Wydanie bieżące

1 lutego 3 (147) / 2010

Joanna Soćko,

NIC DO POWIEDZENIA

A A A
Mur
Podczas lektury esejów o Bartleby’m towarzyszyło mi nieustannie wspomnienie traumy, której doświadczyłam będąc dzieckiem. To wstrząsające przeżycie miało swoje źródło w wysłuchaniu bajki o zwierzętach, które obudziwszy się pewnego ranka spostrzegły, że ich miejsce zamieszkania przecina potężny, solidny mur wydający się nie mieć ani początku, ani końca. Nikt nie spostrzegł żadnych robotników, nie słyszał odgłosów budowy – a jednak tajemnicze zjawisko utkwiło w samym środku lasu, czyniąc życie zwierząt trudnym do zniesienia. Przez długie lata nie mogłam przypomnieć sobie morału tej bajki, ale ból słonia próbującego obalić mur swoim ciałem i zakrwawione łapy hieny próbującej go obejść, a ponad wszystko: rozpaczliwe pytanie o sens, wstrząsnęło mną dogłębnie. Wspomnienie owego wstrząsu nawiedziło mnie już podczas czytania wstępu książki zbiorowej „Will you tell me any thing about yourself? Co-memorative Essays on Herman Melville’s Bartleby the Scrivener”, w którym Janusz Semrau zapowiada próby zmierzenia się z nowelą Melville’a: „Choć ta opowieść jest wystarczająco jasna i przystępna, to niesie z sobą wyzwanie porównywalne jedynie z mysterium tremendum Moby Dicka, oba przedstawialne/pojmowalne, jako doprowadzająca do wściekłości konfrontacja z murem nie do przebycia” (s.8; dalsze cytaty w tekście z tego wydania, w razie potrzeby z nazwiskiem autora eseju). Za tą absurdalną przeszkodą, jak ostrzega Semrau, może się kryć albo jakaś potężna siła wywrotowa, albo nic – bezsens, próżnia. W obliczu tych obu, równie przerażających, możliwości gorączkowe nawoływanie redaktora „Weź przeczytaj, weź przeczytaj!” brzmi co najmniej złowrogo.

Ruiny domu
Pre-tekst nieposiadania właściwego domu jest ostatecznie przetranskrybowany jako testamentowe pisanie po murze (J. Semrau)

Przestrzenna metafora okazuje się przydatnym narzędziem w badaniu tekstu Melville’a – na problemy ze zlokalizowaniem tytułowego bohatera wskazują niemal wszyscy autorzy esejów zredagowanego przez Semraua tomu. To, co przytrafiło się zwierzętom z bajki odzwierciedla poniekąd dziwne usytuowanie Bartleby’ego – z jakichś nieznanych nam powodów rezyduje on w miejscu, w którym nie da się zamieszkać. Ani kancelaryjne biuro, ani więzienie nie mogą spełniać funkcji tego, co przywykliśmy uznawać za „dom”, jednak tajemniczy kopista Melville’a uparcie odmawia przeniesienia się gdzie indziej. To „topograficzne nigdzie” (Rachwał, s.60) sprawia, że Bartleby jest właściwie nie do zlokalizowania, „jego pozycja to o-pozycja, czy nawet a-pozycja” (Sławek, s.143), co jest o tyle paradoksalne, że sam bohater nie rusza się z miejsca: „Chciałbym tu zostać na stałe” (wszystkie cytaty z „Bartleby’ego” podaję w moim tłumaczeniu). To enigmatyczne zawieszenie sprawia, że Bartleby, jak sugeruje Kopcewicz, mógłby być „zarówno wszędzie, jak i nigdzie” (s.24). Tej pierwszej możliwości przeczy jednak Semrau stwierdzając, że miejsce konotuje konkretne, fizyczne przywiązanie, co wiąże się z koniecznością „przynajmniej symbolicznej formalizacji – schematyzacji” (s.93). Taka definicja miejsca oznaczałaby, że Bartleby nie znajduje się nigdzie – ale wniosek ten jest oczywiście mało satysfakcjonujący bo przecież, wyciągając nieco z kontekstu wypowiedź Sławka, stwierdzić można: „najbardziej problematyczne w Bartleby’m jest właśnie to, że on JEST” (s. 147).

Spróbujmy więc inaczej: Bartleby jest w biurze – konkretnym miejscu, którego schematyczna organizacja odzwierciedla ustrukturyzowane stosunki międzyludzkie obowiązujące w miejscu pracy. Bardziej niż to, że Bartleby jest w tej przestrzeni, dziwi jednak fakt, że on tę biurową przestrzeń zamieszkuje. Zakłóca zatem „najbardziej fundamentalne i uświęcone społecznie rozróżnienie pomiędzy tym co publiczne i tym, co prywatne” (Semrau, s.76). Kolejny paradoks – nasz bohater nie jest „ani włóczęgą, ani mieszkańcem” (Sławek, s.127); nie opowiadając się po żadnej ze stron – „odmawiając dokonania wyboru” Bartleby, umiejscawia się także „poza dobrem i złem” (Sławek, s.141). Znajduje się zatem też poza logiką, a raczej, swoim zwyczajem, neguje ją, pozostając w niej zanurzonym. Oto bowiem ów tajemniczy kopista uparcie tkwi na Wall Street – w miejscu mogącym stanowić symbol znakomitej organizacji rynku, w najbardziej chyba racjonalnej i powszechnej ze stworzonych przez człowieka struktur. Im mniej Bartleby robi, im bardziej się izoluje, tym bardziej jest problematyczny – staje się odpowiedzialny za „zakłócenie i dysfunkcję” (Semrau, s.74) systemu opartego na „dzianiu się” oraz na zależnościach między różnymi podmiotami rynku – jako znak negacji („Wolałbym nie”) kwestionuje układ tkwiąc uparcie w samym jego centrum, „stojąc niemo i samotnie na środku opustoszałego pokoju” w biurze mieszczącym się w samym centrum Wall Street „zamarłym jak Petra”.

Piramida
Skonstruowaliśmy świat, w którym wszystkie rzeczy muszą być oznaczone (T. Sławek)
Pierwszy upadek człowieka, to upadek w język (N. O. Brown)
Budujemy grób dla Faraona („Sztywny Pal Azji”)

Wydaje się, że postawienie Bartleby w centrum sprawia, że przez ruchliwe nowojorskie ulice zaczynają prześwitywać ruiny, a pomieszczenia biurowe tętniące nieustannym przepływem pieniądza przypominają wymarłe pieczary. Nieprzypadkowo też bohater umieszczony zostaje w więzieniu stworzonym na kształt egipskiego mauzoleum (Kuhn, s.30). Topografię przestrzeni Bartleby’ego konsekwentnie konstruują te nakładające się na siebie obrazy pomieszczeń mieszkalnych i cmentarza, a także koegzystencja właściwych im dyskursów (Semrau, s.75).

Upadłe cywilizacje, które poniekąd symbolizują miejsce zamieszkania Bartleby’ego, korespondują z powtarzającą się ideą wymarłego Logosu. Nieprzystosowanie do miejsca – negacja struktury organizującej egzystencję – splata się z odejściem z „Biura Martwych Listów” (nie powinno umknąć uwadze, że Dead letter to także „martwa litera”). Oczywiście, nawet zaniechawszy swojej pracy w kancelarii i stając się kopistą, który nie kopiuje, Bartleby pozostaje w przestrzeni „martwych liter”. Wymyka się zatem definicji potwierdzając własną nieopisywalność zapowiadaną przez narratora, który ubolewa nad niemożnością napisania jego biografii. Ta niedefiniowalność odpowiada brakowi konkretnej lokalizacji i w kontekście społecznego egzystowania jest bardzo problematyczna, bo przecież „bycie cywilizowanym oznacza bycie wyszczególnionym, u-sankcjonowanym i ostatecznie przypisanym do konkretnej roli” (Semrau, s.104). Problematyczność Bartleby bierze się więc stąd, że jest on „zupełnie nieoznaczony” (Sławek, s.127). Miejsce zamieszkania, więzienie, grób oraz pismo nakładają się na siebie tworząc w tej wizji opresyjny system, którego porządkująca moc odbiera życie (wymykające się najwyraźniej uporządkowaniu). Jako jednostka, której nie można oznaczyć, do której język w żaden sposób nie przystaje, która umyka „martwym literom”, Bartleby staje się kimś, kto oskarża język o arbitralność – staje się znakiem rozsunięcia pomiędzy językiem a bytem, rozsunięcia tak charakterystycznego dla poststrukturalistycznej, czy nawet postmodernistycznej myśli. To odłączenie pisma od bycia umożliwia Kopcewiczowi lekturę Bartleby w kontekście prozy Paula Austera podejmującego problem skażenia języka grzechem pierworodnym. Tymczasem Bartleby uprzejmie sprzeciwia się językowi wyzywająco pozostając w świecie pisma i odznaczając się „dziwnie nieaktywną mocą” (Sławek, s.127). Jego obecność zawsze jest nie-odpowiednia – nie dostosowana do miejsca – tam, gdzie powinno toczyć się życie, Bartleby staje się manifestacją stagnacji, natomiast w martwych murach objawia się on jako „prawdziwie nawiedzające istnienie” (Sławek, s.143), a pośród ludzi eksponuje swoją nieludzkość (Rachwał, s.63) i „odmawia przesiedlenia” (Semrau, s.95) w jakiekolwiek miejsce, gdzie jego egzystencja przestałaby razić. Swoją stagnacją Bartleby „wprawia formułę w ruch” (Kopcewicz, s.24), rozsadza zwartą strukturę, rozbiera system znaczeń ukazując „nieodzowną nagość istnienia” (Sławek, s.137). Jest zatem „ekspresją różnicy” (Rachwał, s.59) – czymś pomiędzy znaczeniami, pomiędzy bytami, jest „człowiekiem differance” (Sławek, s. 147). Innymi słowy, Bartleby (jest) dywersyjnym niczym bytu, aktualizując tym samym obie groźby zawarte w napisanym przez Semraua wstępie: Bartleby okazuje się być wywrotową pustką – niezmienną przestrzenią, która umożliwia ruch. Jest przy tym czymś więcej niż post-strukturalistycznym znakiem. Dekonstrukcja to dopiero początek.

Nawiedzenie
Bóg to figura, której centrum jest wszędzie, a obwód nigdzie (Św. Augustyn)
Świat jest w rozkładzie, centrum się rozsuwa (W. B. Yeats)
Nieuniknione stało się przekonanie, że nie ma centrum (J. Derrida)

Nawiedzona przez Bartleby, zorganizowana struktura ludzkiego świata zostaje zdekonstruowana, a co za tym idzie – zdecentralizowana. Świadczy o tym już sam początek opowiadania, w którym narrator stwierdza właśnie niemożność opowiedzenia, co Tadeusz Sławek komentuje następująco: „Bartleby jest nie-biograficzny ponieważ z biografią wiąże się konieczność skoncentrowania na czyimś życiu [palcing one’s life in focus – gdzie focus oznacza też ogniskową i implikuje czynność nastawiania ostrości] (s.132). Ta decentralizująca, odśrodkowa siła przesuwa naszą uwagę na zewnątrz – na peryferia. Nie są one jednak właściwym „punktem dojścia”, miejscem preferowanego pobytu. Marginesy, szczególnie w kontekście tekstu Kopcewicza, jawią się raczej jako to, co trzeba opuścić: „postęp rozpoczyna się na peryferiach obwodu będących domeną mnogości i różnorodności” (s.18). Podobną myśl znajdujemy u Sławka: „zaczynamy więc gdzieś pomiędzy wnętrzem i zewnętrzem” (Sławek, s.126). Ten moment początku niesie z sobą obietnicę zmiany stanowiska – na jakie? W zebranych przez Semraua esejach wydają się dominować dwa kierunki: „powrotny” ruch do środka oraz ruch w stronę innego, będący, jak wskazuje Semrau, prymarną ludzką orientacją (Semrau, s.98). Tę pierwszą możliwość w ciekawy sposób prezentuje Kopcewicz wpisując „Bartleby’ego” w teksty posługujące się „augustyńską” figurą wszechobecnego centrum. Autor nakłada na siebie, niczym klisze, dwa modele „dośrodkowej” podróży: koncepcję „Wszech-duszy” (Over-soul) Emersona oraz metaforę będącą kluczowym tropem „Nowojorskiej trylogii” Austera. Oba te obrazy łączy ruch w stronę centrum, które rozszerza się, przekraczając jakiekolwiek ramy: przezwyciężenie/zanegowanie własnej tożsamości oraz zaniemówienie/„zaniepisanie”. Różnica jest jednak znacząca – podczas gdy Emerson w centrum ludzkiej egzystencji stawiał boskość objawiającą się jako Najwyższy Umysł (Supreme Mind) i oślepiającą swoim blaskiem, bohaterzy Austera docierają do ascetycznego, ciemnego pokoju najwyraźniej popadając w obłęd.

Możliwa jest więc chyba następująca interpretacja: jeżeli swego czasu centrum utożsamiane było z Bogiem/Logosem implikującym Światło, Rozum, Słowo i Byt, tak teraz, po wędrówce na peryferia i powrocie do centrum, zastajemy tu Ciemność, Szaleństwo, Ciszę i… Nic. I choć Bartleby byłby oczywiście sojusznikiem niebytu, to jednak w interpretacjach opowiadania Melville’a trudno dopatrzyć się nihilizmu. Wydaje się raczej, że Kopcewicz nieprzypadkowo nakłada potencjalną jasność na potencjalną ciemność centrum: „to właśnie szarość ma moc zbawczą” (Sławek, s.139), czy w innym miejscu: „dokładnie wśród cieni wyczuwamy obietnicę mądrości” (Sławek, s.138). Poza samą intrygującą kategorią „szarości”, zwróciłabym tu uwagę na ciekawe sformułowanie: „dokładnie wśród” (precisely amidst) implikujące bycie zarówno w środku, jak i pomiędzy, jak gdyby to połączenie fundamentalnych przeciwieństw nie naruszało differentia specifica żadnego ze zjawisk. Ta jedność, którą niejako konotuje pojęcie środka, wydaje się być zbliżona do „Cogito” Derridy, który kwestionuje pojmowanie tej centralnej kategorii Logosu w oderwaniu od Szaleństwa obejmującego w tym przypadku „wszystko, co można określić mianem negatywności”. Tę konieczność przeniknięcia bytu niebytem jeszcze wyraźniej postuluje Norman O. Brown w swojej książce, „The Love’s Body”: „sprawić by absurd lub nic, lub cisza, powróciły do słów”. Tym, co, w kontekście przeczytanych przeze mnie esejów, rzeczywiście manifestuje sobą Bartleby jest właśnie wprowadzenie nicości, ciszy i szaleństwa do bytu/logosu po to, aby przywrócić zgrzytliwą jedność prowadzącą do możliwości pełnego oglądu. W tym kontekście można również rozpatrywać nihilizm, stanowiący według Nietzschego swoisty stan pośredni myśli europejskiej; czytamy w „Woli mocy”: „musimy wpierw przeżyć nihilizm, by przejrzeć nareszcie, jaką to właściwie była wartość tych wartości”. „Spojrzenie ciemności w oczy” (Sławek, s.130) oraz zmierzenie się z absurdem i ciszą drażniącego/ różnicującego muru wydaje się więc koniecznym momentem szczerości, a ponadto przesyceniem wzniosłością rodzącą się na styku bytu/ niebytu i związaną z postawieniem sparafrazowanego przez Semraua pytania: „jak to jest, że mimo wszystko jest egzystencja i pisanie – ad found, coś raczej niż nic” (s.117). Nic reorganizuje więc topografię centrum – wprowadza weń dynamikę, przybliża znaczenie centrum jako labiryntu (Kopczyński, s.20) ukazując świat będący „tajemniczym wyzwaniem” (Sławek, s.135). Jest również znakiem „niedoszłości” bytu – uniemożliwia mi powiedzenie „jestem”, korzystając z terminologii Sławka powiedzieć należy bowiem raczej: „prawie jestem” i właśnie to „prawie” staje się „jedynym wyzwoleniem” (s.150) spod opresyjnej mocy ustrukturyzowanego systemu.

Toż-sam(otn)ość
Co to ma ze mną wspólnego? (J. Semrau)

To charakterystyczne dla bycia rozsunięcie znajduje swoje odzwierciedlenie w życiu społecznym i jednostkowym. Do Bartleby’ego można mówić jako do ściany i rzeczywiście – jego niema obecność jest przerażająca niczym postawiony nagle mur. Uświadamia mi niemożność dotarcia do tego, kto istnieje obok („jego duszy nie mogłem dosięgnąć” – powiada prawnik), a co więcej, autorzy wydają się sugerować, że tym rozsunięciem w moim byciu, rozsunięciem odsłaniającym pustkę, jest właśnie miejsce dla „tego kogoś” – miejsce, które nigdy nie zostanie zamieszkane. „Zamieszkanie” to byłoby bowiem równoznaczne z oswojeniem – nazwaniem – poznaniem, gdy tymczasem tytułowe pytanie książki: „czy powiesz mi o sobie cokolwiek?” pozostanie bez odpowiedzi. Dośrodkowy ruch zbiega się tu z podążaniem w stronę innego – obiecywanemu połączeniu zawsze towarzyszy brak, który, o ile nie jest zagłuszony/zapisany konwencjonalną paplaniną, zmusza do nieustannego przepracowywania żałoby po tym, który jest tuż obok. Inny jest więc moim bólem (Sławek, s.130), uświadamia mi, że „brakuję”. Sławek „upraktyczniając” filozofię – czyniąc z niej sposób bycia, wpisuje moją osobistą samotność także w relacje społeczne – jakby jedyną drogą „rozluźnienia”, uczłowieczenia społecznej/rynkowej struktury, było poprzetykanie nieludzkiej masy pustą przestrzenią każdej jednostki.

Akademickie graffiti
Jak pisać, gdy ma się nic do powiedzenia? Autorzy najwyraźniej podjęli się zadania karkołomnego, próbując oznaczyć/opisać to, co w dosłownej i metaforycznej przestrzeni nie istnieje. Wydaje się jednak, że cel został osiągnięty – tajemnicza nieobecność została wydobyta poprzez zbiór mniej lub bardziej ze sobą powiązanych, estetycznych ekspresji przypominających, posługując się metaforyką Semraua, kreślenie po murze. Zadaniem czytelnika jest dostrzec mur, zbulwersować się, poczuć jego nie-stosowność, a w końcu przerazić się symbolizowaną przez Bartleby nicością dotykającą w tak bardzo intymny sposób.
Will you tell me any thing about yourself? Co-memorative Essays on Herman Melville’s Bartleby the Scrivener”. Redakcja: Janusz Semrau. Wydawnictwo Peter Lang, Frankfurt 2009 [seria: “Polish Studies in English Language and Literature”, t. 29].