Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (151) / 2010

Monika Glosowitz,

ONA, CZYLI HISTORIA PARU WCIELEŃ

A A A
„Kiedyś byłam jedną z was, może nie pamiętacie [...]”. „»Kobietą«, cokolwiek by to miało znaczyć... A raczej wieloma kobietami, choć żadną z nich na stałe”. Jest ich cały szereg, korowód, panopticum figur: Olusia, M., S., J., Ryśka, Zetka, Leda, tajemnicza dziewczyna w czerwonej sukience. Zapraszają do wysłuchania swoich opowieści.

„Poranek Marii i inne opowiadania” jest debiutem prozatorskim Julii Fiedorczuk, autorki czterech tomów poetyckich „Listopada nad Narwią”, „Bio”, „Planety rzeczy zagubionych” oraz „Tlenu”. Co ciekawe, opowieści poetyckie i prozatorskie splatają się, zachodzą na siebie, wzajemnie opalizują. Kadry ze skondensowanych wierszy zostają powtórnie naświetlone w prozie, głosy postaci nabierają rozmachu, oniryczne impresje zostają osadzone w konkretniejszym kontekście. Niesprawiedliwe byłoby jednak ocenianie tego zbioru jako sequelu wierszowanej historii. Portrety bohaterek nabierają bowiem w „Poranku Marii” wyrazistości, a rekonstrukcja mechanizmu opresji implikuje obniżenie afirmatywnego tonu, jaki towarzyszył dotychczas opisom kobiecego podmiotu.

Imago

Poszukując wspólnej osi, wokół której oplecione są poszczególne opowiadania, trzeba by nakreślić kolejne kręgi wykluczenia, zamieszkałe przez bohaterki (i jednego bohatera, o którym nie można zapomnieć) marginesu. Perspektywa narracyjna rozciąga się od niemal egocentrycznej poetyki zarysowującej mikromitologię o dziecięcej proweniencji, przez intymne fabuły kobiet-dziwaczek (anorektyczki, bezdomnej, ekolożki), aż do metanarracji pisarza ocalałego po katastrofie ekologicznej. Zabieg ma w sobie pewnie coś z polemicznego projektu rozbrojenia romantycznego paradygmatu jednostek szalonych (generalizując obserwację Marii Janion, można by stwierdzić, że wszystkim kobietom biorącym udział w rewolucji zarzucano zawsze brak równowagi psychicznej). Co ważniejsze, zbiór opowiadań staje się niedopełnionym katalogiem niemożliwych do wcielenia ról. Niemożliwych, bo wykluczonych poza normatywne ognisko jedynie słusznych realizacji. Pod tym względem „Poranek Marii” przypomina nieco „Akrobatki” Moniki Mostowik. Wspólnym mianownikiem tych narracji staje się konstrukcja kruchego podmiotu, wykazującego autodestrukcyjne skłonności. Jednak umieszczając pozycję Fiedorczuk na mapie współczesnej polskiej prozy kobiecej, trzeba przede wszystkim podkreślić jej wyjątkową liryczną kondensację.

Codzienna apokalipsa

Pierwsze opowiadanie obudowane klamrą kompozycyjną ukazuje swoisty „cykl ewolucyjny”. Seria kobiecych portretów rozpoczyna się od dziecięcego mikrooglądu świata (małej Aleksandry), przez traumę „udziewczęcenia” (dorastającej M.), narastającej izolacji (osamotnionej S. i niespełnionej J.), samobójstwo (nienazwanej, być może to kontynuacja historii J.), po powrót Olusi wiozącej trzyletnią dziewczynkę. W każdej z minifabuł obecna jest śmierć – zwierzęca, wyobrażona, potencjalna, realna, wydarzona. Bezimienna postać niewinnego dziecka pytającego: „Mamo [...] co to jest śmierć?”, pozwala jaskrawo wyodrębnić dramat wynikający z narzuconych innym bohaterkom scenariuszy niespełnienia (prywatnego, zawodowego – ze znakiem zapytania sugerującym wątpliwość oddzielania tych płaszczyzn). Zatem tej uosobionej w „jasnych włosach, dużych oczach i czarnych rzęsach” potencji „trzeba nadać dobre imię”. A „one wszystkie powinny zaopiekować się nią teraz i zawsze, nawet wiedźma, która tak naprawdę wcale nie była wiedźmą i która w zaświatach – gdyby istniały zaświaty – zamieniłaby się w anioła”. Figura wiedźmy przechodzącej anielską transfigurację staje się już tylko dopełnieniem metamorfozy obrazu kobiecego uciemiężenia w nieustającą jouissance płynącą z ciągłego, niekończącego się doświadczania siebie: „Więc jeśli coś spadło wam z nieba – i jeśli to nie była śmierć – przekażcie, koniecznie, dalej”. W dyskursie feministycznym zresztą pojawiła się już propozycja uznania zdyskredytowanej hag jako podstawy rekonstrukcji nowego, niezależnego od męskiej perspektywy podmiotu, którego domeną jest zrewaloryzowane szaleństwo.

Bogini Leda

Wśród zebranych w tomie opowiadań całostki o tytułach „Medulla”, „Święto niepodległości” i „Wiersz dla Matyldy” składają się na cykl historii o Ledzie – najbardziej, moim zdaniem, interesującej bohaterce. Leda nie ma swojej tragicznej historii jak Ryśka czy Zetka. Jest postacią transparentną, która doskonale opanowała mechanizm mimikry, jakby w obawie przed drapieżcami, choć również w celu manifestacji (pozoru) własnej siły. Imię okazuje się znaczące – prowadzi do bogini Leto, której prekursorką była Al-Lat związana z symboliką pełni księżyca, a co za tym idzie – mleka, jak podaje antropolożka Anna Kohli. Leda Fiedorczuk przypomina zatem jedno z trzech wcieleń Wielkiej Bogini – jej białą wersję. Towarzyszem białej bogini ma być zresztą łabędź (w którego Zeus zamienia się, by uwieść Ledę, a w konsekwencji tego splotu pojawi się m.in. Helena – „najpiękniejsza na świecie” – jak bohaterkę trzech opowiadań określa zakochany w niej Vitta). Motywy boginiczne można również śledzić w wierszach autorki „Poranka”, nie w tym jednak rzecz, by w tej chwili układać ich genealogię.

Widmowej Ledzie towarzyszy zawsze obraz hipertroficznego rozrostu przyrody. Jej życie toczy się w chiazmatycznym, somatyczno-roślinnym rytmie, w enklawie zawieszonej poza rozpędzonym centrum świata: „Obydwoje, kobieta i mężczyzna, przylgnęli twarzami do szyby. [...] Sosny seledynowe w pełni dwupłciowego kwitnienia”. Nawet nieliczne peregrynacje do owego „centrum miasta” polegają na tropieniu „rozmytych, szarych, jesiennych konturów”. Toteż Ledkę spośród innych bohaterek „Poranka Marii” wyróżniają: jej oniryczna konstrukcja, nomadyczny (nie)rodowód oraz repetycyjne praktyki zjednoczeń z naturą. Inność bohaterki nie wynika z opresyjnych praktyk patriarchalnego porządku (jak w przypadku pozostałych historii), ale jest jej cechą niemalże immanentną. Właściwie postać ta staje się patronką reszty opisywanych bohaterek, figurą będącą efektem udanej próby symbolizacji „kobiecości” – kruchej i silnej jednocześnie, milczącej, ale werbalizującej swoje doświadczenia w alternatywnym kodzie, odczuwającej miłość i strach naraz. Właściwie „nie można poznać Ledy, tak jak nie można poznać nikogo innego”.

Poławiaczka pereł

Obecna w zbiorze strategia wulgaryzacji czy infantylizacji języka (rozumianej jako dziecięca glosolalia) staje się próbą zwerbalizowania doświadczenia marginalizacji. Jednak specyficzna „nadpoetyka” tej narracji hamuje siłę różnicującą dyskursy. Zderzenie poetyki znanej z poezji Fiedorczuk rozciągniętej w przypadku „Poranka Marii” w impresywne narracje, rozmyte fabuły włączające skonkretyzowaną problematykę „świata obiektywnego”, społeczno-politycznej rzeczywistości wypada, śmiem twierdzić, niekorzystnie. Autorka w wydaniu poetyckim osiąga ten rodzaj kondensacji i ironicznego naddatku, który – wydaje mi się – trudno przenieść w rozbudowane fabuły prozatorskie, nawet jeżeli nastawione na ekwiwalentyzację, rytmiczność i metaforyzację. Nie chodzi o podważenie ważności samej problematyki odzwierciedlonej w portretach bohaterek i bohatera, ale o wyłuskanie stereotypowego obrazu pokrytego warstwami tzw. symbolicznego. Dlatego najcenniejszy wydaje mi się cykl historii Ledy, w którym symboliczny palimpsest stanowi spójną opowieść. W pozostałych opowiadaniach błyskotliwe wtręty w postaci metafor czy porównań inkrustują tekst, nie ogniskując się jednak wokół kwestii jednostkowej nie/tożsamości. Raczej działają na zasadzie efektownej pointy. Obraz opresji jest wyraźny, a nawet wyostrzony, ale to właśnie z tego wynika niedosyt – z (w dużej mierze) uproszczonych kreacji postaci. W efekcie rodzi się kontrast nieskomplikowanego szkieletu fabuły i wyszukanej ornamentyki języka. Choć, szczerze mówiąc i posiłkując się zakończeniem „Orgaspace”, gdyby nie językowe zdobienia, żłobienia i sprzężenia, nie byłoby w tym chyba nic nadzwyczajnego. A jednak jest. The pleasure is all yours.
Julia Fiedorczuk: „Poranek Marii i inne opowiadania”. Biuro Literackie. Wrocław 2010.