Wydanie bieżące

15 marca 6 (150) / 2010

Przemysław Pieniążek,

WĘDRÓWKA PRZEZ KRAINĘ CIENI

A A A
Koniec nadszedł pod osłoną nocy. W niedługim czasie cywilizacja stała się odległym, praktycznie zapomnianym mitem. Świat przekształcił się w szare, martwe pustkowie, skute narastającym z każdym dniem mrozem. Ci, którzy nie zginęli od razu, odebrali sobie życie w poczuciu bezcelowości dalszej egzystencji. Bardziej zdesperowani, gnani atawistycznym pragnieniem przetrwania, zaczęli łączyć się w paramilitarne grupy łupieżców, przemierzających wyjałowione terytoria w poszukiwaniu paliwa i jedzenia, ucztując na przedstawicielach własnego gatunku. Historia człowieka dotarła do ostatniego, najbardziej dramatycznego rozdziału…

Przestrzeń spełnionej apokalipsy, istniejącej de facto poza czasem, przemierza dwójka ocalałych, zdeterminowanych pragnieniem dotarcia na wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Ojciec (Viggo Mortensen) oraz syn (Kodi Smit-McPhee), para obdartusów pchających przed sobą sklepowy wózek wypełniony najbardziej niezbędnymi przedmiotami podtrzymującymi ich mizerną wegetację, wiedzą, że zdani są wyłącznie na własne siły w obliczu wrogich żywiołów natury oraz drapieżności zezwierzęconych maruderów. Żaden z nich nie ma złudzeń – dwa pociski pozostawione w komorze rewolweru przyniosą wybawienie, kiedy dalsza wędrówka okaże się (z różnych przyczyn) niemożliwa. Jednak tląca się nadzieja na przeżycie nie pozwala im się poddać.

Codzienność podróży zobrazowana została przez ukazanie powtarzających się czynności, których zwieńczenie stanowi nerwowy spoczynek w namiocie lub w zaimprowizowanym schronieniu. W nielicznych chwilach wytchnienia ojciec czyta chłopcu bajki lub snuje opowieści o czasach szlachetnych bohaterów. Ale historie te są jedynie wentylem bezpieczeństwa, ratującym świadomość przed ucieczką w szaleństwo. Mężczyzna doskonale wie, że nie mają one racji bytu w świecie opuszczonym przez Boga, gdzie wszelkie wartości sprowadzone zostały do zasad behawioryzmu, a jednostka może polegać wyłącznie na sobie. Chociaż trud wędrówki sprawia, że rezygnacja oraz wola przetrwania splatają się w jedno doznanie, wieź łącząca ojca i syna nie traci nic z ujmującej tkliwości oraz rodzicielskiej czułości. Pokonywane każdego dnia (być może bezcelowo) kilometry sprawiają, że chłopiec coraz bardziej uświadamia sobie, że już wkrótce sam będzie musiał sprostać grozie wymarłego świata. Mężczyzna zrozumie natomiast, że czyny dyktowane odruchem serca stanowią esencję człowieczeństwa.

„Droga” Johna Hillcoata, australijskiego twórcy znanego szerszej widowni za sprawą werystycznego westernu „Propozycja” (2005), to ekranizacja uhonorowanej Nagrodą Pulitzera bestsellerowej powieści Cormaca McCarthy’ego – amerykańskiego pisarza, scenarzysty i dramaturga, często określanego mianem literackiego spadkobiercy Williama Faulknera. Błyskotliwa propozycja autora książki „To nie jest kraj dla starych ludzi”, stanowiącej kanwę obsypanego nagrodami filmu braci Coen, jest idealnym połączeniem powieści drogi, przygody, gotyckiego horroru oraz paraboli ukazującej tragizm czasów ostatecznych oraz siłę ocalającego uczucia, zdolnego rozjaśnić mroki dokonanego Armagedonu.

Krytycy literaccy szybko zaliczyli powieść McCarthy’ego do nurtu amerykańskiego minimalizmu, określanego w latach osiemdziesiątych mianem „brudnego realizmu”, koncentrującego się na śmiałym demaskowaniu współczesnych wartości. W oparciu o oszczędną w wyrazie powieść piewcy Południa powstał skromny, sugestywny film, zasłużenie nominowany do Złotego Lwa. Tragiczny, groteskowy, ale jednocześnie zadziwiająco liryczny wydźwięk utworu autora „Rączych koni” w filmowej adaptacji został umiejętnie wydobyty za sprawą ujęć Javiera Aguirresarobe, w których świat prezentuje się jako spowity mrokiem oraz wszelkimi odcieniami szarości. Dodatkowym atutem filmu, dobrze korespondującym z duchem postapokaliptycznej opowieści, jest nastrojowa, równie depresyjna, co wybrzmiewająca melancholijną nutą, oprawa muzyczna autorstwa Warrena Ellisa oraz australijskiego barda Nicka Cave’a. Wreszcie, bezimienni bohaterowie powieści stali się ludźmi z krwi i kości za sprawą stonowanych, lecz bez wątpienia przejmujących kreacji Viggo Mortensena (budzącego skojarzenia z mocno zabiedzonym Aragornem z Tolkienowskiej sagi) oraz Kodiego Smita-McPhee, wspieranych epizodycznymi, ale zapadającymi w pamięć występami Charlize Theron, Roberta Duvalla i Guya Pearce’a.

Film Johna Hillcoata wpisuje się w niezwykle popularny (szczególnie w ostatnich dwóch dekadach) nurt kina apokaliptycznego. Szczęśliwie jednak odległy jest od hollywoodzkich produkcyjniaków, z lepszym („Pojutrze” Rolanda Emmericha, 2004) lub gorszym (ubiegłoroczne „2012” tegoż twórcy) rezultatem przedstawiających zatrważającą panoramę końca świata. „Drodze” zdecydowanie bliżej do wieloznacznych dzieł pokroju „Ostatniego człowiek na Ziemi” Sidneya Salkowa (1964), „Delicatessen” Jean-Pierre’a Jeuneta (1991) czy „12 małp” Terry’ego Gilliama (1995), wykorzystujących katastroficzny sztafaż nie jako cel sam w sobie, lecz jako środek pozwalający na powiedzenie czegoś istotnego. Gorzka, ale nie pozbawiona morału lekcja, którą każdy powinien odrobić.
„Droga” („The Road”). Reż.: John Hillcoat. Scen.: Joe Penhall. Obsada: Viggo Mortensen, Kodi Smit-McPhee, Charlize Theron, Guy Pearce, Robert Duvall. Gatunek: dramat / thriller / science fiction. Produkcja: USA 2009, 111 min.