ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (149) / 2010

Hubert Michalak,

ROZWAŻANIA O UMIERANIU PRZEDSTAWIEŃ

A A A
Działo się to dawno, dawno temu, nim jeszcze Piotr Rubik&Co zorientowali się, że na repertuarze religijnym można zarobić niezłe pieniądze. Inscenizując „Jesus Christ Superstar” Teatr Rozrywki z jednej strony postawił na pewną kartę (tytuł już wtedy święcił tryumfy na deskach teatrów świata), z drugiej: ryzykował potężną awanturę w środowisku ortodoksyjnego katolicyzmu. Obeszło się bez awantur, chorzowska propozycja od lat nie schodzi z afisza, a widownia pęka w szwach.

Historia opowiadana przez śpiewane, solowe czy chóralne, partie, to kilka mgnień z życia Chrystusa (Maciej Balcar): tuż przed męką, sama kaźń, śmierć i zmartwychwstanie. Fabuła spektaklu obywa się bez narracji mówionej, wyrażając wszystko w piosenkach, jak w ariach operowych (stąd rock-opera). Całość odbywa się na kilku wysokościach, tj. na podestach połączonych ze sobą schodami oraz na proscenium, bliżej widza. Początkowo duża część akcji skupia się na proscenium właśnie, tam mają miejsce spotkania Jezusa z uczniami, z tłumem, scena rozpędzenia kupców w świątyni, Ostatnia Wieczerza czy modlitwa w ogrodzie Getsemani. Później, podczas scen procesu coraz istotniejszą rolę odgrywać zaczynają schody – na nich pojawiają się arcykapłani, Annasz i Kajfasz (odpowiednio: Marta Tadla i Zbigniew Mikolasz), również Poncjusz Piłat (Andrzej Kowalczyk), zaś rozfiglowana, przeestetyzowana ekipa Heroda (Jacenty Jędrusik) ostatecznie anektuje schody dla siebie, wykonując na nich układ taneczny. Wszystko to prowadzi uwagę widza ku górze – ku mocnemu akcentowi wzniesionego w powietrze, ponad wysokość schodów krzyża z przytwierdzonym doń Jezusem. Myślenie przestrzenią i waloryzowanie jej kolejnych pięter uzupełnia znaną z Ewangelii treść o historię wywyższenia umęczonego Chrystusa i radykalnie wyznacza punkt skupienia przedstawienia.

Po raz pierwszy obejrzałem JCS dopiero w 2010 roku, czyli niemal dekadę po premierze. To daje mi pewną uprzywilejowaną pozycję: oglądam jako „świeży” widz spektakl, który pochodzi sprzed dziesięciu lat. Przywilej ten jest też pewnym obciążeniem, bowiem moja uwaga podczas pokazu skupiła się na tym, jak bardzo zużyły się wykorzystane w „Jesus Christ Superstar” kody estetyczne i sposób wizualnego kształtowania przedstawienia. Estetyczna konwencja teatralna, zwłaszcza ta używana w teatrze tzw. komercyjnym, która ma być służebna wobec treści, to chyba najszybciej starzejący się środek wyrazu artystycznego. Tzw. teatr artystyczny radzi sobie ze starzeniem się formy pozwalając jej zrosnąć się z treścią spektaklu i organicznie z niej wynikać. Ta organiczna wspólnota formy i treści pozwala łatwiej zgodzić się na niektóre rozwiązania plastyczne w długo granych, już, zdawać by się mogło, martwych przedstawieniach.

To, czego użyto do wyprodukowania premierowej prezentacji „Jesus Christ Superstar” z dzisiejszego punktu widzenia ma estetyczną wartość meblościanki „na wysoki połysk”. Kostiumy aktorów to nie rzeczy, w których ktokolwiek miałby odwagę wyjść na ulicę (choć w założeniu miały być jakby wyjęte wprost z szafy). Niektóre sceny rażą zbyt prostym, mało subtelnym pomysłem (jest jakiś zgrzyt np. w sypanych na pierwsze rzędy widzów płatkach konfetti). Wszelkie elementy znaczące i mające dodawać postaci wyrazistości (jak wyzywający strój Marii Magdaleny – Maria Meyer) na tle pozostałych strojów zdają się jaskrawym, przesadnie kłującym w oczy akcentem. Na tym tle dwór Heroda (dziewczęta w obcisłych kostiumach i mężczyźni w kiczowatych, erotycznych bokserkach), jak i sam król (połączenie obleśnego starca i rubasznego dandysa) wydają się ostoją poprawności estetycznej – głównie dlatego, że ich scena jest jednorodna plastycznie i indywidualnie pomyślana. Nie traci szlachetności również strój Jezusa – prosta, biała tunika czyni z tej postaci bardziej ikonę, niż indywidualny charakter.

Na szczęście wielu wykonawców nie pozostaje w skostniałych ramach narzuconych przez premierę, wyraźnie widać, że niektóre postaci rozwijają się, choć trudno to docenić w pełni ze względu na zastępstwa i dublury, jakimi naszpikowane jest przedstawienie. Trudniejsze do odnotowania przez widza zmiany personalne w zespole tanecznym czy w chórkach również nie są obojętne dla przedstawienia: choć i taniec, i śpiew zespołowy były na wysokim poziomie, zabrakło ręki reżysera, który ustawiłby sceny zbiorowe. W efekcie wiele z tych scen rozsypuje się, nie ma w nich napięcia, ruchy są markowane a emocje zaznaczane jednym, niekiedy karykaturalnym wyrazem twarzy.

Nie wiem, czy po śmierci reżysera, Marcela Kochańczyka, istnieje możliwość liftingu przedstawienia, nie ulega jednak wątpliwości, że „Jesus Christ Superstar” takiej korekty potrzebuje, jeśli dalej ma być grany bez wywoływania poczucia pewnego zawstydzenia u widza. Jeśli zaś to niewykonalne, niech chorzowski musical stanie się jeszcze jednym potwierdzeniem tego, że zazwyczaj niedługie życie przedstawienia pozwala zachować je we wdzięcznej pamięci widza. Spektakl grany zbyt długo to napędzające kieszeń zombie.