Wydanie bieżące

15 marca 6 (150) / 2010

Mariusz Sieniewicz,

PISARZ – WYMYŚLONA POSTAĆ KULTURY

A A A
Od pewnego czasu nabieram niedobrych podejrzeń, że postać pisarza nadal ma we współczesnej kulturze cholernie mocną pozycję, i kto jak kto, ale właśnie pisarz wciąż jest idealną metaforą ludzkiego losu – zarówno artysty, jak i człowieka. Nic, tylko się cieszyć i zacierać ręce z uciechy.

Czy jednak aby na pewno? Spokojnie, od zacierania rąk do rąk załamywania dzieli mnie włos.

Pisarz jest jedną z najczęściej przywoływanych postaci – od mało wybrednych gatunków kultury popularnej, przez teatr, kino, aż po literaturę wysokoartystyczną, w której pisarze opisują pisarzy, którzy swe pióro uczynili wątpliwym lub traumatycznym sensem życia. Wystarczy przywołać chociażby ostatnie nowości, które zawładnęły zbiorową wyobraźnią: książkę „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego oraz filmy „Różyczka” Jana Kidawy-Błońskiego i „Autor Widmo” Romana Polańskiego. Nie ma tygodnia, aby w telewizji nie pokazali jakiejś hollywoodzkiej produkcji, w której pisarz cierpi obowiązkowe twórcze katusze i nie radzi sobie z codzienną rzeczywistością, a w teatrze raz po raz pojawiają się spektakle z biegającym po scenie lub – co częstsze – siedzącym nad kartką pisarzem w roli głównej lub drugoplanowej, choć również brzemiennej dla przebiegu akcji. Oczywiście, można by powiedzieć, że to donośny, ale wyłącznie łabędzi śpiew modernizmu, który przenika kulturę ponowoczesną. Tak czy inaczej, gdy ktoś chce film nakręcić, napisać dramat lub powieść, częstokroć wykorzystuje nośność pisarskiego bohatera. W pewnym sensie „sylwetka pisarska” jest samograjem.

Postać pisarza stała się toposem. To banał, a zarazem zwarty i koherentny zestaw znaczeń, w mgnieniu oka wychwytywanych przez odbiorców. Często się zdarza, że topos przerasta samego pisarza z krwi i kości, a wtedy dochodzi do niezręcznej sytuacji: pisarz-człowiek powinien sięgać swojego wzorca zanurzonego głęboko w kulturze i tradycji, by nie wprowadzać niepotrzebnej dezorientacji, a czasem też i popłochu wśród konsumentów kultury. A konsument, wpierany przez istniejący topos, wymaga skrajności: pisarz ma być neurotyczny lub nadekspresyjny, ma wieść życie pustelnicze lub przeciwnie – hedonistycznie i erotycznie sobie poczynać. Powinien znać odpowiedzi na wszystkie pytania i bolączki świata albo też powinien nieporadnie poruszać się w świecie niczym poczciwy i niefrasobliwy słoń w składzie porcelany. Pisarz to niekończący się, wezbrany spazm weny albo też niekończące się męki twórczej niemocy i impotencji. Nic pośrodku, nic ze złotego środka.

Skoro jest tak dobrze, skoro postać pisarza stała się dobrem powszechnym, społecznym i narodowym skarbem kultury, skoro ewokuje liczne i z dawien dawna potwierdzone asocjacje, dlaczego więc podchodzę do niej nader nieufnie, jak pies do jeża? Skąd moja podejrzliwość i niedobrze przeczucia? Otóż, fundamentalne jest tutaj rozróżnienie między postacią pisarza a pisarzem jako istotą zawartą w swym wzroście, kilogramach i całej duchowo-fizycznej – że się tak wyrażę – konstytucji i konsystencji. Śmiem twierdzić, że kultura swoje, a życie swoje. Postać pisarza wyzwoliła się od samego pisarza. Postać pisarza przygniotła swego protoplastę – prawdziwego człowieka, i wiedzie odrębny żywot w świecie kultury, za nic mając realia swego wzorca. Co więcej, ten żywot jest efektowniejszy i bardziej efektywny, niż tak zwane człowiecze realia pisarskie. Innymi słowy: topos przerósł swych nosicieli. Trudno nie dostrzec zjawiska, w którym rozrasta się niepokojąca, widoczna gołym okiem przepaść między pisarską figurą a jej realnym odpowiednikiem: im więcej znaczy, im częściej pojawia się pisarz w dziełach kultury, tym mniej go i mniej znaczy w życiu społecznym. Tam, w dziełach wielkich, poczytnych lub z wielką widownią wiedzie ważki i znaczący żywot, natomiast w realu – jego konkretny odpowiednik snuje się po świecie w coraz nikczemniejszej i podłej kondycji. Konkretny odpowiednik, czyli człowiek o imieniu i nazwisku, zazwyczaj anonimowym dla ogółu, wysyła zazdrosne spojrzenia w przestrzeń kultury, gdzie figura pisarza wciąż święci tryumfy. A tu, w życiu codziennym pisarza – mozół, nieistotność, znikomość. Cała zadyma związana z przywoływanymi przeze mnie „Kapuścińskim non-fiction” i „Różyczką” bierze się przecież stąd, że człowiek realny, do bólu skomplikowany i nieoczywisty roztrzaskał się o pomnikowość toposu.

Podejrzewam, że owa przepaść będzie się coraz bardziej rozrastać, że istnieniu toposu pisarza towarzyszyć będzie zanikanie pisarza. Pisarz zacznie istnieć wirtualnie, w imaginacyjnym planie stereotypów, wyłącznie w planie kultury jako bohater filmów, spektakli, komiksów, no ale nie książek, bo po co czytać, skoro można wszystko obejrzeć – i łatwiej, i szybciej. To mechanizm przedziwnego wykluczenia na zasadzie statusu, jaki osiągnął diabeł i anioł. Wszyscy wiedzą, że aniołowie i diabły istniały (lub też istnieją), ale raczej nikt ich nie widział. To samo stanie się z pisarzami. Będą wyłącznie kreacją.

Oczywiście określenie „pisarz” należy traktować pojemnie, mając na myśli zarówno prozaików i poetów. Nie chciałem używać pojęcia „poeta”, ponieważ wymowa tekstu okazałaby się jeszcze bardziej defetystyczna.