ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (149) / 2010

Paweł Miech,

DO ŹRÓDEŁ – OD FOTOKOPIAREK

A A A
Jednym z najpoważniejszych zarzutów, jakie kieruje się pod adresem polskiej lewicy jest zarzut jej braku historycznego zakorzenienia w polskiej kulturze. Jak sformułował to nieco brutalnie Dariusz Karłowicz w „Trzecim Punkcie Widzenia”: „Lewica czerpiąc swoje idee z fotokopiarki niemieckiej, francuskiej czy angielskiej nie jest w stanie w jakikolwiek znaczący sposób odpowiedzieć na pytanie, co u nas w Polsce rzeczywiście się dzieje”. Wypowiedź ta sugeruje, że problemy, nad którymi dyskutują lewicowi publicyści nie płyną z rzetelnego rozpoznania lokalnej polskiej specyfiki, ale z nie uwzględniających jej z oczywistych względów tekstów akademickich powstających na zachodzie. Ujmowana w takiej optyce myśl lewicowa jawi się jako dla Polski obca. Pojawiła się i trwała przez ponad pół wieku komunizmu dlatego tylko, że legitymizowała ją przemoc zewnętrzna. Nowa lewica budowana w Polsce m.in. dookoła „Krytyki Politycznej” byłaby z prawicowego punktu widzenia równie daleka od lokalnych realiów ze względu na swoje oczarowanie modnymi na zachodzie filozofami i będące konsekwencją tego oczarowania oderwanie od polskich problemów rozwojowych. W „Etosie Lewicy” Andrzej Mencwel wyszedł naprzeciw temu, trwającemu jak widać do dziś, rozumowaniu prawicowych publicystów.

Tematem książki są ci spośród polskich myślicieli przełomu XIX i XX wieku, którzy z punktu widzenia współczesnego polskiego studenta czy doktoranta są na pewno mniej intelektualnie atrakcyjni niż Latour, Žižek, czy Judith Butler (to ich książki poprzedzają „Etos Lewicy” w wydawanej przez KP serii „Idee”). Ba, zapewne spora część „kulturalnych” ludzi w Polsce nie wie zbyt wiele o sporej części bohaterów „Etosu Lewicy”. Kto z nas słyszał o Janie Władysławie Dawidzie czy Wacławie Nałkowskim? Jeśli nawet słyszeliśmy, to prawdopodobnie nie czytaliśmy. Inni bohaterowie „Etosu” są może bardziej znani niż Nałkowski czy Dawid, ale za to, jakby to powiedzieć, niezbyt en vogue… Na skutek nieszczęśliwego procesu Stefan Żeromski znalazłszy się w kanonie lektur szkolnych, stał się ofiarą polonistów i kuratorów oświaty, tracąc przy tym wiele z czaru, który mógł jeszcze wywierać w czasach, kiedy nie musieliśmy zmagać się z „Przedwiośniem” w szkole. Mówiąc nieco kolokwialnie: dziś o Żeromskim pisze się raczej bryki dla licealistów niż poważne eseje. Andrzej Mencwel idzie wbrew tej destruktywnej tendencji do pozbawiania znaczenia polskich myślicieli lewicowych: zarówno poprzez zapominanie, jak i kanonizowanie ich dorobku (nawiasem mówiąc, nie wiadomo co gorsze – wybór pomiędzy tymi opcjami recepcji „dzieła” myśliciela w danej społeczności przypomina wybór typu: co lepiej stracić rękę czy nogę).

Za poszukiwaniami Mencwela kryje się zarówno potrzeba stworzenia etosu lewicy, jak i klasyczne hermeneutyczne przekonanie o ożywczym wpływie bezpośredniego kontaktu ze źródłami danej tradycji. Jak ujmował to Hegel w odniesieniu do Greków, klasycy są dla nas tym, czym była ziemia dla Anteusza, który regenerował swoje siły dzięki każdemu jej dotknięciu. Co ciekawe myślenie hermeneutyczne tego typu było do pewnego czasu charakterystyczne raczej dla konserwatystów, stąd zastosowanie tego schematu rozumowania w stosunku do myślicieli lewicowych wydaje się ciekawym wynalazkiem. W przypadku „Etosu Lewicy” aspekt przywracania lewicy sił witalnych był o tyle ważny, że książka powstawała w latach 80-tych, czyli w okresie szczególnej, być może jeszcze gorszej niż współczesna, martwicy intelektualnej. W komunizm nikt już wtedy nie wierzył, ba, jeśli wierzyć Andrzejowi Walickiemu, nawet w samej PZPR śmiano się z tych, którzy wierzyli. Dominował cynizm, a zaniedbane fundamenty ideologiczne systemu były przegniłe. Jedynym czynnikiem utrzymującym ustrój przy życiu była brutalna przemoc, której dotkliwie brakowało jakiegokolwiek sensownego uzasadnienia. W sytuacji intelektualnego marazmu odczuwano głód tradycji lewicowych z jednej strony odmiennych od oficjalnej ortodoksji; z drugiej strony dalekich od mocno przecież nasączonych katolicyzmem wystąpień „Solidarności”. Andrzej Mencwel odnalazł takie ożywcze źródło właśnie w tradycji polskich socjalistów skupionych dookoła czasopism „Głos” i „Ogniwo” – chodzi tu głównie o postacie Ludwika Krzywickiego, Władysława Jana Dawida, Wacława Nałkowskiego, Stanisława Brzozowskiego czy Adam Mahrburga, by wymienić tych najczęściej pojawiających się na kartach książki. Czy źródło to jest rzeczywiście ożywcze także dla nas, po 20 latach od publikacji pierwszego wydania książki Mencwela?

Pod pewnymi względami na pewno tak. Najcenniejszym chyba elementem etosu lewicy jest, tak rzadko dziś spotykane, mocne osobiste zaangażowanie w działalność naukową, społeczną czy publicystyczną. Tego rodzaju charyzma wynikająca pewnie z połączenia młodzieńczego idealizmu z etycznym absolutyzmem z pewnością mogłaby ożywić rachityczną polska humanistykę. Zapewne jednak niewielu współczesnych byłoby jednak zdolnych do tak mocnej wiary we własną misję dziejową, jak ta, którą reprezentowali lewicowi inteligenci. W praktyce misyjny etos ówczesnej lewicy manifestował się w zaciętych polemikach z innymi odłamami polskiej inteligencji. Głównym polem rywalizacji z prawicą były spory o Sienkiewicza, mocno krytykowanego przez publicystów lewicowego „Głosu”, a bronionego przez prawicowe gazety. Z drugiej strony celem natarcia socjalistów stał się także Przybyszewski broniący na polskim gruncie dekadenckiej idei l'art pour l'art. Niezależnie od publicystki i działalności naukowej inteligencja lewicowa organizowała szereg pomysłowych działań społecznych. Wśród tych inicjatyw znajdowały się tak szalone pomysły jak lekcje kosmografii, za którymi ponoć przepadali warszawscy szewcy, towarzystwa higieniczne, latające uniwersytety, szkolenia dla analfabetów czy uniwersytety dla robotników.

„Etos Lewicy” jest w gruncie rzeczy pracą ze społecznie zaangażowanej historii kultury, badającej nie tylko same idee, ale także styl życia, wartości i normy regulujące zachowanie pewnej grupy polskiej inteligencji. Bohaterowie książki jawią się nie tylko jako oryginalni myśliciele, ale także jako rodzaj role-models dla współczesnych humanistów i działaczy społecznych. Jak wyznaje sam autor: „gdy dziś szukam wzorców, nie znajduje innych niż te, które sam opisałem” (s.258). Mogłoby się wydawać, że tego rodzaju postawa może grozić popadnięciem w pewnego rodzaju świecką hagiografię typową dla starożytnych czy średniowiecznych moralistów w typie Plutarcha. Autor unika jednak tego niebezpieczeństwa. Poza tym sporo jest w książce neutralnych i barwnych opisów życiowych perypetii jej bohaterów; zasad działania czasopism, a nawet rubryk z ogłoszeniami. Oczywiście w centrum całej aktywności polskich intelektualistów stoją dyskusje, w których pojawiają się poglądy, idee i argumenty. Pewna ich część dotyczy niestety tematów, które nie budzą już dziś specjalnego zainteresowania. Zadawane na przykład przez Abramowskiego pytania typu „Jaki jest ostateczny, wykraczający poza społeczno-ekonomiczną relatywność kolejnych formacji dziejowych fundament upragnionego rozkwitu solidarności i braterstwa?” (s.115) wydają się dziś raczej martwe. Jeśli nawet budzą one ciekawość, to jest to ten jej rodzaj, który eufemistycznie określa się mianem ciekawości dotyczącej ich wartości historycznej.

Jeśli jednak za wyznacznik aktualności danej myśli przyjęlibyśmy jej zdolność do adaptacji do współczesnych kontekstów, to inna część rozmyślań polskiej lewicy może się wydać całkiem aktualna. Na pewno wstydzilibyśmy się komunikować w pełen patosu sposób, który był charakterystyczny dla stylu dominującego u nas na początku wieku. Mimo to można chyba zaryzykować tezę, że przenoszenie w dzisiejszy kontekst myśli radykalnych przedwojennych publicystów, mogłoby być całkiem ciekawą zabawą. Świadczy to nie tylko o historycznej wartości tych idei. Oczywiście konfrontowanie ze sobą przemyśleń, które powstały sto lat temu, z sytuacjami współczesnymi może nieść w sobie ryzyko mocnego naciągnięcia sensu źródeł, ba, może się nawet czasem wydać nieco śmieszne. Z drugiej strony jednak czasem takie przenoszenie może jednak wypaść całkiem interesująco, warto więc wykonać na próbę kilka takich przemieszczeń. I tak na przykład gdyby zatrzeć źródło pochodzenia poniższej myśli, podpisać ją nazwiskiem współczesnego polityka i lekko przeformułować – fragment ten mógłby znaleźć się w nowej strategii rozwoju kraju, opracowanej podobno w jednym z ministerstw naszego obecnego rządu. „Polska, ma nie tylko odnaleźć swą tożsamość (…) ma też wskazać światu drogę lepszą i piękniejszą: wielkiej przemiany. Sprawiedliwość społeczną zrealizować bez rewolucyjnego terroru, cywilizacyjną doskonałość bez mechanistycznego przymusu” (s.53). Brzmi naiwnie i idealistycznie? Lekka górnolotność razi i przypomina przemówienia sejmowe? Zapewne trochę tak. Myślenie tego typu nie dla każdego będzie strawne, niektórym może się wydawać archaiczne. Niewątpliwie jest w nim element polskiego nacjonalizmu i patos obcy prozaicznej, mieszczańskiej materii dzisiejszego myślenia. Niemniej jednak sama myśl nie jest przecież pozbawiona sensu. Jak wielokrotnie i trafnie zwracano przecież uwagę w publicystyce niedawnych lat (Smolar, Krasnodębski) imperatywem współczesnej polskiej polityki jest normalizacja, dostosowywanie się do standardów zachodnich. Ten sposób myślenia uwidacznia się także w kulturze, w której dąży się głównie do przełożenia czy przyswojenia zachodnich tekstów czy teorii. Warszawiacy – czyli Marian Bohusz, Stanisław Krzemiński i Edward Abramowski, a także zafascynowany nimi Stefan Żeromski – uważali, że cele powinny być znacznie bardziej ambitne. Pogląd ten jest dziś równie trafny jak na początku wieku.

Weźmy inny fragment: „Kapitalizm w Polsce gorączkowo się rozwijał, był to zarazem kapitalizm ułomny i pokrętny. Bujne niekiedy wyspy industrializmu kwitły w kraju zasadniczo feudalnym, kmiecym, zapóźnionym. (…). Czy kapitalizm jako zjawisko globalne dojrzał już do rewolucji, czy wszędzie musi przejść pełny cykl rozwojowy czy na peryferiach niektóre etapy tego cyklu można przeskoczyć? Może nawet, z perspektywy przyszłości zapóźnienie jest przywilejem?” (s. 36). Zmieńmy jedynie „wyspy industrializmu” na „wyspy gospodarki post-industrialnej” lub „wyspy gospodarki opartej na wiedzy”, rozwińmy całą ideę i mamy bardzo trafną, choć może nieco mało odkrywczą, diagnozę dylematów rozwojowych Polski na początku XXI wieku.

Inne myśli lewicowych publicystów z początku XX wieku mogłyby być niezłym komentarzem do sytuacji magistrów czy nawet doktorów kierunków humanistycznych. Jeśli uwzględnimy fakt, że według badań płac, opracowanych przez firmę Sedlak&Sedlak na stronie portalu pracuj.pl zarobki w dziedzinie edukacji są w Polsce najniższe spośród wszystkich innych branż, do dzisiejszej sytuacji humanistów całkiem nieźle pasowałaby następująca diagnoza. „W Polsce prawie cała inteligencja należy do proletariatu (…) spychana w pogoni za chlebem na coraz niższe szczeble społecznej hierarchii, inteligencja rewolucjonizuje się i z pochodnią rewolucji zstępuje do otchłani, gdzie cierpią skazane przez barbarzyńską społeczność na wieczne ciężkie roboty zastępy ludu polskiego” (s.64). Z tą „pochodnią” i „otchłaniami” to może lekka przesada, także „zastępów ludu” próżno dziś szukać w polskich metropoliach, niemniej jednak sytuacja polskiej inteligencji współcześnie i w czasach, kiedy padały te słowa wcale nie jest tak radykalnie odmienna. Oczywiście, zestawienie ze sobą tak sprzecznych i oddalonych od siebie kontekstów jak powyższy fragment czasopisma „Pobudka” ze współczesną sytuacją na rynku pracy może budzić ryzyko wykrzywienia sensu cytatu, co może wzbudzić lekkie rozbawienie. Lekkie naciągnięcie sensu daje jednak miłe uczucie uczestnictwa we wspólnym etosie. Etosowi temu jednak, mimo podobnych kłopotów materialnych, większość współczesnej inteligencji raczej nie będzie potrafiła – lub nie będzie chciała – sprostać.
A. Mencwel: „Etos Lewicy”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009 [seria: „Idee”, t. 19].