Wydanie bieżące

15 maja 10 (154) / 2010

Tadeusz Kosiek,

WIOSENNE DISCO

A A A
Krótki przegląd około tanecznych nowalijek
Danton Eeprom “Yes Is More”. InFine Music 2010.

Debiutancki album Dantona Eeproma potwierdza jego producencką maestrię i inwencję oraz jego wszechstronność jako aranżera. Julien Brambilla (takie bowiem imię i nazwisko nosi Danton), który już wcześniej zyskał szerokie uznanie jako DJ, producent i twórca nieszablonowych remiksów, teraz – za sprawą „Yes Is More” – zapewne trafi do producenckiej ekstraklasy. Lekkość, z jaką żongluje kliszami Indie rocka, popu, techno, disco, R’n’B, new wave, house, itd. oraz zupełny brak zahamowań w zestawianiu ze sobą elementów wymienionych stylistyk, w połączeniu z konsekwencją i precyzją aranży, różnorodnością i głębią brzmień, sprawiają, że w tym przypadku mamy do czynienia z produktem prawie doskonałym. Niestety, zaledwie prawie doskonałym, ponieważ w kilku przypadkach aranżacyjnym przepychem i wyrafinowaniem nie udało się przesłonić miałkości kompozycji.

Jednak tych kilka naprawdę przednich utworów, która na „Yes Is More” się znalazły oraz zuchwały eklektyzm zaserwowanego przez Brambillę materiału decydują o tym, że tej płyty pomimo paru wpadek nie można uznać za nieudaną. A że każdy kolejny odsłuch pozwala na odkrycie czegoś nowego, to wróżę Dantonowi świetną przyszłość, choć nie wiem, czy nie wolałbym się z nim ponownie spotkać nie w roli wykonawcy, lecz producenta roztaczającego opiekę nad kimś obdarzonym większym talentem kompozytorskim.



Prins Thomas “Prins Thomas”. Full Pupp 2010.

Thomas Moen Hermansen, ukrywający się pod pseudonimem Prins Thomas, to norweski DJ i producent, który wraz ze swoimi krajanami: Hansem-Peterem Lindstrømem i Terje „Toddem” Olsenem uważany jest za współtwórcę nurtu cosmic disco. Na swój debiutancki pełnowymiarowy album Prins, kazał czekać słuchaczom dziesięć lat, w tym czasie głownie zajmując się graniem setów didżejskich i tworzeniem remiksów nagrań innych artystów oraz nagrywając w duecie z Lindstrømem dwie kanoniczne dla cosmic disco płyty. Album „Prins Thomas” ukazuje jego nowe oblicze. Oblicze nieco zaskakujące, ponieważ, choć muzyka nadal niewątpliwie jest cosmic, to stosunkowo (może wręcz zbyt) mało w niej disco. Tą płytą Hermansen zdaje się dołączać do dość ostatnio licznego grona „rewilizatorów” szeroko pojmowanej kosmische musik. Krautrockowe powidoki pojawiają się w każdej niemal sekundzie poświęconej nasłuchanie omawianego albumu, gdyż kompozycje i aranżacje Prinsa, aczkolwiek niewątpliwie współczesne, nieustannie – no może z wyjątkiem utworu „Wendy not Walter” - przywołują wspomnienia nagrań grup Neu!, La Düsseldorf, Cluster, Harmonia, Ash Ra Tempel, Phantom Band, jednak pomimo oczywistych reminiscencji płyta „Prins Thomas” to nie tylko dzieło fana, odbywającego nostalgiczną podróż w przeszłość, ale i spójna wizja muzyki totalnej, na równych prawach łączącej elementy starego i nowego.



Risco Connection “Risco Connection”, Musica Paradiso 2010.
Na koniec prawdziwa, a nie tylko stylizowana podróż w przeszłość, czyli kompilacja nagrań z dwunastocalówek wydanych pierwotnie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku przez niezasłużenie – czego dowodzi ta płyta - zapomnianą jamajską formację Risco Connection, której twórcą i liderem był perkusista, producent i aranżer Joe Isaacs. Był to dość dziwaczny jak na ówczesne czasy projekt – grupa reggae wykonująca covery piosenek disco. Kierowana przez Isaacsa grupa, w składzie której znaleźli się cenieni sesyjni instrumentaliści i wokaliści zaprezentowała własne interpretacje hitów z repertuaru popularnych przed trzydziestu laty wykonawców (grup Chic, Inner Life, duetu McFadden and Whitehead oraz Diany Ross) oraz autorskie utwory utrzymane w podobnej stylistyce reggae funk. Oryginalna fuzja disco, reggae i dubu przyniosła Risco Connection uznanie w kręgu undergroundowego disco oraz kultową popularność wśród bywalców klubów takich jak The Loft, nie zapewniła jednak grupie zasłużonego powodzenia i nie umożliwiła nagrania płyty długogrającej. Dopiero w ostatnich latach o Risco Connection stało się trochę głośniej, gdy ich muzykę za sprawą didżejów odkryli współcześni klubowicze no i wreszcie doczekaliśmy się pełnowymiarowego albumu, na który złożyło się kilka piosenek – niestety bez największego przeboju grupy „Ain’t No Stopping Us Now”, czego nie mogę przeboleć – wraz z ich wersjami instrumentalnymi.

Dubowemu groove muzyki Risco Connection nie sposób się nie poddać, więc gdybym z omawianej trójki płyt miał wybrać i polecić tylko jedną, to byłaby to właśnie ta, stanowiąca idealną oprawę dźwiękowa nadchodzącej (oby) wreszcie wiosny.