Wydanie bieżące

1 marca 5 (149) / 2010

Magdalena Kempna-Pieniążek,

BYĆ JAK JANE EYRE?

A A A
Krytycy z kręgu „Cahiers du cinéma” stwierdzili kiedyś, że nawet słaby film reżysera autora jest lepszy niż dobry film reżysera rzemieślnika. Ci sami krytycy przeklęli tak zwane kino scenarzystów, opowiadając się za reżyserem jako rzeczywistym dawcą sensów w filmie. W jednym z manifestów autorstwa François Truffauta czytamy też, że zamiast obciążać budżety powstających filmów gigantycznymi honorariami dla gwiazd, warto zainwestować w aktorów jeszcze nieznanych lub mało znanych. W najnowszym filmie Lone Scherfig, który z poetyką nowofalową ma oczywiście niewiele wspólnego, spotykają się wszystkie wymienione wyżej elementy – zarówno te przez francuskich krytyków aprobowane, jak i te traktowane sceptycznie. Spotykają się, warto dodać, z doskonałym niemal efektem.

About a Girl

„Była sobie dziewczyna” to oczywiście dzieło autorskie. Opowiadając historię dorastającej na początku lat sześćdziesiątych angielskiej inteligentnej nastolatki o imieniu Jenny (Carey Mulligan), Lone Scherfig daje kolejny dowód specyficznej wrażliwości artystycznej, którą Jan Olszewski określił w opublikowanym na łamach „Filmu na Świecie” (nr 406) artykule jako „antropocentryczną”. A jednak jej spojrzenie zostaje wzbogacone o perspektywę innego autora. Scenarzystą filmu został bowiem Nick Hornby, popularny pisarz, autor książki „Był sobie chłopiec” („About a Boy”), która stała się podstawą dla filmu braci Weitzów pod tym samym tytułem. Nazwisko Hornby jest synonimem rzetelnie prowadzonej narracji, niejednokrotnie świetnych dialogów i ciepłej ironii (bliskiej zapewne i samej Scherfig), stosowanej do opisu ludzkich słabostek. Brytyjski pisarz zdaje się przy tym wyznawcą zasady, że o ile zalety wybranej osoby decydują o tym, czy ją lubimy, o tyle miłością obdarzamy naszych bliskich przede wszystkim za ich niedoskonałości. Owa lekko zadziorna miłość jest wyraźnie wyczuwalna w stosunku autorów filmu do większości bohaterów: do wpadającej w pułapkę własnej inteligencji Jenny, do jej posuwającego światopoglądowe schematy do absurdu ojca (Alfred Molina), do znoszącej wszystko ze spokojem, smutnej matki (Cara Seymour), do chłopięco nieporadnego zalotnika Jenny, Grahama (Matthew Beard), a nawet do jej nowej przyjaciółki, Helen (Rosamund Pike), skrywającej pod niezmierzonymi pokładami ignorancji dobre serce.

Oczywiście sympatia, jaką widz skłonny jest obdarzyć cały ten szereg momentami irytujących postaci, jest zależna od kreacji aktorskich. „Była sobie dziewczyna” to jeden z tych filmów, w których dobór obsady okazał się niezwykle szczęśliwy. Mamy tutaj gwiazdy większego i mniejszego formatu: doskonałego Alfreda Molinę, zwracającego uwagę Petera Sarsgaarda kreującego niejednoznaczną postać Davida, dojrzałego mężczyzny, w którym zakochuje się Jenny, znaną z „Dumy i uprzedzenia” Joe Wrighta (2005), a ostatnio także z „Surogatów” Johnathana Mostowa (2009) Rosamund Pike w błyskotliwej roli blond idiotki Helen, mamy wreszcie popisową Emmę Thompson jako stereotypowo ograniczoną w swych horyzontach dyrektorkę szkoły dla dziewcząt. Nie ma jednak wątpliwości, że doświadczeni aktorzy stanowią przede wszystkim asystę dla rodzącej się dopiero gwiazdy – Carey Mulligan, która swoją fenomenalną, porywającą świeżością, a zarazem precyzją w operowaniu środkami ekspresji rolą Jenny zasłużyła sobie na nominację do Oscara. Jedną z trzech (obok nominacji dla najlepszego filmu i najlepszego scenariusza adaptowanego) dla filmu autorki „Włoskiego dla początkujących” (2000).

Wszystko to sprawia, że film o trudach dorastania Jenny, która najpierw marzy o studiach na Oksfordzie i wyrwaniu się z mieszczańskiej nudy, a następnie wikła się w romans ze starszym od siebie Davidem, jest nie tylko sprawnie opowiedziana i świetnie zagrana, ale i niesie aurę łagodnego, życzliwego, niepozbawionego humoru, dystansu i ironii humanizmu charakterystycznego dla twórczości Scherfig. Na tej konstatacji wypadałoby w zasadzie zakończyć recenzję dzieła duńskiej reżyserki. Dalszy ciąg tego artykułu ma na celu nie tyle wzmocnienie przekonania, iż film ten warto zobaczyć – bo bezwzględnie warto – co wskazanie kilku tropów interpretacyjnych, które wydają się godne uwagi podczas oglądania.

Edukacja Jenny

W oryginalnym – i jakże trafionym, w odróżnieniu od wersji ustalonej przez polskiego dystrybutora – tytule najnowszego filmu Lone Scherfig, „An Education”, pojawia się pierwsze istotne wskazanie związane z poszukiwaniem ewentualnego klucza interpretacyjnego. Wszyscy bohaterowie filmu zdają się wiele wiedzieć na temat edukacji. Nieustannie peroruje na jej temat, zwłaszcza w kontekście finansowym, ojciec Jenny. Według Helen, długoletnia nauka, a zwłaszcza studia, to droga do zaprzepaszczenia przez dziewczynę urody, młodości i witalności. Dla dyrektorki szkoły, do jakiej uczęszcza bohaterka, edukacja jest równa instytucji, a ta stoi na straży moralności, tradycji i dobrych obyczajów. Akcja filmu toczy się w Londynie na początku lat sześćdziesiątych, więc Jenny i jej koleżankom nie tylko nie wolno nosić biżuterii i rozpinać górnego guzika w mundurku szkolnym; przedmałżeńska defloracja i zajście w ciążę oznaczają automatyczne usunięcie ze szkoły, która zresztą przygotowuje dziewczęta do pełnienia roli żon i matek: już pierwsza sekwencja informuje nas, jak wiele miejsca w programie nauczania zajmują zajęcia związane z prowadzeniem domu (gotowanie), odpowiednią prezencją i umiejętnościami towarzyskimi (nauka tańca).

Któregoś deszczowego popołudnia po próbie młodzieżowej orkiestry, w której gra na wiolonczeli, Jenny poznaje Davida, który otwiera jej oczy na inną zgoła edukację: „Ukończyłem uniwersytet życia”, powie jej przy pierwszym spotkaniu, podczas kolejnych dostarczając wielu dowodów na biegłość w subtelnym manipulowaniu ludźmi i umiejętność cieszenia się tym, co w życiu piękne i wykwintne: muzyką, sztuką, dobrą kuchnią, podróżami. W tym momencie Jenny zaczyna dostrzegać alternatywę dla tego, co do tej pory znosiła jedynie za sprawą własnej wytrwałości, ironicznego dystansu i przekonania, że noce spędzone na wkuwaniu łaciny to poświęcenie, jakie warto ponieść, by dostać się na uniwersytet i zacząć wreszcie wolne, pełne pasji i zainteresowań życie. Wiążąc się z Davidem, wchodząc w jego świat, Jenny zacznie żywić wątpliwości. Być może zresztą właśnie wtedy rozpocznie się jej właściwa – nie tylko intelektualna, ale i emocjonalna oraz światopoglądowa – edukacja.

Film Scherfig, z racji realiów, do których odnosi, przywołuje oczywiście tezę związaną z ograniczonym polem, na jakim w latach sześćdziesiątych mogła realizować się kobieta. Ukończenie uniwersytetu to dla Jenny w zasadzie prosta droga do stania się nauczycielką. Kiedy w trakcie burzliwej rozmowy z dyrektorką szkoły bohaterka powie wprost, co myśli o takiej opcji, jej rozmówczyni z rozbrajającą naiwnością stwierdzi: „To niekoniecznie musi być nauczycielstwo. Może być także służba cywilna”. Tyle że Jenny pragnie czegoś więcej niż uczestnictwa w zaklętym kręgu nudy i braku kreatywności. Co ciekawe, Scherfig bynajmniej nie trzyma się kurczowo kwestii genderowych. Zamiast tego zdaje się konstatować: owszem, pozycja kobiet pozostawia wiele do życzenia, a alternatywa „pani domu” (matka Jenny) versus nauczycielka o wąskich horyzontach (dyrektorka) jest w gruncie rzeczy przerażająca dla młodej, inteligentnej dziewczyny, nie w tym jednak tkwi główny problem Jenny. W czym zatem?

Jane i Jenny

Już w prologu filmu widzimy fragment lekcji języka angielskiego, podczas której Jenny i jej koleżanki, pod kierunkiem panny Stubbs (Olivia Williams), interpretują powieść Charlotte Brontë „Dziwne losy Jane Eyre”. Słynna romantyczna opowieść o skromnej guwernantce, która zakochuje się ze wzajemnością w mrocznym lordzie Rochesterze, niemal od początku prezentuje się jako istotny kontekst historii Jenny. I nie chodzi tutaj tylko o analogie fabularne (zamożny, fascynujący, ale skrywający ciemne tajemnice mężczyzna, pragnący związać się z młodą, niedoświadczoną, ale inteligentną, dobrą i wnoszącą do jego życia powiew świeżości kobietą). „Dziwne losy Jane Eyre” powinny w zasadzie stanowić ostrzeżenie dla Jenny, która – będąc bystrą interpretatorką – nie zauważa, iż w snutej przez Brontë historii związku młodej kobiety i dojrzałego mężczyzny sporo jest niepewności i mroku. Przede wszystkim jednak „Dziwne losy Jane Eyre” stanowią kontrapunkt, kontekst negatywny dla historii Jenny. Spod romantycznej opowieści w filmie Scherfig wyziera bowiem prawdziwe życie, wraz ze swymi brudnymi, małymi sprawkami, skrzętnie zamiatanymi pod dywan. I to właśnie w tej szarej, często przykrej rzeczywistości, a nie w świecie romantycznych wizji, Jenny będzie musiała odnaleźć swoją ścieżkę.

Bohaterka filmu Scherfig nigdy nie będzie zresztą taka jak Jane Eyre. Znacznie bliżej jej do bohaterek powieści Jane Austen – inteligentnych, błyskotliwych, ale popadających czasem w uprzedzenia i pychę panien pokroju Elizabeth Bennett czy Emmy, młodych kobiet, które ostatecznie – nawet w świecie zdominowanym przez mężczyzn – zachowują swoją tożsamość i kobiecą indywidualność. Ostatecznie Jenny musi się bowiem nauczyć, że prawdziwa wolność, którą naiwnie utożsamiała z byciem egzystencjalistką, słuchaniem w nieskończoność utworów Jacques’a Brela i chodzeniem na koncerty muzyki klasycznej, to pewien stan ducha, możliwy do osiągnięcia nawet w skostniałym systemie brytyjskiej edukacji. To także sztuka podejmowania trudnych wyborów ze świadomością ich dobrych i złych konsekwencji – ale o tym Jenny przekonuje się bardzo szybko.

Kroniki (innej) rewolucji

W najnowszym filmie Scherfig pojawia się kilka scen, w których Jenny toczy spory – jeśli można tak powiedzieć – ideologiczne z otaczającymi ją dorosłymi. Duńska reżyserka i jej brytyjski scenarzysta wyzyskują tutaj oczywiście motyw inteligencji skonfrontowanej z wąskimi horyzontami i przytłaczającymi stereotypami. W do bólu mieszczańskim domu Jenny jej ojciec zdaje się wierzyć w tezę, że w Oksfordzie nikt nie potrzebuje samodzielnie myślących ludzi, a wszystko, co wykracza poza schemat, jest równoznaczne z bikiniarstwem. Jeszcze bardziej przerażające wydają się poglądy dyrektorki szkoły, która pod manierami wykształconej, stonowanej tradycjonalistki skrywa ciasnotę poglądów i ksenofobię. Dowiadując się, że ukochany Jenny jest Żydem, nauczycielka stwierdza ze świętym oburzeniem: „Mam nadzieję, że jesteś świadoma tego, że Żydzi zabili naszego Pana”, na co Jenny odpowiada szybko: „Mam nadzieję, że jest pani świadoma, że nasz Pan był Żydem”. Dyskusja toczy się dalej, aż wreszcie Jenny wykrzykuje: „Nie wystarczy, że nas pani uczy, musi nam pani jeszcze wyjaśnić, dlaczego nas pani uczy”. Słuszny skądinąd argument nie znajduje oczywiście zrozumienia. Scherfig i Hornby nie pozostawiają jednak wątpliwości, że angielskie społeczeństwo, jakkolwiek konserwatywne by nie było, będzie musiało wkrótce odpowiedzieć na pytania bohaterki.

Jenny jest wszak reprezentantką nowego pokolenia. I nie chodzi w tym przypadku o ideały kontestacji, raczej o pewien klimat intelektualny, chociaż oczywiście akcja osadzona w latach sześćdziesiątych kieruje uwagę w stronę zagadnień związanych z rewolucją obyczajową (Jenny chce kontrolować własną seksualność, sama podejmując decyzję na temat czasu i charakteru erotycznej inicjacji). Jako dziewczyna o otwartych horyzontach bohaterka wie, że wygodny, bezpieczny świat jej rodziców ufundowany został na strachu. Dorasta też do tego, by dostrzec anachroniczność systemu edukacji, w jaki została włączona. Mimo to, jak doradza jej mentorka, panna Stubbs, bohaterka nie wybiera drogi prostej negacji, odrzucenia jednego systemu wartości na rzecz innego, niezbyt pewnego. W końcu Jenny jest adeptką w szkole interpretacji, chce się szkolić w uważnym czytaniu – jak można się domyślić z finału – nie tylko literatury, ale i siebie oraz świata. A interpretacja zawsze zakłada wysoki stopień odpowiedzialności za tekst i za siebie.
„Była sobie dziewczyna” („An Education”). Reż.: Lone Scherfig. Scen.: Nick Hornby. Obsada: Carey Mulligan, Peter Sarsgaard, Alfred Molina, Olivia Williams, Rosamund Pike. Gatunek: dramat. Produkcja: Wielka Brytania 2009, 95 min.