Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (155) / 2010

Michał Paweł Urbaniak,

JABŁKO NIE SPADA Z JABŁONI

A A A
Być może najłatwiej byłoby opisać najnowszą powieść Alana Sasinowskiego poprzez całkiem otwarte literackie polemiki, w jakie wchodzi z innymi tekstami. Spośród wielu odniesień, najważniejsza wydaje się konfrontacja z „Lalą” Jacka Dehnela. Sasinowski zarzuca Dehnelowi brak opisu wpływu śmierci tytułowej bohaterki na psychikę autora „Fotoplastikonu”. Tak jakby liczył się jedynie ten odchodzący wraz z babcią mikroświat pełen uciesznych anegdotek, kunsztownych karafek i zawikłanych losów ludzkich, a śmierć jako taka była tylko nieuchronną awarią, o której nie powinno się mówić. Z kolei książkę Sasinowskiego otwiera scena pogrzebu ojca tytułowego bohatera. Tym samym „Rupieć” stanowi coś w rodzaju literackiego pogłosu, przedstawienia zapomnianego rozdziału, dla którego w „Lali” Dehnela zabrakło miejsca.

Paradoksalnie cudza śmierć to zdarzenie, które sprzyja rozrachunkowi z własnym życiem, pociąga za sobą refleksje, narzuca zmianę dotychczasowego postępowania. Jednak Sasinowski posuwa się o krok dalej, przedstawiając pogrzeb ujmowany od tej strony, o której nie chciałoby się pamiętać. Autor „Sukcesu” bezlitośnie demaskuje całą teatralność funeralnego sztafażu, udowadniając, że granica pomiędzy realnymi emocjami, a zwyczajną, wyuczoną grą jest bardzo cienka. Żałobnicy po prostu wchodzą w swoje, niejako odświętne role, pozwalają sobie na wypełnione patosem gesty, wypowiadają wytarte, kiczowate kwestie, dokonują chwilowego zawieszenia broni między sobą, składają miałkie obietnice ważne tylko na ten wyjątkowy czas, wreszcie podczas stypy groteskowo zajadają śmierć sałatkami, zalewają ją strumieniami najpospolitszej wódki.

Jednym z żałobników jest tytułowy bohater – nie narrator, ale człowiek, z którego perspektywy wszystko się rozgrywa. To właśnie on podejmuje się wyprawy do Krakowa, w którym nigdy nie był jego zmarły ojciec. Cała sytuacja pobrzmiewa tanią literackością, uderza ograniem motywów, a jednak ma to swój cel i sens. Rupieć, choć dosadnie wykpiwa zestarzałe formy i tandetne konwencje (zresztą nie tylko funeralne), sam im podlega, co więcej, nie potrafi się od nich wyzwolić. To właśnie owe formy nakazują mu wydusić z umierającego ojca jakieś ostatnie życzenie, które miałoby w sobie odpowiedni ładunek wzniosłości i nie sprowadzałoby się tylko do zjedzenia kiełbasy z grilla albo posłuchania nowej płyty. Owa scena – kluczowa dla całej powieści – to zatem nie tylko sztuczne powielenie znanego schematu, ale również przeskoczenie go poprzez czarny humor. Taki zabieg znamionuje również ironiczny dystans w stosunku do bohatera, który nie tylko rymuje śmierć z kebabem i frytkami, ale również doszukuje się w niej czegoś wzniosłego.

Nie jest jednakże „Rupieć” kolejną literacką laurką wystawioną osobie szczególnej, wartej zapamiętania. Zmarły ojciec Rupiecia to zwyczajny nieudacznik, ambasador chybionych pomysłów na życie, który nie doszedł do niczego konstruktywnego. Jego wydane we własnym zakresie wiersze – fundament pod przyszły horacjański pomnik – rażą grafomanią, a stereotypowa postać natchnionego artysty gubi się gdzieś w rytmach słuchanej namiętnie muzyki disco-polo. Nawet wielka pozamałżeńska historia miłosna opiewana w tych nieudanych wierszydłach zmieni się w farsę, gdy ojciec Rupiecia, ze względu na trudności finansowe po rozwodzie, będzie musiał mieszkać z byłą żoną.

Wydaje się, że poprzez tę postać Sasinowski podejmuje kolejną literacką grę, tym razem z „Gnojem” Wojciecha Kuczoka. Obie powieści łączy między innymi motyw chęci zabójstwa ojca. Ponadto ojciec Rupiecia w pewnych aspektach do złudzenia przypomina starego K., owego „magistra sztuk przepięknych”, jednak – co ważniejsze – równocześnie stanowi jego wyrafinowaną parodię. O ile stary K. prowadził twardą apodyktyczną politykę rodzinną spod znaku pejcza, o tyle ojciec u Sasinowskiego wydaje się stłamszony nie tylko przez sfrustrowaną żonę i niechętnego mu syna, ale również przez nieprzychylną rzeczywistość.

Warto zauważyć, że śmierć ojca pociąga za sobą olbrzymie konsekwencje. Rupieć nie tylko zmienia swój status, automatycznie wchodząc w nową dla siebie rolę głowy rodziny, ale musi przede wszystkim dookreślić się względem zmarłego rodzica. To pretekst – również dla czytelnika – do zadania sobie nieco absurdalnego pytania: ile jest nas w nas samych? Wydaje się, że Sasinowski próbuje przekazać, iż dzieciństwo nie tylko determinuje całe późniejsze życie, ale także w pewnym sensie tłamsi prawdziwą osobowość. Charakterystyka jednostki może się odbyć tylko poprzez rodziców. Tym samym przysłowiowe jabłko nie padałoby niedaleko od jabłoni, ale pozostawałoby ciągle na drzewie, nawet gdyby jabłoń już uschła.

Nie jest zatem istotne to, że Rupieć jedzie akurat do Krakowa w zastępstwie zmarłego ojca – bo i nie o spełnienie przedśmiertnego życzenia tu chodzi. Owa wyprawa ma charakter czysto symboliczny – to próba nie tyle pożegnania czy odnalezienia na nowo nie lubianego rodzica, co próba odnalezienia samego siebie. Bohater musi niejako zabić w sobie ojca, aby w pełni stać się sobą.

Wydaje się, że ten akt niesie z sobą jeszcze więcej symboliki. Wewnętrzne zabójstwo byłoby równoznaczne z nadaniem nowego imienia. Rupieć użyty jako określenie znamionuje tandetę. Tandetne były wiersze ojca Rupiecia, jego zwyczaje muzyczne (uwielbienie zarówno dla Czesława Niemena, jak i dla Shazzy), nietrafione pomysły i wreszcie on sam. Rupieć chce być sobą stuprocentowym – bez piętna wcześniejszych zależności, sprawiających, że coś jest nim bardziej niż on sam. Uciekając od ojca, być może ucieka również od potencjalnych porażek, na które jest odgórnie skazany poprzez urodzenie się w rodzinie nieudacznika.

Trzeba jednak zadać sobie pytanie, czy takie wewnętrzne zabójstwo i tym samym ucieczka są w ogóle możliwe. Sam Rupieć zdaje sobie sprawę z bezzasadności swoich działań – wie, że jest podszyty ojcem i w każdym ruchu, każdym poglądzie, każdym geście, tak drobnym jak choćby ułożenie rąk na kierownicy samochodu, odbija się echo dzieciństwa, a tym samym i ojca. Należy również zauważyć, że narzeczona Rupiecia – Greta – w kłótniach wysuwa wobec ukochanego te same oskarżenia, jakich wcześniej jego matka używała wobec ojca. Tym samym koło się zamyka niejako bez udziału woli bohaterów. Walka Rupiecia jest zatem zmaganiem się z niemal antycznym fatum. Bohater, którego działania pozostaną daremne, może zostać wpisany w szereg postaci tragicznych. Dodajmy, że stanie w nim obok swojego ojca.

Warto zauważyć, że autor „Sukcesu” umniejsza role innych, a przecież interesujących postaci – żony, matki czy kochanki zmarłego, odsuwa je od powieściowych wydarzeń. Jednak da się to funkcjonalnie wyjaśnić – zasadniczo poszukiwanie ojca i uciekanie od niego rozgrywa się wyłącznie pomiędzy mężczyznami, a ograniczenie nadane innym postaciom ma służyć uwypukleniu męskiej więzi.

Jest również „Rupieć” powieścią mocno wpisaną we współczesność. Nie chodzi tu tylko o kolejny cios wymierzony w instytucję rodziny, zakwestionowanie tradycyjnych wartości czy desakralizację tego, co w kulturze uznane za święte. Sporadyczne, bo ujęte we wspomnieniach akcenty z PRL-u wypierane są przez to, co dzisiejsze, przez to, co jest „jazzy”. Sasinowski nie tylko ośmiesza współczesną rzeczywistość, ale poprzez swoje dzieło aktywnie zabiera głos w dzisiejszych dyskursach, poruszając takie kwestie jak: homoseksualne coming-outy, lustracja polityczna czy aborcja. Również problemy związane wyłącznie z literaturą, jak istota tworzenia, zapewnienie sobie sukcesu czy zasadność krytyki literackiej, znajdują swoje miejsce na kartach książki.

Odważnie poruszana problematyka ogólnospołeczna przy jednoczesnym sporym ładunku literackiej fikcji sytuuje dzieło Sasinowskiego gdzieś obok powieści Kingi Dunin czy Michała Zygmunta, jednak jednocześnie stanowi największy mankament „Rupiecia”. Oscylowanie na granicy rzeczywistości powieściowej i autentycznej, współczesnej problematyki wymaga bardzo dużego wyważenia, zgrabnego połączenia obu tych perspektyw, ich wzajemnego uzupełniania się. Tymczasem trudno oprzeć się wrażeniu, że część z wywodów powieściowych bohaterów powinna raczej znaleźć się w odautorskich felietonach. Nawet nie w tym rzecz, że niektórzy bohaterowie nie prowadzą rozmów, tylko raczej przemawiają, przerzucając się poglądami. Oczywiście można założyć, że Sasinowski chciał pokazać nasiąkanie człowieka pewnymi ideami, tak samo jak dzieciństwem, jednak przez nieumiejętne wprowadzenie wątków niezwiązanych bezpośrednio z ojcem Rupiecia powieść wydaje się nieuporządkowana i mało spójna i w konsekwencji po prostu rozpada się na dwie wcale nie komplementarne płaszczyzny.

Oryginalność książki Sasinowskiego polega na tym, że to właściwie nie opowieść o toksycznym dzieciństwie, a o dzieciństwie nieudanym, które determinuje dalsze losy człowieka rzuconego w dorosłość i współczesność zarazem. Taki temat niesie ze sobą ogromny potencjał literacki, który można odpowiednio wykorzystać. Niestety Alanowi Sasinowskiemu to się nie udało, a szkoda, bo talentu odmówić mu nie można. Jednak „Rupieć” to dzieło słabo przemyślane i w konsekwencji zaledwie przeciętne. Nie ratuje go ani ciekawy pomysł, ani literacka polemika z takimi twórcami jak Jacek Dehnel czy Wojciech Kuczok. Powieść Sasinowskiego to może nie literacki rupieć, ale – nawiązując do przysłowia, które przekształca – ogryzek uparcie wiszący na drzewie.
Alan Sasinowski: „Rupieć”. Wydawnictwo Forma. Szczecin-Bezrzecze 2010 [seria: Kwadrat].