Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (152) / 2010

Maciej Melecki,

WIERSZE

A A A
CAŁOŚĆ I SKOŃCZONOŚĆ

Zatoczki i uskoki, iskry ślepego impulsu a także
Jarzeniowa jasność na paru metrach kwadratowych
Dnia, określały dalszy przebieg, zaniechanych zresztą
Później, wypadków. Wywrócona klepsydra nieba oddaliła
Horyzont aż poza najbliższe dno, nadciągała nieskalana

Ciemność. Ale to nas wiodło. Bańka ołowianego haustu
Była jedynym, egzotycznym śladem, a na wrzecionie
Chwili eterycznym ruchem nakładał się szczątkowy
Zarys, który nie mieszcząc się w uchu, uwalniał
Przygarbione kreski krwi, odsłaniając wietrzny powiat,

Wieczne miejsce wtarte w każdą myśl. Nie pozostało
Tedy nic innego, jak przekroczyć rzekę, obejść górę i
Spławnie wpłynąć do morza. Parawany chmur były już
Rozpostarte, kładąca się mgła zabrała szlaki
Najjaśniejszej procesji, odcięcie nastąpiło szybciej niż

Spodziewane zatrzymanie. Skończona całość, owa
Wszechmogąca krótkość, rozsiadła się w oczach, spięła
Wszystkie końcówki, zwęziła brzegi, wyprostowała
Połamane momenty i wypełniła luki, czyniąc z tego mętną
Taflę byłego życia. Jak daleko by nie sięgnąć, tam darły się

Krzyki, w niebogłosy szły włókna ciszy. Fioletowo
Majaczyła burza – byliśmy jej przedłużeniem, opuściwszy
Macierzysty zew, jakby wszelkie admirowanie musiało mieć
Kolejne oblicze trwałego związku z krańcową
Postacią wygiętej dyszy snu. Staliśmy się widomi,
Jak świecące próchno rozwidlającej drogi.



ZAWSZE WSZĘDZIE INDZIEJ

Zamieszkujemy w końcówkach powidoków, na skarpie
Jakiegoś przywidzenia pierwszego dnia niemożliwej
Wiosny, rozpyleni we wszystkie strony tego jedynego, ostatniego
Świata, tak płytko wchodzącego przez każdy por w
Najkrótszą, wahliwą chwilę, że jeszcze jeden wyjazd poza
Zamorską granicę, a już będę gotów na przyjęcie pierwszych

Kondolencji. Nakładanie się obrazów utrzymuje mnie
W pionie. Spopielone widoki nie wskrzeszają oznak odwrotu,
Napór rośnie jak rozwodniona aura, a na szczycie
Zamglonego hejnału śniedź kładzie się na każdym blasku
I w kolejnych fazach czuć spieczony gwint śruby
Mającej złożyć to wszystko do kupy. Ale jeśli ciebie
Nie ma, to skąd wyłaniasz się jeszcze, w tych
Nikłych skrzypnięciach dochodzących zza siódmej
Góry orgazmu, skąd masz na to kolejne alibi, bo
Widzę to w kawałkach, tylko w takich przerwach,
Które od razu wyznaczają dalszy zator. Rzędy krzeseł

I drzew, szpalery ludzi przeczekujących godzinę z
Książeczkami opłat, jakieś drzwi bez pomieszczeń i
Wieczny podgląd w okienku stróża – tak szykuje się
Ukradkiem mały blamaż w arterii łechtanego łuską
Słońca dnia, który musi już pójść na straty, by ten
Plemienny rytuał przedłużył komuś łut niepochwyconego
Szczęścia, by mógł dalej wywlekać z kogoś szansę na
Komiczny rewanż. No tak, nie przelewa się nikomu.
Jesteś tego świadkiem na tym wysuszonym dnie,
Wypłukany i sprasowany, kostko losu w kubku
Potrząsanym przez czyjeś gorączkowe ręce, ogniwie
Nienagannej udręki, którą pożytkuje od razu komunikat.

Żyliśmy na płaskowyżu i wiedliśmy niewidzialny
Szlaczek przyszłej utraty. Miasta podchodziły coraz bliżej,
Przyjmowały zagadki jak wróżby, stawały się doliną dla
Wszystkich znalezionych rzeczy, nie czyniąc różnic
Zagubionym przejawom, gdyż rzeczy posiadały już każdego.
Mogę ci teraz jeszcze coś dodać, odszukać pamiątkę i oprawić
Resztę w chłodne ramki czasu. Dmuchaj pod wiatr i gwiżdż,
Zanim stąd odejdziesz. Podmienię plan i kadr będzie pusty.



ODBLASK

Nauczyliśmy się tracić, zyskując na czasie, nie odmierzanym przez
Wskazówki słane w różnych kierunkach, przez podawane komiczne
Gesty i jeszcze bardziej zwodniczo nastawione głosy, bo ci ludzie
Mieli twarze odlane z brązu powietrznej matrycy. W tej zatracie kwitła
Wszelka znana niegdysiejszość, a czasy były bliskie jak teraźniejszy. Ale,
Jeśli już tutaj nie możemy dłużej być, dokąd miałby nas zwabić ten
Lepki smak nie nadchodzącej wiosny, do jakiego mrowia miałby nas
Wtrącić ten przelotny wizg uśmiechniętego jak pęknięty lód
Powietrza, skoro jednak musimy dla czegoś żyć, żyć w okopconej lufce.
W tej bujności jesteś jedynym ostem, więc jeśli nie nastał moment odwrotu,
Odwracamy się tylko przelotnie, opadając jak piórko na wyciągniętą
Po coś dłoń, w rozbrojonym ze wszelkich niesnasek uśmiechu odnajdując
Nieznaną dotąd toń, w szermierce, która jest wybiegiem dla dwóch
Zjaw, dopatrując się animuszu wieńczącego kres maksymalnego ruchu,
Bo niezależnie od tego, gdzie jesteśmy, zagrzebujemy się aż po szyję,
Wystając głową wprost na rozpalone piaskiem słońce. Przeniesienia
Mówią o nas więcej niż my moglibyśmy powiedzieć cokolwiek o
Miejscu, z którym nie sposób się rozstać, kasują wąską panoramę
Najbliższych ludzi, nizanych mozolnie na żyłkę trzymającą ten
Papierowy latawiec, puszczony na rozszalałe morze i niebo. Przychodzą
Potem wieści, informacje o stratach i zyskach, ktoś dostaje pomieszania
Zmysłów, ociąga się zmysłowym szmerem, robi nam przysługę na
Kolejny tydzień i, kiedy zwiedzamy ruiny zamku, spada z obronnych
Murów na rozpięte w dole prześcieradło snu. Zamykam się więc w
Klatce tego przywidzenia. Sprzątam zakamarki. Rozszerzam i przenoszę
Kąty, trzymając się w zanadrzu tego, co przyjdzie zaraz po tym, jak
Zerwie się ślad karminowej szminki z odstawionej na stoliku szklanki,
Podążając naprzeciw komuś, kto wyruszywszy do nas, zabrał nie tę
Mapę. Wielostronne aplikacje terenu, końcówki pola i przewrotki w przód
I w tył – to miałem wciąż na uwadze, gdyż schodziliśmy się w grupki,
By przez kolejne chwile upatrywać w tym jeszcze, napędzaną
Dynamem skończonego szczęścia, szansę na powtórny miraż, który
Przyniósłby nam nowe pasmo, wnękę chroniącą przed zwaleniem
Zgruzowanego nieba, w dostrzeżonym okamgnieniu. Nie w tym rzecz,
Żeby nie zaczynać, by nie skończyć na jakiejś bursztynowej plaży, a
Raczej w rzuconym na odchodnym prześmiewczym pa, w rozstępującej się
Reszcie seryjnych zwrotów, spłaszczanej oddechem akcji, w cieniu
Mieszkającym w nas, kiedy ulatniamy się w gwizdku pary, jak pokonana
Odległość między jednym a tym samym dnem, w odblaskowym świetle
Wykradzionym z elementarza potknięć i usterek, gdy nie zachodzi już
Między tobą a pompowanym próżnią światem żadne podobieństwo i
Asekuracyjna zamieć. Słyszę tylko pojedynkujące się wzajem tematy,
Jąkające się prośby i żale, i wciąż z czystym kontem dla wszelkich
Odmian uprzedzeń i raczkujących zaniechań, odnajduję tego kogoś
W lustrze, kto chucha na jego taflę i wyłania się z oparu. Jeśli możesz
Nie sprawić zawodu, zniknij za pierwszym rogiem i daruj sobie wolny
Wieczór. Tak, nie mamy czego szukać w rozproszonych stanach, nie
Znajdziemy tam nawet twojego włosa, szczebla z twojej połamanej
Drabiny, kolców, łupin czy grudek, przybłędo, konkretna kukiełko.


Prezentowane wiersze pochodzą z tomu „Przester”,wydanego w grudniu 2009 przez Wielkopolską Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury, Poznań
Prezentowane wiersze pochodzą z tomu „Przester”,wydanego w grudniu 2009 przez Wielkopolską Bibliotekę Publiczną i Centrum Animacji Kultury, Poznań