ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (149) / 2010

Joanna Soćko,

KRYTYKA UNIWERSYTETU

A A A
Intrygujące zjawisko możemy już od kilku lat obserwować w nie-partyjnym środowisku lewicowym, jakim jest w Polsce „Krytyka Polityczna”. Inteligencja, której wyodrębnienie świadczy de facto o społecznym rozwarstwieniu, zostaje „zaangażowana” przez lewicowe wydawnictwo do „walki z ekonomizmem i kulturowym wykluczeniem” (te i dalsze sformułowania – chyba, że zaznaczono inaczej – pochodzą z witryny www.krytykapolityczna.pl). Krytyka kapitalizmu ma się tu odbywać poprzez połączone działania „młodych naukowców”, działaczy społecznych, pisarzy, krytyków i artystów – innymi słowy, przedstawicieli nauk humanistycznych oraz przedstawicieli sztuki, którzy przemawiają wspólnym głosem tych, którzy w Polsce zachłystniętej gospodarką wolnorynkową odsunięci zostali na margines. Pokusić się tu można o drobną złośliwość – niewątpliwie, działaczy „Krytyki Politycznej” bardziej niż poglądy polityczne łączy przede wszystkim niezadowolenie z panującego obecnie ładu społecznego. Owa krytyka dotknęła jednak również najogólniej tu rozumianego Uniwersytetu – policzkiem wymierzonym w stronę tej instytucji jest powstanie tzw. Uniwersytetu Krytycznego mającego być „próbą odpowiedzi na postępujący kryzys tradycyjnych instytucji akademickich”, które stały się, rzekomo, jednym z wielu instrumentów gospodarki. Zarzut ten jest niepokojący, ale jeszcze bardziej niepokojąca jest sytuacja, w której jest on stawiany.

Oto formacja mianująca się „krytyką” sięga po hasło „inteligencji zaangażowanej” oraz „uniwersytetu krytycznego”, aby zaznaczyć swój sprzeciw wobec porządku ufundowanego na kapitalizmie i „stworzyć miejsce na lewicowy dyskurs i projekt społeczny”. Rażące jest to, że wykorzystywane tu narzędzia, czy sposoby aktywności w życiu społecznym są teoretycznie „ponadpolityczne” – dotyczyć powinny tak prawicy, jak i lewicy – a jeżeli za formę lewicowych rządów uznamy te z czasów PRL-u, to nietrudno dostrzec, że środowisko uniwersyteckie i tzw. inteligencja plasowały się bardzo wyraźnie po innej niż dzisiaj stronie. Jeżeli więc dzisiaj działacze „z lewego skrzydła” powołują się (z powodzeniem) na polską inteligencję, to jest to możliwe tylko dlatego, że, niestety, wydobywają ją ze społecznego niebytu. Jeśli zaś Uniwersytet Krytyczny rzeczywiście stoi w opozycji do Uniwersytetu, z którym, jako studentka się utożsamiam i którego idea jest mi bliska, to sprawę tę uznałam za godną przybliżenia.

Taśma produkcyjna
Współczesnemu Uniwersytetowi zarzuca się głównie, że wpisuje się on w sukces Fordowskiego „modelu T”, to znaczy: składa się z odseparowanych od siebie dyscyplin produkujących specjalistów w sposób seryjny. Metafora uprzedmiotawiająca studentów i absolwentów nie jest tu przypadkowa – widziana oczyma członków „Krytyki” uczelnia podobna jest do fabryki „wytwarzającej kapitał ludzki dla przedsiębiorstw”. A choć forsowane przez unijnych urzędników hasło „kapitał ludzki” brzmi zgrabnie i schludnie, nie oznacza przecież nic innego, jak „to-co-służy-zarabianiu-pieniędzy”. Rzeczywiście, duży nacisk kładzie się obecnie, by zdobywana w szkołach wiedza była „praktyczna” – to znaczy, by najlepiej przystosowywała adepta do wkroczenia na rynek pracy. Gospodarka potrzebuje specjalistów – uczelnia ich wytwarza – absolwenci znajdują pracę (im węższa specjalizacja, tym lepiej, zazwyczaj, opłacaną) – i proces zatacza fortunne, zdawałoby się, koło. System ten nie pozwala co prawda precyzyjnie nakreślić linii demarkacyjnej pomiędzy Uniwersytetem i jakąkolwiek inną uczelnią dającą jakiekolwiek pomaturalne wykształcenie, dlaczego jednak specjalizacja sama w sobie miałaby stanowić jakieś zagrożenie? Gdyby spojrzeć na ten proces z „lewej” strony, można by zapytać, czy nie nastąpiło w polskim szkolnictwie wyższym stopniowe przesuwanie akcentu z pracy twórczej na od-twórczą, z kształcenia ludzi kreatywnych na tworzenie ludzi gospodarczo „użytecznych”. Warto zastanowić się nad tym, czy Uniwersytet dostosowujący się do „mas” nie uległ procesowi, jakiemu uległa dostosowująca się do mas, reprodukowana sztuka, której dzieła, jak twierdzi Walter Benjamin, tracą swoją magiczną aurę oryginalności. Zagrożenia wiążące się z fragmentaryzacją przybliża w sposób bardziej od Benjamina konkretny Theodor Adorno pisząc o degeneracji muzyki: „Przestają już krytycznie funkcjonować momenty częściowe w stosunku do uprzednio pomyślanej całości; zawieszają krytykę (…) Syntetyczna jedność pada ich pastwą; nie produkują już żadnej własnej jedności w miejsce urzeczowionej, a tylko demonstrują swoją wobec niej usłużność” (T. W. Adorno: „Sztuka i sztuki”. Tłum K. Krzemień-Ojak, Warszawa 1990, s.103). Dodaje przy tym autor, że owe skomercjalizowane fragmenty muzyczne stają się „służebne wobec sukcesu” (tamże) – nie tylko nie mają one artystycznego charakteru, ale wypaczają także to dzieło, z którego zostały wyabstrahowane. Podzielony na frakcje Uniwersytet wydaje się w tej analogii tracić swój o-środkowy charakter, przestaje funkcjonować jako organizm: jego poszczególne części nie składają się w spójną akademicką całość, ale służą całości innej – systemowi wolnorynkowej gospodarki, która w ten sposób podporządkowuje sobie Uniwersytet i pozbawia go możliwości krytycznych. Bo choć krytykowanie całości, której część się stanowi nie jest co prawda niemożliwe, to jest z pewnością mocno ograniczone. Działając w obrębie takiego systemu, Uniwersytet przystaje więc także na rządzącą nim logikę, tzn. na prymat „użyteczności”, której wyznacznikiem byłby zysk ekonomiczny. Cierpią na tym wszystkie te dyscypliny, które odpowiedzialne są właśnie czy też głównie za myślenie krytyczne w skali społecznej – uogólniając problem można stwierdzić, że adepci nauk humanistycznych są społecznie „niefunkcjonalni” bo też funkcja krytyków zostaje zniesiona w obrębie homogenicznego ładu zbiorowego i nikt nie czuje potrzeby, by liczyć się z głosem tych stosunkowo niewielu, którzy świadomi są jeszcze swojej roli; tym bardziej, że przykuwające uwagę happeningi i zasypywanie społeczeństwa ulotkami publikacji, nie leży zazwyczaj w ich naturze.

Zakuć – zdać – zapomnieć
Doświadczenie podpowiada mi, że trudno jest dziś kupić naprawdę solidne obuwie. Zbyt młoda jestem, co prawda, by porównywać obecne czasy do „innych”, ale wiem, że noszone przeze mnie dziesięcioletnie buty „po mamie” są wciąż, w przeciwieństwie do innych, w bardzo dobrym stanie. Śmiem twierdzić, że jest to tylko jeden z wielu przykładów współczesnej tendencji do produkowania rzeczy, które przez swoją niską jakość zużywają się dużo szybciej, zmuszając konsumenta do ponownych zakupów. Ten przyspieszony (a przez to: regularny) przepływ pieniądza gwarantuje stabilne obroty i większe zyski: produkowanie rzeczy trwałych jest dla większości branż przedsięwzięciem po prostu nieopłacalnym i wydaje się, że konsumenci zostali już przyzwyczajeni do tego stanu rzeczy – podobnie jak studenci przyzwyczaili się do równie powierzchownej konsumpcji serwowanej im wiedzy. Informacja, zgodnie z powszechnym przeświadczeniem, staje się w tym przepływie towarem i to towarem, który – idąc za Marksem – najwyraźniej podlega fetyszyzacji. Wydające się mieć wartość same przez się, informacje pochłaniane są w jak największej liczbie, stanowiąc najczęściej zapis (ksero) samych tylko wyników (podanych najlepiej „od myślników”), za którymi kryją się procesy, które, z oczywistego powodu (braku czasu), nie podlegają już analizie. Za Marksem można by więc powiedzieć, że przepływ informacji, do którego dochodzi w przestrzeni Uniwersytetu, nie wiąże się już z „bezpośrednio społecznymi stosunkami osób w samych ich pracach” i zmienia się raczej w „społeczne stosunki rzeczy” (K. Marks: „Kapitał”, t. I, za: www.marxists.org). To położenie nacisku na wnioski – gotowe „produkty wiedzy” – i odwracanie uwagi od procesu, który do owych wniosków doprowadza, wydaje się tendencją, nawet jeśli nie dominującą, to szczególnie katastrofalną. Wniosek staje się bowiem raczej tym, co się przyjmuje niż tym, do czego się dochodzi. Potwierdzeniem takiego stanu rzeczy może być fakt, że choć studenci bardzo często wymieniają kserokopie materiału, „który trzeba zdać”, to bardzo rzadko wymieniają opinie na jego temat (chyba że dotyczą one stopnia trudności przyswajania sobie owego materiału). Niepokojąca w tym kontekście byłaby fetyszyzacja publikacji wzrastająca odwrotnie proporcjonalnie do debat i dyskusji toczących się w murach Uniwersytetu – niestety, nastawienie się na wynik pracy (który mógłby już przynieść jakiegoś rodzaju zysk), nie zaś na proces do tego wyniku prowadzący, implikuje taką tendencję.

Nie bez przyczyny humaniści idą w parze z artystami – w końcu, jak twierdzi Pierre Bourdieu – „potrzeby kulturowe są wynikiem edukacji” (P. Bourdieu, „Dystynkcja”, przeł. P. Biłos, w: „Teorie literatury XX wieku. Antologia”, Kraków 2006, s.595). Nie chodziłoby jednak w tym przypadku ani o nierówny dostęp do wiedzy, ani o to, co właściwie się wykłada, ale o sam sposób przekazywania informacji. Uniwersytet, w obrębie którego następuje fetyszyzacja towaru o nazwie „wiedza” będzie, niezależnie od charakteru samej wiedzy, kształcił obywateli przyzwyczajonych do otrzymywania produktów gotowych. Będzie zatem kolejną instytucją wychowującą konsumentów popkultury, którzy, nawet przeszedłszy edukację związaną w jakiś sposób ze sztuką, nie będą w stanie współtworzyć szeroko rozumianej awangardy wykraczającej zawsze poza dostępny kanon i wymagającej czynnego odbioru.

Krytyka
„Uczynić uniwersytet agorą z prawdziwego zdarzenia – po to krytyka pojawiła się w murach akademii” (K. Uniłowski, „Kup pan książkę! Szkice i recenzje”, Katowice 2008, s.376) – tak kończy swą najnowszą książkę Krzysztof Uniłowski, wyrażając dezaprobatę wobec inercji środowiska akademickiego i przypominając o właściwej funkcji Uniwersytetu, na którą nacisk kładł także, opuszczając swoje stanowisko, były rektor Uniwersytetu Śląskiego – Tadeusz Sławek: „Uniwersytet musi być miejscem znaczącym w życiu publicznym. Bez tego będzie tracił swoje oblicze, stając się jednym z ośrodków nabywania zawodowych umiejętności” („Gazeta Uniwersytecka UŚ” 2002 nr 1, za: http://gu.us.edu.pl/node/214401). Ani lewica, ani prawica. Ani socjalizm, ani kapitalizm. Krytyka, nieustanne czuwanie nad kierunkiem społecznych zmian, wydaje się czynnikiem konstytutywnym Uniwersytetu. Tymczasem rola, jaka współcześnie staje się udziałem owego prominentnego ośrodka, potwierdza, niestety, konieczność tworzenia dodatkowych inicjatyw. Tak, jakby kapitalistyczny ustrój zdołał nas przekonać, że idea wyższej uczelni nie jest już „użyteczna”, więc sprzedaliśmy ją „po kosztach”, oddając struktury Akademii na usługi rynku.
    Zrealizowano dzięki wsparciu finansowemu: Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Samorzadu Województwa Slaskiego, Fundacji - Otwarty Kod Kultury Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Śląskie. pozytywna energia Fundacja Otwarty Kod Kultury