Wydanie bieżące

15 marca 6 (150) / 2010

Maciej Woźniak,

MŁODZI FRANKENSTEINOWIE

A A A
Lao Che, „Prąd stały / Prąd zmienny”, Rockers Publishing 2010.
Korzystając z recepty dr. Frankensteina, który ożywił monstrum zszyte z fragmentów martwych ciał, Lao Che wskrzesza rockowe style z przełomu lat 70. i 80. Tytuł albumu czyni aluzję do klasycznej hardrockowej formacji AC/DC, ale jego zawartość jest nawiązaniem do tego, co w muzyce działo się równolegle: do post-punku, zimnej fali i surowego elektronicznego industrialu. Pomysł pozwolił grupie na ucieczkę od gęby, jakiej się nabawiła przy okazji płyt „Powstanie Warszawskie” i „Gospel”, paradoksalnie stało się to przy użyciu dość anachronicznych środków. Dlaczego klasycy, wyjaśniał Herbert. Dlaczego Joy Division albo Kraftwerk, próbuje uzasadnić Lao Che.

Pierwowzorem słynnego doktora z powieści Mary Shelley był podobno Johann Konrad Dippel, którego pisarka poznała, podróżując po Europie w doborowym towarzystwie dwóch romantyków, Shelleya i Byrona. Uczony mieszkał na zamku Frankenstein nieopodal Darmstadt, zajmował się jednocześnie fizyką, filozofią i alchemią (pasjonowało go zagadnienie życia wiecznego), a po okolicy krążyły plotki, jakoby przechowywał ugotowane trupy w słojach. Ani z pogłosek o Dippelu, ani z powieści nie wynika, że doktor próbował ożywić zwłoki przez wyładowania elektryczne, natomiast już w długiej serii filmów z doktorem F. i jego dziełem motyw ten przewija się często. Samo przechowywanie w słoju nagrań takich zespołów jak Devo, Killing Joke czy Front 242 (a z rodzimego podwórka Variete albo Made in Poland) nie na wiele by się zdało, ale muzykom Lao Che udało się wygenerować iskrę na tyle silną, że niesione surowym rytmem, syntetycznie pobrzmiewające pasaże brzmią całkiem przekonująco. Już na wydanej pół roku temu solowej płycie Spiętego pojawiają się ślady takich fascynacji (np. w singlowym „Ma czar karma”), a tu dostajemy cały album skrojony według wzorców sprzed lat, tyle że zszyty nowocześniej, bo z poważnym udziałem samplera. No i z tym dystansem, z jakim dorośli faceci przesłuchują nagrania, którymi fascynowali się w liceum.

Żeby swoje monstrum odpalić, czyli żeby słuchanie płyty nie było wycieczką po prosektorium pełnym bohaterów z rockowej encyklopedii , Lao Che potrzebowało solidnego źródła napięcia, którym okazały się w dużej mierze teksty i intensywna maniera wokalna Spiętego. Wokalista momentami przypomina mi Howarda Devoto z Magazine (zaś neurotyczna pulsacja i barwa niektórych partii syntezatorowych – pierwszą płytę tej grupy, „Real Life” z 1978 roku), tym bardziej, że tematyka utworów dotyczy podobnych, społecznych i prywatnych niepokojów. W tekstach nie ma aż takiej fantazji w tasowaniu skojarzeń i słownej dezynwoltury, jaka była na „Gospel”, mniej tu zapożyczeń z sąsiednich nurtów kultury („Życie jest jak tramwaj”), a więcej samodzielnie tworzonych historii („Kryminał”), metafor („Urodziła mnie ciotka”) albo gier słownych („Dłonie”), ale to uproszczenie przekazu nawet pasuje do surowości muzyki. Zakrojony hymnicznie utwór tytułowy (przypominający trochę „Princess of the Street” The Stranglers, więc stylistycznie – wszystko się zgadza) ładnie nadaje ton całości, a pojawiające się tu i ówdzie hasła propagujące swego rodzaju „psychiczną ekologię” (np. zgrabna fraza: „Nogi mają ziemię, oczy mają niebo, nos ma powietrze, więcej jest zbyteczne”) nawiązują do przesłania „Gospel” i pokazują, że zespół mimo pozornego zwrotu, nadal trzyma stały kurs.

Dr Dippel połączył klasyczne wykształcenie fizyka z dyplomem z filozofii i teologii, co dało mu solidne podstawy w ideowych sporach zarówno z luterańskim kościołem , jak i z oświeceniowym racjonalizmem, bo w obydwu widział (jak się po wiekach okazało – słusznie) takie samo zagrożenie. Lao Che – toutes proportions gardées – też unika łatwych gestów światopoglądowych, wybierając metaforyczne diagnozy stanu zbiorowej świadomości („Wielki kryzys”) i osobistych lęków (śmierć jako „stand by” w utworze tytułowym) albo biblijne w tonie i zgoła starotestamentowej manierze Spiętego rozważania ontologiczne („Czas”). Duch rocka z przełomu lat 70. i 80. powraca nie pod postacią fryzury à la The Cure czy napisu „Punk’s not dead” na koszulce, tylko na płycie, która nie chce być tylko popkulturowym gadżetem. Przy „Magistrze pigularzu” (z gorzką ironią podnoszącym kwestię farmaceutycznego rozwiązywania problemów egzystencji) przyszedł mi na myśl felieton Mrożka z dywagacjami nad zastąpieniem u Słowackiego wersu „Smutno mi, Boże” znacznie bardziej aktualną frazą „Mam depresję, Boże”.

Kiedy słuchałem zamykającego płytę kawałka „Zima stulecia”, najpierw pomyślałem o zimie 1981-82, tej ze stanem wojennym i powodzią na Wiśle skutej przez lodowy zator. Ale da się sięgnąć dalej: akurat w czasie podróży Mary Shelley i dwóch słynnych poetów po Europie przypadł tzw. „rok bez lata”, czyli niespotykane ochłodzenie klimatu (dziś tłumaczone obecnością pyłów wulkanicznych w atmosferze i małą aktywnością słońca). Czy istnieje elektryczne wyładowanie, które mogło przenieść jakieś odczucia z głów trojga romantyków do głowy wokalisty Lao Che, tego nauka nie potwierdza. Ale i nie zaprzecza.