Wydanie bieżące

1 maja 9 (153) / 2010

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

KRWAWY

A A A
Powieść Pawła Goźlińskiego udostępnił mi zaprzyjaźniony redaktor, sugerując, że będzie to odmiana po moim ulubionym gatunku, czyli kryminale. Na szczęście nie miał racji. „Jul” dostarczył mi emocji równie wielkich jak na przykład, aby daleko nie szukać, „Chińczyk” Mankella. Gdy już zasiadłam do czytania, to z trudem odrywałam się od lektury. Napiszę więc tekst pełen zachwytów, bez uszczypliwości i wymądrzania się.

Do zadania recenzenta przygotowałam się wyjątkowo starannie, sporządziłam fiszki z nazwiskami postaci. Na początku bowiem, jak przystało na zawiązanie akcji, autor wprowadza kilka wątków, narracja przebiega dwutorowo. Dodając do tego retrospektywy, Goźliński nieźle miesza w kotle fabuły. Porównanie z kotłem jest adekwatne z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, pisząc powieść osadzoną w Paryżu jeszcze za życia wieszczów, nieuchronnie trzeba korzystać z innych tekstów kultury, po drugie, niczym dla makbetowskich wiedźm, do sporządzenia mikstury tekstowej trzeba iście piekielnych składników. Są nimi porcja narodowych waśni, kwarta podejrzeń o zdradę Matki Ojczyzny, szczypta szaleństwa, znacznie więcej mesjanizmu i tym podobne ingrediencje, łatwe do odnalezienia na łamach współczesnych gazet. Goźliński miesza więc te składniki z dużą porcją makabry i modnego przekonania o inspirującej dla morderców sile literatury. W tym miejscu warto wspomnieć zdecydowanie gorszą amerykańską wersję podobnego pomysłu, czyli „Klub Dantego”. Gdyby odczytywać rzeczywistość jedynie poprzez literaturę, można by dojść do przekonania, że psychopatów szczególnie podnieca poezja, w powieści Goźlińskiego jasne jest, czyja. Zresztą zwolennicy Mickiewicza wydają się być bardziej zaangażowani w waśnie polityczne niż światopoglądowe. Wprawdzie Koło Sprawy Bożej podgrzewa atmosferę, jednak oddziaływanie talentu Adama jest mniejsze. Goźliński jest wyznawcą poety, każąc swojemu bohaterowi uratować mu życie (chociaż to naraziło go na niebezpieczeństwo), co ów właśnie Adam Podhorecki czyni bez wahania.

Współczesne powieści kryminalne lubują się w makabrze i rzekomo symbolicznym sposobie mordowania. Rzadko kto już po prostu strzela, truje albo dusi. Raczej wykonuje na ofierze happening zbrodni i braku człowieczeństwa. Morderca w tej powieści w skrajnie wynaturzony sposób usiłuje wcielić w życie poetycką ideę. Chodzi o mniej popularną niż mesjanizm teorię genezyjską, której Juliusz Słowacki poświęcił ostatnie lata życia. Przed lekturą sądziłam, że będzie to powieść właśnie o Słowackim, szybko okazało się, że chodzi raczej o francuską nazwę lipca, w którym dzieją się mrożące krew w żyłach (posługując się gotycką terminologią) wydarzenia. Krew nie przelewa się tak obficie jak w rewolucyjnym thermidorze i pewnie datego mieszczański Paryż czasów monarchii lipcowej zapomniał już o terrorze i kruchości życia.

W powieści nie morduje się, żeby coś ukryć, jakąś księgę lub tajemnicę (jak u Dana Browna, gdzie kilkunastoosobowa grupa zakulisowo chce wpływać na losy świata), tutaj morduje się niejako w hołdzie i dla egzemplifikacji. Sprawca musi mieć swojego protagonistę, któremu dedykuje wcześniejsze zbrodnie, którego wciąga w swój obłęd i wreszcie usiłuje odebrać to, co ów ma najcenniejszego. Tutaj po stronie dobra przyjdzie walczyć Adamowi Podhoreckiemu (dalej, drogi czytelniku, z kim kojarzy ci się to nazwisko?), który bynajmniej nie przypomina Sherlocka Holmesa. Fizycznie, jak i osobowościowo jest odstręczający, poraniony na duszy i ciele, ze skomplikowanym narodowościowo-uczuciowym życiorysem, w którym mieści się i złamanie przysięgi wojskowej, i powstanie, i wielka miłość, śmierć ukochanej i dzieci, prawie – ukrzyżowanie, złamanie ducha, pijaństwo i straceńcze życie. Podhorecki zmaga się z przeszłością w typowo artystowski sposób – pije, oddaje się hazardowi, śpi w trumnie, próbuje romansu, który i tak nie może się udać. Czytelnik trochę mu współczuje, chce, żeby zdążył i uratował nieszczęśników przed śmiercią z rąk szaleńca, chce też, żeby znalazł szczęście w miłości. Co rzecz jasna nie jest możliwe. Podhorecki skrywa mroczny sekret i jest szantażowany przez znienawidzonego przez Polaków szpiega Łużyna. Tajne służby, podpisane w chwilach słabości oświadczenia o współpracy, rosyjskie srebrniki odgrywają dużą rolę w antagonizowaniu emigracyjnego środowiska. Polacy zdążyli już roztrwonić kapitał sympatii, który otrzymali po powstaniu i teraz we Francji stanowią kłopotliwych gości, marionetki służb specjalnych.

Goźliński korzysta ze znanego i jak się wydaje, gwarantującego sukces zabiegu fabularnego, żeby w tle postaci fikcyjnych dodać postacie historyczne. Szczególnie te, które mogłyby ojcami chrzestnymi powieści, jak Aleksander Dumas czy Charles Baudelaire. Honoriusz Balzac nie zaszczycił swoją obecnością kart „Jula”, lecz jego duch bezsprzecznie przeniknął tę powieść. Tym bardziej, że Balzac tworzył mniej więcej w tym czasie, co pewien Litwin, nader często to z uwielbieniem, to z nienawiścią wspominany. Wybierając ten moment i to miejsce Goźliński, mógł obficie korzystać z zasobów słownika biograficznego. Do życia powołał zaś indywidua, w tym i takie, których nie chciałoby się spotkać w ciemnej uliczce. Miejsce Paryża jako stolicy świata było niezaprzeczalne, choć blask cesarstwa zbladł i chodziło przede wszystkim o pieniądze, ich zarabianie i wydawanie na uciechy świata, których stolica mogła zaofiarować niemało. Podhorecki, a za nim czytelnik, przemierzają zaułki Paryża, niczym w powieści tajemnic, która jako gatunek też leży u podstaw tej powieści. Autor w podziękowaniu zdradza swoje inspiracje, których się w części domyślamy. Taka powieść z natury swej jest cudzożywna, lub inaczej: żeby ją napisać, autor musiał się sporo naczytać, a przede wszystkim podzielić miłością do literatury, która bywa zaraźliwa jak katar.

Odszukiwanie aluzji literackich w „Julu” stanowi świetną rozrywkę, podobnie jak sama intryga i jej rozwiązanie. Sądzę, że dobrze rokuje na przyszłość polskiej literatury popularnej, jeśli pojawia się książka, która korzysta z pomnikowych postaci także użytkowo i nie koturnowo. Jeśli dodać do tego doświadczenie autora jako reportażysty (szefuje działowi reportażu „Gazety Wyborczej”) i doktorat z dramatu romantycznego u profesor Marii Janion, to trudno wskazać na większą zachętę.
Paweł Goźliński: „Jul”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2010 [seria: ze strachem].