Wydanie bieżące

1 lutego 3 (147) / 2010

Maciej Malicki,

TAKIE TAM

A A A
276.
– Znowu przebrałeś się za poetę – powiedziałem.
– A ty za prozaika – odpalił celnie.


277.
Zapytałem znajomego o numer domowego telefonu. Powiedział:
– Końcówka – 05 17. No co ty? Zapomniałeś? Pół litra i siedemnastka – oburzył się.

Jak mogłem. Zapomniałem.


278.
Coś ty ugotował? kurwa, podziwiam was, zjedliście to! co? jak wróciliśmy z Fraka, o której? nie pamiętam, około czwartej, pokroiłem ziemniaki i podsmażyłem, co w tym dziwnego? bo wymieszałem z grejpfrutem, kiwi, jabłkami i dodałem wszystkich przypraw, gdzie twój chłopak? został z Oskarem, Kasiu, jak on ma na imię? napiszę ci, ja go nazywam Hudi i tak zapisuję, a naprawdę wygląda to tak – Hiúdaí, jest jeszcze trzecia wersja, ale zapomniałam, nie pamiętam cię z Miarki, no co ty, przecież na zakończenie roku paliliśmy razem na śmietniku, a! tak, ale to było na rozpoczęcie roku, może i tak, kawa? herbata? tak, kawa, herbata, herbata, ale jest tylko owocowa, dobrze, kurwa, muszę zaraz jechać do biblioteki, Boga nie ma, jest jedna muzyka, muzyk jest nieskończona ilość, a Bóg jest, kocha cię i czeka, a ona siedzi w bibliotece, przy takim małym elektrycznym grzejniku i skubie pestki słonecznika, jak wdowa, miałem muchy, poszedłem, kupiłem lep i muchozol, powiesiłem, popsikałem, wyszedłem, bo trujący, wróciłem, kurwa, podłoga usiana, czarno, zmiotłem zmiotką na szufelkę, ze trzysta, dobry środek, mieszkacie w Dublinie? tak, ja po nim wędruję, to przyjedź, zapraszamy zawsze, kiedy zechcesz, oj, dziękuję, nie, za daleko, i nie można pociągiem, co to? jaskółka dla OB, skąd masz? narysowałem, o! umiesz? w klasie było dwóch grubasów, jeden miał zawsze w kieszeni landrynki, luzem? luzem, wołał mnie, chcesz? tak, wyciągał pozlepiane, a w sklepiku oranżada w woreczkach, wbijałeś rureczkę, kosztowała tysiąc złotych, a w dachu zagnieździły się kuny, dobre to było, co Marcin ugotował, wyrzygałeś, nie to, ostatni kieliszek żołądkowej, ale dlaczego na moje spodnie? bo mi założyłeś na głowę, nie, wyrzygałeś kawałek jabłka, albo kiwi, albo grejpfruta, nie widziałem go ze trzy miesiące, podchodzę, a on pyta, czy cały czas pracuję na fiacie, w tej piosence są trzy błędy, nie, nie można odpłynąć limuzyną, ale to metafora, błąd, metafora, nie błąd, to tak jak z tym powiedzeniem, że piłka jest jedna, a bramki są dwie, jest wiele piłek, jak jedna wyleci na aut, to specjalni chłopcy podają inną, co ty pierdolisz? iloma grają? puszczę wam piosenkę Filipinek, dobrze, w poniedziałek gramy w Rozmaitościach, w Warszawie, zawiadomisz Zosię? tak, siedziałem w kotłowni i skakałem po skali, trafiłem na coś, zacząłem się zastanawiać, co to za język? duński? turecki? a to był kaszubski, wiadomości, znaleźli napis, gdzie? w lesie, w okolicach Torunia, a w pracy we fiacie, w kiblu, jest napis abarth macht frei, ostatni papieros, to kolejka, kiedyś zamówiliśmy kurwę przez telefon, najpierw wszedł alfons z pistoletem, obejrzał mieszkanie, wszystkie pokoje, to miał co oglądać, tak, potem weszła kurwa, macie jakąś muzykę? zatańczę wam, nastawiliśmy Doorsów, the end ponad dwudziestominutową wersje koncertową, usiedliśmy na kanapie, tańczyła, kompletnie nie potrafiła, my też wybraliśmy się do burdelu, o czwartej rano poszliśmy piechotą na Kamionkę, ale było zamknięte, zatrzymaliśmy taksówkę, zawiozła nas do jakiegoś domu, dzwonimy, patrzymy, kamera, otworzyła gruba wytatuowana brzydka, w tle zobaczyłem śliczną, ale była zmęczona i nie chciała, kolega poszedł z grubą, powiedziała, żebym się umył, poszedłem do łazienki i się wysrałem, kiedyś moja koleżanka rozdeptała małego kotka, krew na truskawkach, zakopałyśmy go w ogródku, mój dziadek, po śmierci babci, żyje tylko dla kotów, tak mówi, postanowiłam założyć rodzinę, kiedy będę miała trzydzieści trzy lata, jeszcze siedem, Kasiu, wpadnijcie w pierwszy dzień, jasne, idę do sklepu, zamknięty, do ósmej, idziemy do Fraka.


279.
– Widziałem kilka filmów, na których byłem.


280.
– Biedronka – powiedziałem do Grześka.
– No co ty. W zimie?
– Sklep.


281.
– To cover. Najsłynniejszy kawałek zespołu Trio. Kultowego w kręgach. Niemieckiego. Znasz? – zapytałem Grześka.
– Nie.

Do naszego stolika podszedł pan. Ze czterdzieści. Położył dłoń na moim ramieniu.
– To kawałek niemieckiego zespołu Trio. Da, da, da, albo ga, ga, ga – powiedział.
– Tak.


282.
– Kurwa, czego chcesz?
– [...]
– Kurwa, jadę autobusem.
– [...]
– Kurwa, co cię obchodzi, gdzie jadę.
– [...]
– Kurwa. Jutro rano.
[bardzo głośna rozmowa telefoniczna w autobusie]


283.
Wszedłem do stojącego już pociągu. Usiadłem przy oknie. Z sąsiedniego toru odjeżdżał inny. Na wyświetlaczu ostatniego wagonu pomarańczowiała nazwa stacji docelowej – RZYWIEC.
[Katowice, 9.I.2010, około piątej po południu]


284.
– Jak odpowiadasz na pytanie, po co piszesz?
– Odpowiadam – nie wiem.
– Właśnie. Chodź, otworzymy flaszkę, zobaczymy, co się stanie?
– Właśnie.
– Mnie pytają. Po co malujesz? Niech idą do jebanych konceptualistów. Też odpowiadam, że nie wiem.


285.
Do baru na stoku wszedł w pewnej chwili pan w stroju narciarskim. Kurtka, spodnie, czapka, gogle, buty, rękawice. Zamówił przy ladzie grzane piwo. Podszedł do ściennego wieszaka, zdjął gogle, czapkę i kurtkę, rękawice zostawił w kieszeniach kurtki. Powiesił. Został w bardzo wzorzystym i kolorowym, grubo tkanym swetrze. Kiedyś na takie mówiło się „norweskie”. Czy teraz używa się takiego określenia – nie mam pojęcia. Ku mojemu zaskoczeniu, ba, osłupieniu, zobaczyłem, że ma pod nim koszulę, niebieską, z przypinanym kołnierzykiem i krawat. Czerwony, gładki, błyszczący, zawiązany w misterny, bardzo duży węzeł. „No tak, niedziela” – pomyślałem.
[Wisła, Nowa Osada]


286.
Mróz zelżał, ale pojawił się wiatr. Wolę bez. Ostro duło na Rybnickiej. W twarz. Z drzew na asfalt, łup, łup, pecynybuły zmarzniętego śniegu. Aż podskoczyłem. Bo nie widziałem. Dopiero po chwili. B i a ł e r o z b r y z g i. To połączyłem.


287.
– Przypierdoliłbym mu, ale nie mogę.
– Dlaczego?
– Nie mam ubezpieczenia.


288.
– Pokaż, jak szedł.
– Dlaczego?
– Bo jak pokazujesz, to nie mówisz.
– Ale on szedł dwie godziny.
– Właśnie.


289.
Żona poprosiła znajomego, żeby poszedł do sklepu po pomidory. Poszedł, kupił, wrócił. Rozpakowała.
– Coś ty kupił?! Tylko zgniłe.
– Tak. Ale jeżeli ja bym ich nie kupił, to nikt inny ich by nie kupił.