości. Mniemano wówczas, że została w ten sposób zaznaczona pewna niedyspozycja twórcza pisarzy, w których upatrywano nadziei dla „młodej” prozy polskiej. Po ukazaniu się „Szklanej huty” określono Cię „kolekcjonerem złych recenzji”. Tę etykietkę powtórzono po publikacji „Niech to nie będzie sen”. Czy rzeczywiście tamta proza sprzed roku była sygnałem przesilenia, bycia na (artystycznym) zakręcie, zaś „Kronikę umarłych” można uznać za książkę w Twoim dorobku przełomową? Czy też raczej opowieść o Adamie miała być swoistym przerywnikiem?

Daniel Odija: Rozpatrywanie przeszłości przez Adama w „Niech to nie będzie sen” na pewno nie wynikało z kryzysu twórczego, lecz z poczucia straty. Jego wycofanie się we wspomnienia było spowodowane śmiercią rodziców i ukochanego brata. Mnie żadne „niedyspozycje twórcze” nie interesują, bo życie na coś takiego nie pozwala. Jest zbyt bogate w zdarzenia, emocje, zapachy, obrazy (mógłbym wymieniać tak bez końca), by nie doceniać tego i nie próbować uchwycić w słowa. Co innego kryzys duchowy. Nieprzyjemne uczucie, gdy dotyka nas świadomość końca i rozpadu. „Niech to nie będzie sen” jest opowieścią o próbie poradzenia sobie w sytuacji, gdy najbliżsi umierają. Próbą odpowiedzi na pytanie: jak znaleźć się w świecie, w którym zaczyna brakować tych, których kochaliśmy? Ciekawe, że powieść ta podobała się przede wszystkim dojrzałym kobietom. I bardzo dobrze… „Niech to nie będzie sen” nie jest żadnym przerywnikiem. Choć przyznaję, że tę powieść pisało mi się lekko, dużo w niej uśmiechu, czego nie mogę powiedzieć o „Kronice umarłych”.

A.N.: Chodziło mi raczej nie tyle o Adama, co o Twój „kryzys twórczy”, taki moment w Twojej biografii pisarskiej, w którym zastanawiasz się nad tym, co dalej. Po niezwykle ciepło przyjętych „Ulicy” i „Tartaku” pojawiła się sugerująca pewne wypalenie albo słabsza, bo być może wymuszona przez wydawcę „Szklana huta”, a potem właśnie „Niech to nie będzie sen”, w którym pojawia się pisarz uciekający przed problemami w świat natury. Z kolei mówiąc o „przerywniku”, myślałam o odmiennej poetyce, lżejszej, bardziej radosnej fabule i o tym, że pisanie tamtej książki mogło być dla Ciebie możliwością chwilowego przynajmniej oderwania się od ciężkiej i mrocznej tematyki „Kroniki...”. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że każdy z Twoich bohaterów to Twoje emocje. Czy nie dlatego właśnie odłożyłeś pisanie „Kroniki umarłych” – która zresztą pierwotnie miała nosić tytuł „Komedia” – że tych negatywnych emocji było tam za dużo, że potrzebowałeś „chwili odpoczynku”?

D.O.: „Kronikę umarłych” pisałem długo. Jakieś sześć lat… Szukałem odpowiedniej formy dla tego, co chciałem opowiedzieć. Uchwycić świat psychicznego rozpadu, ale tak, by jednak w książce wszystko trzymało się kupy, no i żeby dobrze się czytało… No ale ta powieść była wyjątkowo wymagająca. Opisuje problem bardzo osobisty. Musiałem odpoczywać, by nie pisać fragmentów jałowych, pozbawionych emocjonalnego natężenia. Co jakiś czas łapać oddech, by nabrać pewnego dystansu do sklejanych zdań, zaczepić się o rzeczywistość, by samu nie oszaleć, nie rozpić się.

A.N.: Twoje pisarstwo jest zatem twórczością autobiograficzną? Czyżbyś głównie z życia własnego i bliskich Ci ludzi czerpał inspiracje?

D.O.: Jest z pewnością twórczością empatyczną. Nawet jeśli historie, które opisałem, mnie nie dotyczą, odczuwam je w takim stopniu, jakbym je przeżył. Każdy z moich bohaterów to zlepek opowieści różnych osób, choć zdarzają się postacie inspirowane historią jednego człowieka. Ja jestem demiurgiem literackiego świata (śmiech). Jestem po trochu każdym z bohaterów.

A.N.: Próba możliwie najbardziej adekwatnego uchwycenia psychicznego rozpadu jest zadaniem niezwykle trudnym i mającym już pewne wzory, do których należy dążyć. „Kronika...” to, oczywiście, nie nowa wersja „Obłędu” Krzysztonia, ale i tak odnajdujemy tu imponujący rejestr patologii, które nie dotykają jedynie tzw. marginesów społecznych. Tym razem sporo miejsca poświęcasz wierze i psychozom. Tym, co zostało ustawione w centrum tej opowieści, jest obłęd. Temat-wyzwanie czy – jak w przypadku kryzysu wiary – poddanie się koniunkturze?

D.O.: Nie wiem, co teraz jest koniunkturalne. Nie interesuje mnie koniunktura, chyba że człowiek jest koniunkturalny… Tematu nie wybierałem, życie za mnie wybrało. Ja tylko postanowiłem, że postaram się z tym zmierzyć. Musiałem się z tym zmierzyć! Od tego zależało coś więcej ,niż tylko napisanie książki.

A.N.: Za koniunkturalne można by uznać choćby zmaganie się z obnażaniem intymności, próbę zajęcia się tematem trudnym, czy jak go nazwałeś: wymagającym, w taki sposób, by mimo ciężaru problemowego książkę czytało się bez wyczuwalnych trudności lekturowych. A zatem pisanie jest dla Ciebie autoterapią? I skąd płynęła tak silna potrzeba zmierzenia się z opisaniem obłędu?

D.O.: Z pewnością pisanie wyjaśnia mi pewne sprawy, a jeśli nawet nie, to umieszczone na papierze już nie obciążają tak głowy. A skąd płynęła silna potrzeba zmierzenia się z opisaniem obłędu? Ten problem dotknął kogoś z moich bliskich i nie chcę o tym mówić. Wiele zostało powiedziane w powieści.

A.N.: Zmiana tytułu jest radykalna. Czyżbyś zamierzał początkowo zmierzyć się z tematem obłędu inaczej?

D.O.: Chciałem część książki napisać w pierwszej osobie, ale stwierdziłem, że w tej powieści akurat to się nie sprawdza. Tytuł „Komedia” odnosił się do sytuacji, w której stajemy się marionetką w rękach czegoś od nas silniejszego. Chciałem przewartościować znaczenie tego słowa. Poza tym Mateusz pisze komedie, utwory inspirowane twórczością Krzysztofa Komedy. Jednak po jakimś czasie zobaczyłem, że ten tytuł nie wytrzymuje treści książki i jest zbyt mylący. Stąd „Kronika umarłych” – tytuł może trochę przyciężki, ale mi pasuje.

A.N.: Najogólniej rzecz ujmując, „Kronika umarłych” przynosi kilka splecionych ze sobą historii ludzi, którzy z rozmaitych powodów dążą do autodestrukcji. Mateusz, jeden z bohaterów Twojej najnowszej powieści, powiada: „Nie mówię tu o snach. Mówię o życiu, z którego zbudziłem się, by poznać koszmar”. Tytuł również jest znaczący: to opowieści o ludziach, którzy żyją niejako poza życiem. Są sparaliżowani przez rutynę, znudzeni prozaicznością własnej egzystencji, obezwładnieni brakiem odwagi, by zmienić swój los, przytłoczeni życiowymi tragediami, chorobami. Cierpią z powodu niespełnienia artystycznego, marzą o tym, czego mieć nie mogą. Próbują uciekać w muzykę, malarstwo, miłość, wiarę, naturę, ale wszystko okazuje się złudną nadzieją. Czy naprawdę nic nie jest w stanie przynieść ukojenia?

D.O.: Bohaterowie tej książki żyją w błędnym kole, z którego ciężko się im wygrzebać. Przestają wierzyć w siebie radosnych i szczęśliwych, zaczynają się bać. W „Kronice umarłych” nie wiadomo, co jest urojeniem, a co rzeczywistością, którą uważamy za prawdziwą. To naprawdę nieźle miesza w głowie. Ciężko znaleźć nadzieję, gdy otacza ciebie armia wroga, a ty jesteś sam. Ratunkiem jest miłość.

A.N.: Rzeczywiście momentami nawet czytelnik może się bardzo łatwo pogubić w odróżnieniu jawy od psychozy. Przejścia między rzeczywistością a urojeniami są niezwykle płynne. Nie wszyscy bohaterowie „Kroniki...” – jak Darek czy Jan – miłość odnajdują. Czy nie uważasz, że tak proste postawienie sprawy, jak stwierdzenie, że „ratunkiem jest miłość”, bywa czasami dla snutej opowieści zbyt łatwym rozwiązaniem?

D.O.: To ja mówię, że miłość, ale dla bohaterów „Kroniki umarłych” miłość jest nieosiągalną ideą. Tu wszyscy ponoszą klęskę. Przecież Darek odchodzi od Ireny i się rozpija! A Jan? Żyje romantyczną nadzieją, która zostaje odrzucona. Nie mówiąc już o Mateuszu, któremu demony mówią dobranoc, i Konradzie, który zdradza. Tu wszystko się rozpada, bo jeśli nadrzędną siłą staje się choroba umysłowa, cały świat szaleje – poza strachem i dezorientacją niewiele pozostaje.

A.N.: Racja, Twoi bohaterowie ponoszą klęskę. Ale obłęd, jak mi się wydaje, jest w „Kronice umarłych” także metaforą. Obłędowi, choć w różnym stopniu i z rozmaitych powodów, poddają się wszyscy. Jednym ze źródeł jego pojawiania się miałby być zatem ów rozpad?

D.O.: Tak, masz rację, obłęd w „Kronice umarłych” jest metaforą świata zarażonego szaleństwem. Z jednej strony rozpad osobowości, dajmy na to, Mateusza wpływa na budowę całego świata powieści. Mamy tu szczegółowy opis poszczególnych etapów pogłębiającej się psychozy, ale w pewnym momencie orientujemy się, że jest to pokazane przez przemiany w świecie. Chodziło mi o to, by czytelnik uwierzył, że urojenia i omamy stworzył świat zewnętrzny i że to szalona rzeczywistość zaraża umysły a nie odwrotnie. Tak jakby szaleństwo świata wpływało na umysły i wywoływało strachy, fobie, kompleksy… Próbowałem pokazać, że świat zewnętrzny i umysł to uzależnione od siebie przestrzenie.

A.N.: Mimo wielu różnic „Kronikę...” sporo jednak łączy z Twoimi poprzednimi książkami. Czy nie jest tak, że to bezkompromisowa diagnoza współczesności?

D.O.: Nie wiem, czy bezkompromisowa i czy diagnoza. Ja nie diagnozuję, obserwuję. Rzeczywiście mamy tu różne warstwy społeczne. Głównymi bohaterami są redaktor telewizji, ksiądz, inspektor rybołówstwa, bezrobotny muzyk jazzowy, nauczycielka, księgowa. Jest też kilka obrazków obyczajowych, rozmów w kolejce, sytuacji na ulicy, zdarzenia z pracy. To po prostu opowieść o Kostyniu, mieście leżącym nad zimnym morzem, opowieść o ludziach w tym mieście żyjących. Bardziej interesuje mnie jednostka i to, co się w niej dzieje, niż ogół i społeczne układanki… A tak w ogóle, jeśli miałbym określić, jakiego rodzaju to opowieść, to raczej wyszła mi rzecz psychologiczna niż socjologiczna, trochę bardziej magiczna niż realistyczna.

A.N.: „Kronika umarłych” jest – tak mi się przynajmniej wydaje – potwierdzeniem znanej skądinąd prawdy, że nie ma ucieczki przed przeszłością, Historia bowiem lubi zataczać kręgi. Zmarli – obecni słabiej lub mocniej – zawsze są w nas i obok nas. W Twojej powieści pojawianie się ich wiąże się raczej z przeżyciami negatywnymi. Ale czy nie jest tak, że dzięki pamięci o nich potrafimy kumulować doświadczenia, budować swoją tożsamość, zmienić swoje życie na lepsze?

D.O.: Tak, akurat w „Kronice umarłych” zmarli nie są przyjemni, odwrotnie było w „Niech to nie będzie sen”. Ale w ogóle uważam, że należy uważać z kultem przodków, czy mamy związane z nimi wspomnienia złe czy dobre. Chodzi o to, że zbyt uporczywe przebywanie w przeszłości może nas zamknąć na przeżywanie teraźniejszości. Oczywiście zmarli pozostawiają po sobie historie, które uczą nas i ostrzegają przed błędami, które możemy popełnić. Należy je spisać, zapamiętać, ale nie należy tkwić w żałobie. Łatwo powiedzieć, trudniej uczynić. Moi bohaterowie próbują oddychać teraźniejszością, ale nie za bardzo im się to udaje. Obciążenie historią, która zawsze jest zafałszowana przez naszą ułomną pamięć, jest wręcz dotykalne. W „Kronice umarłych” sytuacja dodatkowo się komplikuje. Powołuję do życia film o niemieckiej rodzinie von Hohendorffów. To prawdziwy film, dwudziestominutowy pamiętnik z lat 1934-1936, znaleziony kiedyś i wywołany przez mojego redakcyjnego przyjaciela Piotra Ostrowskiego. Film pokazuje rodzinne szczęście i miłość tuż przed wojenną katastrofą. W powieści Hohendorffowie prześladują Agatę, stają się dla niej tak samo realni jak jej mąż, dzieci, praca. Zagrażają jej. Przeszłość staje się dotykalnym przekleństwem, od którego nie ma odwrotu.

A.N.: Dzięki literaturze da się zatrzymać czas? Czy Twoim zdaniem literatura ma ocalać od zapomnienia (miejsca, ludzi, zdarzenia) i pełnić funkcje dydaktyczne (np. ma przypominać, że każdy ma drugą mroczną naturę)? Generalnie opisujesz to, co nie jest przyjemne, o czym staramy się na co dzień nie pamiętać. Wierzysz w swoistą misję, jaką pisarz ma w dzisiejszych czasach do spełnienia?

D.O.: W żadne misje nie wierzę i nie chcę nikogo pouczać. Ale wierzę, że literatura pozwala zatrzymać się na chwilę i zastanowić nad problemem, który nas trapi, nad problemem, który czujemy, ale nie do końca widzimy, a literatura go nam unaocznia. Poza tym literatura może bardziej uwrażliwić na świat, który nas otacza. Nauczyć wnikliwszej obserwacji jego piękna i okrucieństwa. Mnie przynajmniej uczy… No i historie! Tak, literatura to archiwum opowieści, archiwum chyba ze wszystkich dziedzin sztuki najpełniej oddające, co ludzie myślą o sobie i świecie… Poza tym lubię rytm, który wymusza na mnie czytanie i pisanie. Ten rytm uspokaja, pomaga w koncentracji, uczy skupienia...

A.N.: Pisanie jest zatem nieodzownym elementem Twojego życia. Zdradzisz, nad czym teraz pracujesz?

D.O.: Mam pomysł na książkę i zaczynam zbierać materiały. Muszę też wysłuchać jak najwięcej opowieści ludzi starszych. Więcej nie powiem, bo po prostu nie mówię o rzeczach, nad którymi pracuję. Nie ma co tracić energii na gadanie o tym, co trzeba po prostu napisać.

A.N.: Zapowiada się intrygująco. Życzę powodzenia! I bardzo dziękuję za rozmowę.
Fot. Piotr Czerski