Wydanie bieżące

15 maja 10 (154) / 2010

Natalia Gruenpeter,

ZAKŁADNICY PRZESZŁOŚCI

A A A
Oczekiwania i przyzwyczajenia to najbardziej zdradliwi towarzysze odbiorcy, kiedy na ekranie wyświetlany jest film Todda Solondza. Nie inaczej jest w przypadku „Life During Wartime”, najnowszego dzieła niepokornego Amerykanina. Trudno jednak nie sięgać do filmowej pamięci, kiedy reżyser sam postanawia powrócić do bohaterów „Happiness” (1998). Powrót ten jest wyraźnym gestem autotematycznym już od pierwszego ujęcia: niemal identyczna kompozycja kadru, podobnie krzykliwy, tandetny wystrój restauracji, w której Joy (Shirley Henderson) przeżywa kolejne rozczarowanie swoim nieudanym związkiem. W czołówce „Happiness” jej partnerem był Andy, któremu Jon Lovitz nadał nieco wyostrzone cechy swoich komediowych ról z „Saturday Night Live” – mściwość, zuchwalstwo, fałszywą brawurę. Teraz Joy jest żoną Allena (Michael K. Williams) zmagającego się z kompulsywnym onanizmem podczas wykonywania perwersyjnych telefonów do przypadkowych kobiet. Jego problem wywiedziony jest bezpośrednio z fabuły „Happiness” (tam w roli Allena wystąpił Phillip Seymour Hoffman), ale w quasi-sequelu Solondz karykaturalnie powiększył listę grzechów bohatera. Allen jest czarnoskórym kryminalistą, uwikłanym w handel narkotykami i napady z bronią w ręku. Jego tożsamość nasuwa na myśl telewizyjną kreację Michaela Williamsa – postać Omara z serialu „Prawo ulicy”.

Solondz ponownie buduje znaczenia na wizerunku aktora oraz wiedzy odbiorcy. Dlatego też, kiedy w pewnym momencie Joy mówi, że doznaje déjà vu, widz rozpoznaje w jej słowach porozumiewawczy gest, zachętę do intertekstualnej gry. Chociaż znając dorobek Solondza, wie doskonale, że nie może liczyć na wygodne i bezpieczne miejsce w opowiadanej historii, niestałość tę próbuje zastąpić poczuciem wyższości wobec świata przedstawionego. Otwierająca scena „Life During Wartime” upewnia odbiorcę w takim stylu lektury poprzez typowe dla strategii autorskiej Solondza chwyty, takie jak nawiązanie do poetyki telewizyjnego serialu, nadużycie wizerunku aktora czy powtórzenie motywu wizualnego z „Happiness”.

„Life During Wartime” nie jest oczywiście konwencjonalnym sequelem, ale w wątkach trzech sióstr i ich najbliższych dostrzec można zdecydowaną ciągłość zarówno charakterów, jak i losów. Pojawiająca się już w czołówce Joy, wbrew znaczącemu imieniu, nie może odnaleźć szczęścia i nie potrafi poradzić sobie z przeszłością, przede wszystkim z samobójczą śmiercią Andy’ego, jej byłego kochanka, który wciąż powraca z zaświatów jako koszmarny wyrzut sumienia. W roli Andy’ego Solondz obsadził Paula Reubensa, aktora o wyraźnym – podobnie jak Jon Lovitz – komediowym emploi, ucieleśnionym w komicznej personie Pee Wee Hermana.

Trish (Allison Janney) rozpoczęła nowe życie na słonecznej Florydzie, ale wciąż żyje w cieniu szokującego odkrycia, że jej mąż, ojciec trójki dzieci, jest pedofilem. Tymczasem Bill (Ciarán Hinds) wychodzi właśnie z więzienia i wyrusza na poszukiwanie swojego najstarszego syna. Trzecia z sióstr, Helen (Ally Sheedy), której wszyscy zarzucają wyniosłość, bezduszność i szyderczy stosunek wobec ludzi, nakreślona jest jaskrawą, grubą kreską. Choć postaci Helen poświęca Solondz najmniej uwagi, nietrudno dostrzec, że odbijają się w niej najpoważniejsze zarzuty wysuwane przez krytyków pod adresem samego reżysera – zjadliwe poczucie wyższości wobec bohaterów, szyderstwo i drwina z ich słabości.

W moim odczuciu zarzuty te stały się zasadne dopiero teraz, z chwilą powstania „Life During Wartime”. Nigdy wcześniej Solondz nie kreował tak karykaturalnych postaci, jak na początku swojego najnowszego filmu. Choć rola Jona Lovitza w czołówce „Happiness” była parodystyczna wobec telewizyjnych wcieleń aktora, powodowała jednak nerwowy śmiech niepewności i niedowierzania, przewrotnie zapowiadając temat trudnych, bolesnych relacji międzyludzkich. Początek „Life During Wartime” budzi jedynie pusty chichot. Podobnie scena, w której Trish opowiada swojemu trzynastoletniemu synowi o erotycznym dreszczu, jaki ponownie wstrząsa jej ciałem, po czym, reflektując się, pyta retorycznie: „Dlaczego ja w ogóle rozmawiam o tym z dzieckiem, hello?”. W „Happiness” byliśmy świadkami kilku rozmów o znacznie poważniejszym ładunku niestosowności (dialogi Billa i jego syna dotyczyły tematów takich jak masturbacja, wielkość penisa czy w końcu pedofilia), ale były one subwersywnym echem telewizyjnej mitologii lat pięćdziesiątych, wyrażonej w rodzinnych serialach takich jak „Leave It to Beaver” czy „Father Knows Best”. Niepokojąca treść filmu Solondza kwestionowała wyidealizowane reprezentacje rodziny, demistyfikowała mit niewinnego dzieciństwa.

Nie wszystkie wątki najnowszego filmu reżysera utrzymane są w jednoznacznie komediowym, drwiącym tonie. Jednakże tak charakterystyczna dla Solondza kontrowersyjna mieszanka śmieszności, potworności, banału i bolesnej prawdy jest w „Life During Wartime” rozbrojona poprzez rozpisanie jej na role i sceny. Bohaterowie zdają się przynależeć do zupełnie różnych światów, rządzących się odmiennymi prawami. Jednym reżyser zdecydowanie odmawia samoświadomości, co czyni ich słowa i decyzje śmiesznymi, skrajnie nieodpowiednimi lub – w najlepszym przypadku – po prostu błahymi. Innych natomiast obdarza niepokojącą, przenikliwą nadświadomością, każe im wypowiadać kwestie odnoszące się do najbardziej abstrakcyjnie ujętego tematu filmu – egzystencjalnego problemu przebaczenia i zapomnienia.

Podobne sceny pojawiały się już w poprzednich filmach Solondza. Sądzę, że najlepszym przykładem jest wypowiedź Marka Wienera z „Palindromów” (2004), który wprost wyraził tkwiące u samych podstaw filmu przekonanie o niezmienności ludzkich cech charakteru. Zgodnie z pesymistyczną diagnozą Marka, który wydaje się porte parole samego Solondza, można schudnąć, przytyć, opalić się, powiększyć piersi, a nawet zmienić płeć; to jednak niczego nie zmienia, ponieważ ludzie pozostają niezmienni jak palindromy. Bohater komentuje tym samym niezwykły koncept filmu, w którym postać Avivy grają zupełnie niepodobne do siebie osoby w różnym wieku, o różnym kolorze skóry, obu płci. Mark Wiener, obecny już w „Witaj w domku dla lalek” (1995), powraca także w najnowszej produkcji reżysera. Tym razem jednak w karykaturalnej postaci dojrzałego, samotnego mężczyzny, który każdą rozmowę puentuje myślą, że nic już nie jest ważne, ponieważ wkrótce światem zawładną Chiny.

W „Life During Wartime” fundamentalne dla filmu kwestie porusza młodszy syn Trish, trzynastolatek, który przekracza próg symbolicznej, wyznaczonej przez rytuał bar micwa, dorosłości. Wychowywany w przekonaniu, że jego ojciec nie żyje, nagle dowiaduje się bolesnej prawdy o jego pedofilii i pobycie w więzieniu. Zmagając się z tą wiedzą, Timmy (Dylan Riley Snyder) zadaje pytanie niezwykle ważne: czy lepiej zapomnieć i pozbyć się bólu, czy może pamiętać, ale i wybaczyć? I czy w ogóle można wybaczyć pedofilowi? Problem ten, wyrażony słowami Timmy’ego, wydaje się jednak abstrakcyjnym ćwiczeniem intelektualnym. Prawdziwe, emocjonalne napięcie pojawia się natomiast w spotkaniu Billa oraz jego najstarszego syna Billy’ego. Kostium potwora, w jaki często przyoblekany jest we współczesnej kulturze pedofil, skrywa człowieka, który boi się wpływu, jaki mógł wywrzeć, zarówno swoimi czynami, jak i biologicznymi prawami genetyki, na najbliższą osobę.

Oglądając dzieła Solondza, można odnieść wrażenie, że kręci on wciąż ten sam film: z tymi samymi bohaterami, osnuty wokół podobnych problemów, a nawet otwierany identyczną czcionką napisów. Jednakże dostrzegam w „Life During Wartime” znaczące zmiany, choć może zapowiadane do pewnego stopnia już przez „Palindromy”. Do tej pory rodziny portretowane przez reżysera, choć dysfunkcjonalne, zawsze były pełne. Desperacko starały się naśladować swoje idealne wersje z rodzinnego albumu czy telewizyjnego serialu. W „Life During Wartime” natomiast nie ma ani jednej tradycyjnej rodziny. Wątłe podstawy ludzkiej egzystencji legły w gruzach, co otwiera nowe uniwersum problemów i tematów, z jakimi zmaga się Solondz. Już w „Palindromach” reżyser oddalił się od socjologizującego spojrzenia na współczesny kryzys wartości rodzinnych. Tak postawiona teza może zabrzmieć paradoksalnie w kontekście podejmowanego w filmie tematu aborcji, który w sferze publicznej zawsze pełni funkcję „papierka lakmusowego” postaw politycznych i światopoglądowych. Mimo wszystko odczytywanie „Palindromów” jako filmu o sprawie aborcji redukuje jego złożoność. Opowieść o Avivie jest, w moim przekonaniu, dziełem tak bolesnym i odważnym nie dlatego, że dotyczy aborcji, ale dlatego, że podaje w wątpliwość mit „nowego początku”, radykalnego odrodzenia i wymazania błędów przeszłości, a także współczesne koncepcje tożsamości jako wartości płynnej, podlegającej wolnej woli i wyborom związanym ze stylem życia.

Podobnie rzecz ma się z najnowszym filmem Solondza. Powrót do bohaterów „Happiness” jest jedynie pretekstem do rozwinięcia opowieści o przeszłości, krzywdzie i przebaczeniu. Temu przesunięciu w temacie towarzyszy zmiana obrazowania. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na znakomite zdjęcia Eda Lachmana, który współpracował między innymi z Toddem Haynesem przy „Daleko od nieba” (2002) i „Bob Dylan. I'm Not There” (2007), filmach niezwykle ciekawych pod względem sztuki operatorskiej. W „Life During Wartime” Lachman wykreował obrazy o mocnych kontrastach. Ostre światło rzeźbi w twarzach bohaterów zmarszczki i wydobywa cienie pod oczami, ukazuje ich zmęczenie i rozczarowanie. Tak charakterystyczne dla wczesnych filmów Solondza refreny wizualne wynikające z rytuałów życia rodzinnego zastąpione zostały sekwencjami marzeń sennych i halucynacji, w których skrzywdzeni nawiedzają swoich krzywdzicieli. Samotność, poczucie winy i wszechogarniający lęk, choć zawsze były stałymi elementami świata przedstawionego filmów Solondza, teraz stają się jego fundamentem. Bohaterowie „Life During Wartime” ścigani są przez przeszłość, której cień jest tym dłuższy, im bardziej oni sami starają się uciec w pełne słońce Florydy, niemożliwej do spełnienia obietnicy nowego życia.
„Life During Wartime”. Scen. i reż.: Todd Solondz. Obsada: Shirley Henderson, Michael K. Williams, Paul Reubens, Ally Sheedy, Allison Janney. Gatunek: komediodramat. USA 2009, 96 min.