ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (151) / 2010

Magdalena Boczkowska,

LIGHT MY FIRE

A A A
Ciemność. Gdzieś na scenie, wśród gęstniejącego dymu, widzimy tylko zarys sylwetek dwóch mężczyzn. Obaj mają ciemne garnitury, białe koszule i charakterystyczne białe skarpetki. Stoją nieruchomo, tyłem do widzów. I nagle publiczność zamiera. Rozbrzmiewa odurzająco głośna, energetyczna, niemal wkręcająca się w podświadomość, muzyka zespołu Natural Born Chillers, a dwójka mężczyzn zaczyna wić się w szaleńczym transie. Tak zaczyna się spektakl „Samotność pól bawełnianych” w reżyserii Radosława Rychcika, przygotowany w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach.

Rychcik lubi wystawiać rzeczy trudne. Piekielnie wręcz trudne, które pozornie mogłyby się wydawać nie do zainscenizowania, jak choćby „Fragmenty dyskursu miłosnego” Rolanda Barthesa. Tym razem sięgnął po powstały w 1985 roku tekst Bernarda-Marii Koltèsa. W „Samotności pól bawełnianych” mamy wszystkie te elementy, które są charakterystyczne dla tekstów francuskiego dramaturga, zmarłego w 1989 roku. Jest to więc przede wszystkim modelowa sytuacja dealu, wymiany handlowej, do której sprowadzone zostały wszystkie możliwe międzyludzkie relacje. Rychcik uwypukla je przez swoiste „drażnienie” publiczności – muzyką, światłem, ruchem i słowami wypowiadanymi przez aktorów – wciąga ją tym samym w sam środek bawełnianych pól.
Tym razem na scenie tekst Koltèsa został przetworzony i ograniczony do minimum. W sztuce ważne są przecinki, średniki, kropki, w spektaklu reżysera „Versus. W gęstwinie miast” aktorzy w żaden sposób nie respektują owych retoryczno-interpunkcyjnych reguł. Krzyczą, przekrzykują muzykę, zdzierają własne gardła, jakby język był wymyślną torturą, a nie sposobem komunikacji. Jakby jedyną możliwością był skowyt – niczym u Ginsberga – nad jałowością i pustką świata. Mimo to (a może właśnie dlatego), brutalna prawda „Samotności...” poraża głębiej. Tak naprawdę zrozumiałam, o co chodzi, dopiero, kiedy usłyszałam i zobaczyłam Wojciecha Niemczyka (Dealer) i Tomasza Nosińskiego (Klient) na scenie, a nie kiedy czytałam tekst sztuki. Obaj aktorzy dają z siebie absolutnie wszystko, może nawet więcej niż powinni. Chapeau bas! Na pewno więcej niż jest na to przygotowana widownia, która nagle i zupełnie niespodziewanie konfrontowana jest z emocjami i uczuciami, zazwyczaj skrywanymi przez nas przed światem – jak pisała poetka – przy szczelnie zasłoniętych oknach i gryzionych z bólu rękach. Czego więc tak naprawdę jesteśmy świadkami?

Przypadkowego spotkania. Spojrzenia, od którego wszystko się zaczyna, które mogłoby „wzburzyć nawet osad na dnie szklanki wody”. Pragnienia czyjegoś dotyku, uwagi, bliskości, choćby tylko pozornej. Silnych uczuć i silnych emocji. Z jednej strony bowiem, od miłości do nienawiści droga nie jest daleka. Z drugiej jednakże, czasami tych emocji brak – głos staje się beznamiętny, ciało porusza się mechanicznie a twarz wygląda jak maska, ozdobiona czerwoną szminką. Konfrontacji dwóch osób, z których każda może wygrać i przegrać jednocześnie. Tyle tylko, że ważniejsza od relacji Klient-Dealer staje się relacja aktorów z widownią. To do widzów kierują swoje słowa. Kiedy nagle milkną, na scenie widzimy, przygotowane przez Martę Stoces, wizualizacje, będące „wariacją” o tym, czy miłość jest, czy jej nie ma. Aktorzy sytuują się wówczas na równi z widownią, ustawiają się do niej tyłem i razem z nią oglądają swoisty „teledysk” zmontowanych filmów, jakby próbując nauczyć się czegoś o bliskości. Oglądamy więc między innymi i kultową scenę z „Zakochanego kundla” i roześmianą twarz Laury Palmer i fragmenty pornosów.

Radek Rychcik, Wojtek Niemczyk i Tomek Nosiński przypominają, że nie zawsze kupno jest równoznaczne z posiadaniem. Że czasami, aby coś zdobyć, trzeba coś oddać. Że są sytuacje, w których trzeba się zaprzedać, nawet gdy można się przy tym upokorzyć. Bez wątpienia na scenie rozpalili prawdziwy płomień. I spalają się w jego żarze, wciągając w niego również i widzów. Szaleją w ogniu emocji i muzyki, a my jesteśmy w końcu również świadkami próby nawiązania w tym wszystkim jakiegoś bliższego kontaktu. Dealu, który jednakże musi zakończyć się walką. Samej walki nie zobaczymy. Walką jest już bowiem życie.
Bernard-Marie Koltès: „Samotność pól bawełnianych”, reż. Radosław Rychcik. Premiera: październik 2009, Teatr im. S. Żeromskiego w Kielcach.