Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (151) / 2010

Sławomir Iwasiów,

POCIĄG DONIKĄD

A A A
Stacja kolejowa na szczecińskich Gumieńcach to jedno z tych miejsc, gdzie nikt nie chodzi. Chyba po prostu nie ma takiej potrzeby. Dookoła pola, tory, pętla autobusowa, cukrownia. Wprawdzie ta część miasta rozrasta się w szybkim tempie – z jednej strony hipermarket, z drugiej uniwersytet, środkiem biegnie ulica prowadząca do centrum – ale stacja „Gumieńce” pozostaje niezauważona, bo w gruncie rzeczy jest zbędna. Kto tu wsiada? Kto wysiada? Tu się nie jedzie pociągiem, stąd się nawet nie odjeżdża, tędy można, co najwyżej, przejechać. Droga przez Gumieńce od zawsze prowadziła do Kołbaskowa, na przejście graniczne, „na Zachód” koniecznie pisany wielką literą. Obecnie nie mu już granic, nie ma nawet wrażenia wkraczania w inny świat: mijając Gumieńce, zostawiamy miasto w tyle, ale ono nas dogania osiedlami niskich bloków i domów z ogródkami, które wyrosły na ziemi byłych pegeerów i w końcu połączą się takimi samymi domami po niemieckiej stronie.

Powieść Julii Franck „Południca” rozpoczyna się właśnie na tej stacji kolejowej, choć przecież w zgoła innym czasie, po wojnie, w innym Szczecinie, który od momentu opisywanych w książce wydarzeń przeszedł liczne metamorfozy. Mimo wszystko, wrażenie „opuszczania” czy „pozostawiania” (miasta, rodziny, znanych okolic i krajobrazów) towarzyszyło mi od pierwszych stron lektury tej książki. Ogólna atmosfera „końca wszystkich rzeczy” została tu wzmocniona mottem z „Dzienników” Kafki („Nic złego; jeśli przekroczyłeś próg, wszystko jest w porządku. Inny świat i nie musisz mówić”), ale niestety, to nawiązanie wprowadza czytelnika w błąd. Należałoby zapytać, dlaczego autorka, pisząc o wojnie, nie chce (albo nie musi) mówić? Pisanie literatury bierze się raczej z chęci wypowiedzi, potrzeby udziału w dyskusji, zmiany istniejącego stanu świadomości. Wydaje mi się, że Kafka ma być w tym przypadku usprawiedliwieniem wielu przemilczeń obecnych w tej opowieści. Oczywiście literatura wojenna, a w szczególności świadectwa Zagłady, znają topos milczenia: nie sposób mówić o wojnie, bowiem brakuje języka do opisu rzeczy tak ostatecznych, jak horror śmierci i zniszczenia. Wprawdzie „Południca” tylko częściowo spełnia warunek przynależności do gatunku narracji o okresie wojny i Holocaustu, ponieważ pokazuje raczej czasy tuż „po” (rok 1945) i „przed” (lata dwudzieste XX wieku), ale w trakcie lektury czytelnik ma przeświadczenie, że wojenny cień raz po raz pada na losy bohaterów. Zresztą południca to zjawa ze słowiańskiej legendy, która czai się na polach na nieuważnych rolników. Franck mówi: każdy ma swoją południcę.

Prolog. Tuż po klęsce Trzeciej Rzeszy Niemcy opuszczają miasto opanowane przez Armię Czerwoną. Wśród mieszkańców są Peter i jego matka. Nie wiemy dokładnie, kim jest kobieta – z perspektywy chłopca po prostu kochającą mamą, nieco szorstką i nieprzystępną, ale opiekuńczą i zaradną. A życie w Szczecinie nie jest łatwe: tu nie ma pracy, jedzenia, na każdym kroku żołnierze. Franck opisuje miasto ze szczegółami, pamięta o historycznych nazwach ulic, nieistniejących już budynkach (na przykład pisze o ruinach teatru miejskiego przy Königsplatz). W takiej perspektywie powieść Franck jest historią o metropoliach, Szczecinie i Berlinie, które zmieniły się za sprawą wojny.

W dniu wyjazdu ze Szczecina Peter jest świadkiem najścia Rosjan w domu, kilku żołnierzy gwałci jego matkę na kuchennym stole. Chłopiec jest bezradny, czeka na korytarzu za zabarykadowanymi drzwiami. Scena gwałtu z „Hańby” Johna M. Coetzeego wcale nie wydaje się w tym przypadku odległym nawiązaniem – „Południcę” również można by uznać za narrację pisaną ze świadomością postkolonialną. Peter, podobnie jak profesor David Lurie, nie może obronić kochanej kobiety przed „innymi”. Różnica polega na tym, że chłopak przeżył podobną sytuację wcześniej i teraz obwinia siebie, ponieważ powtórnie nie zapobiegł tragedii (matka mogłaby zamknąć drzwi na klucz, gdyby Peter nie zapomniał o zamku wyłamanym przez Rosjan parę dni wcześniej). Niemoc Petera jest równocześnie niemocą jego matki, można powiedzieć, że trudnym do zdefiniowania, bo niejasnym i niechcianym, przyzwoleniem na przemoc, zawieszeniem między akcją a reakcją. Jest tu jeszcze inna, bardziej niepokojąca sugestia: to wszystko nie wydarzyłoby się, gdyby nie przymusowa nieobecność męża, ojca Petera, który poszedł na wojnę, ale ją przegrał, pośrednio dopuszczając do zhańbienia żony (i w domyśle: całego narodu niemieckiego). Po wszystkim Peter i matka wychodzą z domu, idą na stację Scheune (Gumieńce) i odjeżdżają. Gdzieś po drodze matka opuszcza Petera, zostawia go już w Niemczech, na kolejowej stacji w Pasewalku i odchodzi donikąd.

Po tym przytłaczającym wstępie następuje obszerna partia retrospektywna – przenosimy się w czasie i miejscu. Czytelnik szybko zauważy, że główną bohaterką jest Helena, jak nietrudno zgadnąć, ta sama kobieta, która zostawiła syna podczas wyjazdu ze Szczecina.

W Budziszynie, tuż przed pierwszą wojną, mieszka rodzina państwa Würsich. Ernst Ludwig jest szanowanym drukarzem, a jego żona Selma zajmuje się domem. Państwo Würsich mają dwie córki: Martę i młodszą od niej o siedem lat Helenę. Ta część książki sprawia wrażenie klasycznej europejskiej powieści społecznej z XIX wieku, pełnej wątków psychologicznych, społecznych i romansowych. Franck prowadzi kilka głównych tematów: rodzinny (podupadający interes Ernsta Ludwiga, który musi jechać na wojnę, gdzie zostaje okaleczony); społeczny (Selma popada w szaleństwo, jest stopniowo wykluczana z życia rodzinnego i sąsiedzkiego, traktowana jak „inna”, „obca”, „Żydówka”), erotyczny (lesbijskie fascynacje córek, romanse starszej Marty nie tylko z siostrą, ale też z koleżanką Leontyną i chłopakiem z sąsiedztwa podsycane lekturami Lorda Byrona). Problematyka tych zagadnień jest sama w sobie interesująca, ale tu została przedstawiona przez autorkę ze zbyt daleko idącą rezerwą. Wygląda to tak, jakby Julia Franck nie chciała ingerować w losy bohaterów, a jedynie puściła ich przeżycia na wodze fabuły. Balzakowski w gruncie rzeczy tryb przedstawiania szerokiej panoramy społecznej nie zdaje egzaminu, ponieważ należałoby raczej skomentować wydarzenia, w których biorą udział Helena i jej rodzina, a nie skupiać się na budowaniu fabularnych zawiłości, będących jedynie wstępem do dalszych pytań i rozważań.

Dziewczyny marzą o tym, żeby zostać pielęgniarkami i szybko mają okazję, żeby sprawdzić swoje predyspozycje – po wojnie opiekują się rannym ojcem. W planie powieści ich życie zostało podporządkowane paradygmatowi i symbolice wpisanej w powołanie pielęgniarki. Julia Franck traktuje dziewczyny (a przede wszystkim Helenę), jakby nie mogły przełamać społecznych ról, w jakie wpisane jest przeznaczenie kobiety. Widać to w wielu miejscach powieści, na przykład w tych momentach, które odwołują się do erotyki i seksualności.

W domu rodziców Marty i Heleny pojawia się przyjaciel rodziny, Gustaw Grumbach. Gustaw każe dziewczynom mówić do siebie „wuju”. Kiedy siedzą wspólnie przy łóżku ojca, „wuj” bez skrępowania omiata wzrokiem Martę: „Jak większość mężczyzn kręcących się w pobliżu drukarni, również on śledził dorastanie Marty z ową dziwną mieszanką zdumienia i trudnej do pohamowania pożądliwości. Pilnował, by inni wielbiciele zachowywali należny dystans, tak jak i oni mieli go na oku”. Obserwujący młodą kobietę mężczyzna posiada prawo do grubiańskiego zachowania, ponieważ „śledził jej dorastanie”, patrzył, był częścią jej życia od chwili narodzin. Patrząc, „wuj” zawłaszcza nie tylko cielesność Marty, symbolizowaną przez konkretną część ciała („Szczupła talia, nie mówiąc o tym, co poniżej”), ale też ingeruje w jej tożsamości. „Marta” nie jest Martą, ale „tym, co poniżej” i niewiele może na to poradzić. Mimo wszystko, Helena wydaje się przytomna i poniekąd zdaje sobie sprawę z tej sytuacji: „(…) musiała go mieć na oku. Obserwowała jego spojrzenia wędrujące po ciele Marty, tak jakby do praw gościa należało również prawo bezwstydnego gapienia się na kobiety”. W postawie Heleny, w wymianie spojrzeń z „wujem”, nie widać jednak choćby prostego oburzenia, nie wspominając o chęci przełamania „męskiego prawa” do „podziwiania” kobiecych wdzięków. Bohaterka pozostaje bierną obserwatorką, niemą ofiarą gwałtu lub po prostu kobietą spełniającą „kobiecą” powinność – córką, pielęgniarką, panią domu.

Pokazując skomplikowane przypadki Heleny, autorka zdaje się mówić czytelnikowi, że kobieta w tamtych trudnych momentach dziejowych właściwie nie miała najmniejszego wpływu na życiowe wybory. Była podporządkowana roli społecznej, mężczyznom i wojnie. Helena postępuje według schematu nawet wtedy, gdy udaje jej wyrwać się z rodzinnego Budziszyna.

Siostry wyjeżdżają do Berlina, zostawiając chorą psychicznie matkę i podupadający majątek. Motyw „ucieczki” czy „wyjazdu”, wielokrotnie powtarzany przez Franck w różnych konfiguracjach, kłóci się z ich pielęgniarskim powołaniem niesienia pomocy. Oczywiście, możemy stwierdzić, że w ten sposób młode kobiety przełamują stereotyp, dbają o siebie, nie ulegają presji społecznej. Problem w tym, że kwestionują jeden stereotyp, żeby zaraz realizować następny. Po co bohaterki jadą do Berlina? Bo tam czeka na nie „prawdziwe życie”, w ich przekonaniu zupełnie odmienne od budziszyńskiej rzeczywistości, bezlitośnie skazującej kobiety na los niewykształconej i nieszczęśliwej kury domowej.

Lata dwudzieste w stolicy Republiki Weimerskiej płyną pod znakiem dobrej zabawy, blichtru salonów i rodzącego się niewinnie plotkarskiego antysemityzmu (Franck interesująco przedstawia genezę antysemickich nastrojów, nie usprawiedliwiając ich w żaden sposób, ale odsłaniając ich prymitywizm). Siostry mieszkają u zamożnej ciotki Fanny, uczestniczą w spotkaniach towarzyskich, balach, chodzą do teatru i kina. Marta pracuje w szpitalu, myśli o studiach, Helena doskonali pielęgniarski fach.

Berlin jest miejscem atrakcyjnym. Również w planie powieści, ponieważ Franck dba o szczegóły i pokazuje miasto, jakim mogła być stolica w latach dwudziestych. W Berlinie dziewczyny dobrze się bawią. Kontynuują erotyczne przygody (sypiają często w jednym łóżku), nawiązują nowe znajomości, romansują. Helena zakochuje się w przystojnym i czułym Carlu, który jadąc na rowerze, ginie w wypadku. Kolejna ucieczka – tym razem w miłość z bolesnymi konsekwencjami – mówi nam o Helenie niewiele. Dlaczego nie potrafi przełamać życiowego impasu? Czemu wchodzi w kolejne stereotypowe związki? Jak rozumieć dysonans między jej pielęgniarskim powołaniem, wymagającym uporu i samokontroli, a niemocą wobec życia? Być może odpowiedzi należy szukać w konstrukcji tej powieści, która w dużej mierze jest kiczowatym romansem osadzonym w realiach historycznych.

Mimo naiwności, czasem w Helenie tli się emancypacyjna świadomość. Kiedy po śmierci Carla spotyka się z jego rodzicami, narrator tak kreśli tok jej myśli: „(…) mogła sobie poszukać innego mężczyzny, znajdzie go, nic łatwiejszego. Nikt jednak nie mógł poszukać sobie innego syna. To zestawienie mężczyzny i męża, ta zarysowana konkurencja funkcji człowieka, to redukowanie go do jego miejsca w życiu kochających go ludzi, wszystko to wydało się Helenie z gruntu fałszywe”. Problem polega na tym, że rozważania Heleny (a właściwie narratora) są tylko „feministycznym” ozdobnikiem, nierozwiniętym przeczuciem, że coś z męskim światem jest nie tak, jak być powinno. Helena i tak wpadnie w następną pułapkę, dokona wyboru wbrew sobie, jak w romansowym czytadle.

Przypieczętowaniem rozpaczliwych zmagań bohaterki jest małżeństwo z Wilhelmem, typowym „Aryjczykiem”. Wilhelm jest człowiekiem światłym, wykształconym, zajmuje się najnowszymi zdobyczami techniki. W życiu Heleny pełni podobną rolę, jaką pełnili ojciec, Carl i inni mężczyźni, których spotykała na swojej drodze. Helena nie rozumie „ważnych” spraw mężczyzn, bo nie musi – jest przecież „tylko” utalentowaną pielęgniarką z aspiracjami ginącymi pod warstwą codzienności przeciętnej kobiety. Wilhelm nazywa żonę „Alicją”, kreuje jej obraz, tworzy zupełnie inną kobietę. Swój błąd zrozumie dopiero podczas nocy poślubnej. Wilhelm wpada w szał, ponieważ Helena-Alicja nie jest dziewicą, a nade wszystko wyczynia w łóżku niepojęte fanaberie (na fellatio Wilhelm reaguje słowami: „tego nie musisz robić”, po czym pokazuje jej, jak „się to robi”; kiedy Helena dosiada go okrakiem, Wilhelm mówi: „Tak się tego nie robi”). Co na to bohaterka? Zrezygnowana godzi się na dalszy rozwój wydarzeń. Rodzi się Peter, a Julia Franck tym samym domyka koło tej opowieści.

Czas na podsumowanie. Wydaje mi się, że największym mankamentem tej książki jest formuła powieści-panoramy, chyba nie do końca przemyślana i wykorzystana. Klasyczna, by nie powiedzieć, że staroświecka narracja prowadzona w trzeciej osobie, bez wyraźnego podziału na części dialogowe i opisowe, została pozbawiona krytycznego spojrzenia na losy głównej bohaterki. Franck nie traktuje życiorysu Heleny dyskursywnie, a jedynie zdaje sprawę z dziejów wspólnych mieszkańcom pogranicza – „przedstawia” to, co się Helenie przytrafiło, ale nie zajmuje wobec przedstawianego świata żadnego stanowiska. Pokazuje całkiem słusznie prostacki mechanizm nienawiści wobec Żydów („nikt nie miał kupować u Żydowskiego handlarza”), ale go nie komentuje. I dlatego ta książka nie wytrzymuje krytycznej próby, bowiem bezkrytycznie przyjmuje historię jako istniejący i niezmienny stan rzeczy. Inna sprawa, że przemilczeniem zajmuje Franck stanowisko w niektórych współczesnych dyskusjach – na przykład wokół kontrowersyjnych „wypędzeń” (stąd przecież dramatyczny opis wyjazdu ze Szczecina na początku książki). Mimo że Helena nie jest przecież „Aryjką” z krwi i kości (dyskwalifikują ją „niepewne”, słowiańsko-żydowskie pochodzenie, szaleństwo matki, kontakty homoseksualne i inne „wady”), to jednak spełnia przeznaczenie niemieckiej „wypędzonej”, która nie może znaleźć na świecie swojego miejsca.

W założeniu „Południca” miała być szeroką panoramą życia na pograniczu, pokazaną z perspektywy opowieści o jednej osobie. W rzeczywistości jest po trosze romansem, powieścią psychologiczną, rysem historycznym, miejską narracją z wątkami wojennymi. Mimo przejmującego tła społecznego i interesującej topografii trzech miast – Szczecina, Budziszyna i Berlina – niełatwo zgodzić się na punkt widzenia przyjęty przez Julię Franck. Po lekturze trudno pozbyć się wrażenia, że strategia przemilczenia i niedopowiedzenia krzywd Heleny (jako kobiety, Niemki, nie-Aryjki) jest w tym przypadku nietrafiona, ponieważ staje się pustym, a może tylko niepotrzebnie zdławionym głosem w dyskusji o historii.
Julia Franck: „Południca”. Przeł. Krzysztof Jachimczak. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2010 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].