Wydanie bieżące

1 lutego 3 (147) / 2010

Michał Paweł Urbaniak,

W UCIECZCE PRZED ABSURDEM

A A A
Daniel Odija powraca na literacki rynek książką, w której nie da się znaleźć nic pozytywnego. Pierwsze, co zwraca uwagę, to jej mylący tytuł – skąd wzięła się w nim śmierć, skoro przez większą część powieści jest właściwie nieobecna? Dopiero pod koniec pojawi się samobójstwo epizodycznej postaci, opowie się o ofiarach wojennej pożogi, ktoś umrze ze starości, kogoś pokona choroba, na którą nie ma lekarstwa. Zatem czy to adekwatny tytuł? Oczywiście. U jego podstaw znajduje się przekonanie autora, wedle którego niektórzy nie muszą być wcale martwi, choć na pewno nie są też żywi. Właśnie wokół takich ludzi ogniskuje się problematyka „Kroniki umarłych”.

Kostyń, dokąd zabiera czytelnika Odija, to małe miasteczko, zapewne podobne do tysięcy innych małych miasteczek, wyróżnione być może tylko nadmorską lokalizacją. To swoisty mikroświat z kojąco niezmienną plątaniną uliczek, z kamienicami przesiąkniętymi własną historią i z dobrze znanym, wszechobecnym wrzaskiem mew. Żyją w nim ludzie zwyczajni, wręcz przeciętni, o każdym z szablonów, jakie reprezentują, zapisano już w literaturze całe strony. To grupka mieszkańców Kostynia, połączona więzami przyjaźni, miłości, nienawiści. Wszyscy muszą się zmierzyć z typowymi dramatami codzienności, które nawiedzają bohaterów co drugiej współczesnej powieści.

Kostyń jest miastem Mateusza, borykającego się z wyrzutami sumienia po wypadku, którego ofiarą padła jego ukochana. To właśnie tu oddalają się od siebie Darek i Irena – on sfrustrowany pustą jałową egzystencją, ona załamana nieustannymi zdradami męża i nieuleczalną chorobą syna. Tu przeżywa swój kryzys wiary młody ksiądz Janek. Złośliwym żartem zdaje się umieszczenie właśnie w tym mieście Konrada i Agaty z ich poukładanym radosnym życiem. To, co miało chyba stanowić przeciwwagę, okazuje się złudzeniem – Konrad jest znudzony szczęściem opartym o rutynę, a jego żona pogrąża się w depresji.

Zostaje na tym tle przedstawiona cała paleta problemów mocno zakorzenionych w życiu i literaturze XXI wieku. Tym bardziej dziwi, że bohaterowie znajdują się jakby poza otaczającą ich rzeczywistością. Wszyscy zdają się być owładnięci pewnego rodzaju eskapizmem, a każdy realizuje swoją ucieczkę w inny sposób. Mateusz to postać najmniej związana ze specyfiką tego świata – nie umie (i raczej nie chce) utrzymać ani pracy, ani związku, ani nawet talentu. Co prawda, podejmując swoją bezcelową odyseję ulicami Kostynia, zaczyna postrzegać otoczenie w kategoriach muzycznych – czyli związanych ze sztuką, będących ponad zwyczajną codziennością – jednak komponuje utwory, których nigdy nie przekształci w zapis nutowy, tym samym przekreślając swoje szanse na jakikolwiek sukces. Darek pod wpływem alkoholu i przypadkowego seksu ucieka w wyobrażenia o bezładnym lataniu, w którym zapomina, kim jest i jaką egzystencję prowadzi. Janek zdejmuje nieodłączne okulary, aby nie widzieć świata. Oślepła na ten sam świat Irena ogranicza się do opieki nad przebywającym w hospicjum dzieckiem. Konrad marzy o rzeczach, których nigdy nie doświadczy w swoim spokojnym, nudnym życiu. Agatę bardziej niż własna ułożona egzystencja pochłania nazistowska rodzina Hohendorffów, która w latach trzydziestych zajmowała jej obecne mieszkanie. Nawet Radek tkwi jakby poza tym, co rzeczywiste, przez pogrążenie w śpiączce.

Zresztą czy można się dziwić ucieczce bohaterów? Kostyń, będący metonimią całego świata, nie niesie ze sobą żadnych pozytywnych wartości. Odija posługuje się boleśnie naturalistycznym opisem – życie to walka między zwierzętami (do których wlicza się nie tylko wszechobecne mewy, gołębie, robaczywce czy szczuraki, ale przede wszystkim ludzi), w której jest się na przemian katem i ofiarą. Jeśliby użyć jednego słowa na określenie rzeczywistości przedstawionej w „Kronice umarłych”, najodpowiedniejsze wydaje się „absurd”. To absurd istniejący tuż obok, dobrze znany, ale jednocześnie taki, którego wolimy nie dostrzegać. Tym samym w tę grę naturalistycznego nonsensu Odija wciąga również czytelnika, a powieść staje się krzywym zwierciadłem, w którym każdy odnajdzie swój własny Kostyń i spychaną gdzieś w głąb psychiki potrzebę ucieczki.

Tylko czy taką chęć da się zrealizować? Właściwie podstawowym problemem bohaterów wydaje się niemożność ucieczki – bo też jaki miałby być jej cel? Finał zawsze jest ten sam – powrót z przestworzy, założenie okularów, przebudzenie ze snu, prosto w to samo niespełnienie. Świadomość, że tak będzie zawsze, jest w jakiś sposób przerażająca – nawet zmiana partnera, miejsca zamieszkania czy trybu życia niczego nie rozwiązuje – traumy, fobie i grzechy ciągną się jak niechciany bagaż, a świat, czy to w Kostyniu, czy w jakimkolwiek innym miejscu, jest tylko ringiem. Dlatego właśnie można odnieść wrażenie, iż „Kronika umarłych” pozbawiona jest większej akcji – nawet jeżeli coś się zmieni w życiu bohaterów, oni nadal tkwią w tym samym, tyle że w innych dekoracjach. Autor „Tartaku” nie pozwala jednak swoim postaciom ustać w wysiłkach, co prowadzi do katastrofalnych skutków: ktoś osuwa się w chorobę psychiczną, ktoś inny zaczyna widzieć zjawy i upiory z dalekiej przeszłości, ktoś zejdzie pod ziemię, aby oddać się samotnym kontemplacjom, ktoś alkoholizmem i masturbacją będzie uśmiercał samotność. Walcząc z absurdem, wszyscy stają się ofiarami własnych koszmarów.

Odija posługuje się nośnymi tezami i zgrabnymi porównaniami, które zdają się zawsze aktualne i zawsze porażające: człowiek jako zwierzę, świat jako ring, życie jako walka. Problem tylko w tym, że autor „Niech to nie będzie sen” nie zna umiaru. Ile razy w toku jednej powieści można przyrównać człowieka do zwierzęcia? Należałoby tu przypomnieć Orwella, który wyraził tą samą myśl jedną krótką, za to celną pointą swego „Folwarku zwierzęcego”. Również absurd wydaje się wymykać spod kontroli autorskiego pióra – w realiach i tak już przepełnionych bezsensem pojawiają się szczury pokazujące palcem obelżywe gesty, a zjedzenie ryby z przycmentarnego stawu równoznaczne jest ze wzrokowym przeniknięciem w meandry podwodnego świata. Można odnieść wrażenie, że nagle z tego na wskroś prawdziwego, wżerającego się w nasze czasy Kostynia, zostajemy przeniesieni w barwną krainę jakiegoś rodzimego Macondo. Być może to wszystko miało pokazywać chorobę trawiącą świat – jednak i bez tego ta choroba została już czytelnikowi wystarczająco unaoczniona. Nachalne przypominanie swoich założeń, epatowanie tą samą poetyką jest dużym błędem – naturalizm przestaje być groźny, a absurd zaczyna śmieszyć.

Także konstrukcja „Kroniki umarłych” pozostawia wiele do życzenia. To prawda, zestawienie małego miasteczka z nieodgadnioną potęgą morza stanowi wymowny kontrast. Dobrym chwytem wydaje się też jest użycie w pewnym sensie szablonowych postaci, które czytelnik odnajdzie bez trudu we własnej rzeczywistości – zdradzonej żony, znudzonego stabilnością mężczyzny, człowieka pozornego sukcesu, zwariowanego wizjonera. Taka koncepcja podnosi wiarygodność książki. Natomiast co uderza, to nierównomierne potraktowanie historii poszczególnych postaci. Autor „Niech to nie będzie sen” zdaje się nad nimi nie panować. Niektórzy przepadają na wiele stron, a tym samym proporcje zostają wyraźnie naruszone. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Odija mógłby więcej miejsca poświęcić historiom swoich bohaterów, a mniej dywagacjom na temat Kostynia.

„Kronika umarłych” przedstawia wycinek pesymistycznej strony rzeczywistości – z rozbitą rodziną, zdradą stanowiącą niezbędne dopełnienie małżeństwa, religią nie dającą oparcia. To świat alkoholem i obłudą płynący, w którym relacje międzyludzkie ulegają rozluźnieniu, a jednostka jest bezsilna wobec przytłaczających ją koszmarów. Stawianie znaku zapytania przy uznanych wartościach wpisuje najnowszą książkę Odiji w pewien współczesny trend, który reprezentują tacy autorzy jak Wojciech Kuczok („Gnój”, „Senność”), Joanna Bator („Piaskowa Góra”), Sławomir Shuty („Zwał”) czy Jacek Dehnel („Balzakiana”). Jednak jeśli większość z nich uchyla jakąś optymistyczną furtkę swoim bohaterom (wystarczy przypomnieć tak szczęśliwy, że aż mdły epilog „Senności”) Odija z porażającą konsekwencją nie pozostawia żadnych złudzeń – jeżeli przychodzi szczęście, to nietrwałe i pozorne. Zatem znalezienie sobie nowego partnera będzie równoznaczne z obawą o trwałość uczuć, przebudzenie ze śpiączki pójdzie w parze z informacją o śmierci najbliższych, nowonarodzona miłość nie zostanie odwzajemniona, a wyjście ze szpitala psychiatrycznego wcale nie będzie oznaczać wyleczenia. Biorąc pod uwagę ów uparty pesymizm płynący z książki, można się obawiać, że również dzieci z „Kroniki umarłych”, w czasie powieściowym szczęśliwe, ciekawe świata, nieskażone jego brudem, wyrosną na ludzi sfrustrowanych i niespełnionych. Szaleńczy śmiech w scenie wieńczącej powieść sprowadza wszystko do komedii, jaką zdaje się być ludzkie życie. Autor „Szklanej huty” tym samym nie podaje żadnego sensownego rozwiązania – trzeba w końcu się przystosować, pogodzić z regułami niepokonalnego absurdu, który jest, będzie i jeszcze nas przeżyje.

O tak, zdecydowanie w najnowszej książce Daniela Odiji nie da się znaleźć nic pozytywnego. Pozostaje zadać pytanie, czy my, czytelnicy, którzy zazwyczaj w literaturze szukamy ucieczki przed światem, jesteśmy w stanie znieść świat przedstawiony w tak rażąco prawdziwych kolorach? Bo „Kronika umarłych” to dobra literatura, ale jednocześnie taka, przed którą chciałoby się uciec. I może właśnie dlatego jest tak dobra.
Daniel Odija: „Kronika umarłych”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2009 [seria: ...archipelagi...].