ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (149) / 2010

Maciej Malicki,

TAKIE TAM

A A A
289.
– Jakby moja mama takie kanapki do pracy przygotowywała, to mógłbym nawet w kopalni pracować – powiedział Mateusz.


290.
Dziewczynie zdechł pies. Zima, ziemia pokryta śniegiem i skuta lodem. Zadzwoniła do znajomego.
– Co mam zrobić?
– Przywieź do mnie, spalę w piecu centralnego ogrzewania.

Zapakowała truchło do wielkiej torby Saturna [„żer dla skner”]. W tramwaju zaczepił ją chłopak.
– Co, znowu promocja? – zapytał.
– Tak – odpowiedziała zdenerwowana.

Wysiedli razem. Na przystanku chłopak wyrwał jej torbę i uciekł.


291.
Pewien znajomy zapytał:
– Wiesz, jakie powziąłem sylwestrowe postanowienie?
– Nie wiem.
– Że w tym roku nie wydam ani jednej książki.


292.
– Wiesz, co tam jest? – zapytał, wskazując na garnek stojący na parapecie, ten przykryty talerzem i przytrzaśnięty imbrykiem.
– Nie wiem – oszukałem.
– Łby wigilijnych karpi. Chciałem je zjeść w pierwszy dzień świąt, ale zapomniałem. Za dużo było.
– Kurwa. I co?
– Nic. Wyjebię razem z garnkiem.

Jak powiedział, tak zrobił. No.
Szesnasty lutego.


293.
„Kiedy byłem mały, chciałem mieć krzywe nogi”. Takie zdanie. Dwie sprawy z nim związane. Pierwsza – dobre na początek książki albo długiego opowiadania. Druga – skąd się wzięło? W Świdrze miałem starszego kolegę. Wojtka. Wszystko mi się w nim podobało. Począwszy od nazwiska, a skończywszy na tym, że miał dziewczynę – kruczoczarną Henię. Mieszkał przy boisku piłkarskim. Piaszczystym. Nikt wtedy nie myślał o trawie. Jego mama była sekretarką w szkole podstawowej numer pięć. Zajmowali parter drewnianego, typowego domu. Świdermajer, oczywiście z werandą, zapachem, skrzypieniem podłóg i nastrojem. Lubiłem tam być na wagarach. Wojtek miał prawdziwy stół do cymbergaja. Graliśmy dniami. Wojtek był Węgrami, ja? – nie pamiętam. Zawsze wygrywał. Kiedyś odkrył w otaczającym lesie sosnowym magazyn amunicji. Kilkaset pocisków do moździerza. Niewypałów. Przyniósł cztery do domu. Przez otwór po zapalniku, który skrzętnie wykręcał, wydłubywał nożem materiał wybuchowy. Strasznie się bałem. Siedziałem na podłodze, za szafą. „Trotyl” – mruczał. A grudki podpalał. Płonęły intensywnie, błyskawicznie i bezgłośnie. Wojtek ożenił się z Henią. Drogi się rozeszły. Widywaliśmy się rzadko. Coraz rzadziej. Przypadkowo. Mieli chyba czwórkę dzieci. Został nauczycielem fizyki w szkole podstawowej, tej, w której pracowała jego mama, już wtedy świętej pamięci. Uczył Marysię i Zosię. Moje córki. Odkąd pamiętam, jeździł na motorze. Czerwonej jawie. Raz dał mi się przejechać. Miał go całe życie. Bo umarł na jakąś straszną chorobę. Ile mógł mieć? Czterdzieści pięć? Pięćdziesiąt? Góra. I on miał bardzo krzywe nogi. Od dziecka grał w piłkę nożną, ale utrzymywał, że nogi wykrzywiła mu nieustanna jazda na motorze. I stąd zdanie. Czyż to nie jest pierwsze zdanie powieści albo bardzo długiego opowiadania? Historii? Że powtórzę.


294.
– Wytrzeźwiałeś?
– Nie byłem pijany.
– Byłeś.
– Nie byłem.
– Byłeś. Widziałem.
– Może i tak. Nie pamiętam.


295.
W trakcie spotkania we Fraku pewien znajomy miał do nas nieustanną prośbę:
– Zadajcie mi jakieś pytanie.

W końcu uległa Ania:
– Lubisz pomarańcze?
– Barańczaka?
– Pomarańczaka.
– Lubię.


296.
„Pan mały, dam panu dużą” – powiedział do mnie mężczyzna z baru rusztowego, kiedy zamówiłem kiełbasę. Tak zrobił. Z chrzanem. I bardzo świeżym chlebem, jeszcze ciepłym, chrupiącym. W niedzielę! Rzadkość.