Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (155) / 2010

Kamila Czaja,

WIDEOKRACJA: PYTANIE BEZ ODPOWIEDZI

A A A
W zamierzchłych licealnych czasach brałam udział w debacie oxfordzkiej. Temat brzmiał: „Czy Polska jest krajem tolerancyjnym?”. Doskonale pamiętam, jak podczas losowania stron wszyscy modliliśmy się, żeby trafić na karteczkę z napisem „NIE”. Z góry wiadomym było, że publiczność i bez słuchania argumentów opowie się za tym czarnym scenariuszem. Od tego czasu jestem mocno sceptyczna, gdy spotykam się z tendencyjnie sformułowanymi tematami dyskusji. Kiedy więc przeczytałam, że pierwszego dnia 7. Planete Doc Review po filmie „Wideokreacja” odbędzie się debata „Krytyki Politycznej” pod hasłem „Czy żyjemy w wideokracji, czy demokracji?”, lekko się skrzywiłam. Czy od tego typu alternatywy kiedykolwiek udało się w dyskusji dojść do stanowiska optymistycznego?

Nie pomyliłam się. Obraz polskiej demokracji wyłaniający się z wniosków prelegentów zebranych w kinie „Rialto” okazał się łatwy do przewidzenia, czyli mocno depresyjny. Nie żałuję jednak dwóch godzin poświeconych na wysłuchanie tej debaty. Udowodniono, że czasem najważniejsze są nie tyle podsumowania, co sposób, w jaki się do nich dochodzi. Pokazano też – a i to zdarza się rzadko – że można dyskutować o polityce tak, żeby publiczność nie musiała zaciskać zębów z zażenowania poziomem rozmowy.

„Meno male che Silvio c'è” („Dobrze, że jest Silvio”)?

Na początek jednak warto napisać parę słów o filmie „Wideokracja”. Nie tylko dlatego, że nawiązywano do niego w debacie, lecz przede wszystkim dlatego, że warto. Dokument Erika Gandiniego z 2009 roku opowiada o włoskich mediach należących do premiera Silvio Berlusconiego. Głównym zadaniem emitowanych programów jest zapewnienie widzom prostej rozrywki, której znaczący element stanową roznegliżowane kobiety (i nie chodzi bynajmniej o filmy pornograficzne, ale na przykład o teleturnieje). Poznajemy historię robotnika, który chce zostać gwiazdą telewizji, bo sądzi, że śpiewa jak Ricky Martin. Oglądamy paparazzo, który stał się idolem dzięki temu, że został aresztowany. Przegląda się nagi w lustrze i podkreśla, że wykorzystuje media i ludzką głupotę z absolutną premedytacją. Słuchamy, jak najbardziej wpływowy agent telewizyjny, Lele Mora, mówi o sobie, że jest „białym człowiekiem mieszkającym w białym domu z białymi meblami” i zachwyca się Mussolinim, puszczając nagrany na telefonie faszystowski hymn. Sceny z Morą były dla mnie najbardziej wstrząsające w całym filmie, ale wśród wielu odkryć na temat włoskiej telewizji każdy widz mógł chyba znaleźć dla siebie jakiś wyjątkowo szokujący fragment. I mógł też sobie pośpiewać, bowiem pokazano klip z telewizyjnej kampanii Berlusconiego. Piękne kobiety wykonują „Meno male che Silvio c'è”, a u dołu ekranu wyświetla się tekst, by widz miał szansę się przyłączyć. I zapewniam: człowiek już po pierwszych taktach wbrew sobie nuci melodię pod nosem oraz czuje przerażającą chęć, by śpiewać pełnym głosem – choć wcale nie zna włoskiego. Chyba ten kawałek najmocniej uświadamia moc „wideokracji”, która do zwycięstwa nie potrzebuje wcale skomplikowanych metod.

Chociaż widz zdaje sobie sprawę (a przynajmniej powinien sobie zdawać sprawę), że w dokumencie „Wideokracja” ma do czynienia z „wideokracją” demaskowaną przy pomocy… „wideokracji” właśnie (bohaterowie zostali zarysowani jednostronnie, wielokrotnie zastosowano technikę kolorowego wideoklipu), to mimo tej świadomości jest w stanie wiele filmowi wybaczyć. Przecież kto mieczem wojuje…

Po filmie rozpoczęła się dyskusja. Rozmawiali: Małgorzata Tkacz-Janik (Klub „Krytyki Politycznej” na Śląsku), Józef Krzyk („Gazeta Wyborcza”) i Igor Stokfiszewski („Krytyka Polityczna”). Moderatorem był Borys Cymborski (również „Krytyka Polityczna”).

Debata – na temat

Debatę rozpoczął Cymborski – od narzucającego się, przewidywalnego pytania: „Czy i na ile film można odnieść do Polski?” (trzeba jednak podkreślić, że później wywiązywał się z roli moderatora już tylko wzorowo). Właściwie wszystkie odpowiedzi były pesymistyczne. Pierwsza zajęła stanowisko Tkacz-Janik, według której – chociaż programy w Polsce „nie dorastają” jeszcze rozrywkowością do włoskich, celebryckie rytuały jeszcze aż tak się nie wykształciły, a życie polityczne zachowuje wciąż pewną „sztywność” – to tylko kwestia czasu, aż zrozumiemy, w jak bardzo zmediatyzowanej rzeczywistości żyjemy. Na razie po prostu niewielu o tym mówi, bo odbiorcy mediów są z reguły bezkrytyczni. Krzyk zajął pozycję bardziej radykalną, twierdząc, że od Włoch różni nas tylko klimat i brak Berlusconiego (tę drugą różnicę podkreślali potem wszyscy debatujący jako pocieszenie, chociaż niewielkie). Pozornie polskie media stosują inne środki ekspresji, ale tak naprawdę chodzi tylko o to, żeby zaistnieć w telewizji. Stokfiszewski powołał się na Žižka, który twierdził, że to, co stało się z włoską demokracją, wyznacza kierunek, w którym podąża cała Europa – a jako drugi kraj tej niechlubnej „awangardy” wymieniał Polskę. Słowem: jest źle, a będzie gorzej.

Od pytania bezpośrednio związanego z filmem udało się płynnie przejść do innej medialno-demokratycznej kwestii. Wskazano na homogenizację polskich mediów i polskiej polityki. Stokfiszewski podkreślał, że właściwie wszystkie partie i stacje telewizyjne opierają się na tych samych filarach, więc w kampaniach zachodzi silna konieczność „symulowania różnic”. Tkacz-Janik źródło konieczność takiego „kreowania różnic” upatrywała w nieodpuszczaniu do mediów partii spoza głównego nurtu – najwięksi gracze zdominowali rynek. Mediów starał się bronić Krzyk, sugerując, że politycy sami są winni podporządkowaniu swoich działań kamerom i mikrofonom. „Idź między ludzi, polityku” – apelował dziennikarz, podkreślając różnicę między działaczem a celebrytą. Zdaniem redaktora „Gazety Wyborczej” politycy powinni raczej „służyć ludziom”, zwracać na siebie uwagę wyborców, nie zaś dziennikarzy. Krzyk był jednak w swojej wizji odosobniony. Pozostali debatujący podkreślali bowiem, że ciężka praca niezauważona przez media oznacza w dzisiejszych czasach pracę niezauważoną przez nikogo. Nie da się już dotrzeć do obywateli bez wsparcia medialnego. Zwłaszcza Stokfiszewski domagał się przyznania, że współcześnie utraciliśmy autonomię funkcji polityka i celebryty. Interakcje mediów i polityki zachodzą już na tak złożonym poziomie, że instytucji tych nie da się od siebie odróżnić.

Za główny problem uznano unifikację oferty „wizyjno-ideowej”. Nie tylko główne partie proponują w gruncie rzeczy takie same programy, ale i najważniejsze media prezentują takie same wytwory, udając, że różnią się od konkurencji rynkowej. Krzyk ponownie stanął w opozycji do pozostałych, winą za ten stan polskiej demokracji obarczając odbiorców. Media i politycy serwują to, czego chcą ludzie. Tkacz-Janik uznała taki punkt widzenia za samooszukiwanie się ludzi mediów, którzy nie chcą pamiętać, że o wszystkim decyduje rada nadzorcza, a potrzebami widzów manipuluje się później. Stokfiszewski natomiast w unifikacji rynku widział normalne stadium rozwoju. Odbiorcy to faktycznie w większości mocno zachowawcza grupa, ale nie należy obarczać ich winą za całe zło medialnej rzeczywistości. Rozmówcy marzyli o telewizji, która zachowałaby etykę przekazu, dbała o pokazywanie adekwatnej reprezentacji społecznej i poruszała problemy, których nie udaje się ukazać w polskim „plastikowym” przekazie medialnym.

Chociaż ten wątek miał dla jakości debaty negatywne konsekwencje (zaczęto szukać winnych, a oprócz widzów i mediów ataków nie uniknął również Kościół oceniony jako domagający się wpływów we wszystkich sferach), wiązał się z interesującym zagadnieniem. Unifikacja i problem braku odpowiedniej reprezentacji społeczeństwa w mediach doprowadziły do sformułowania przez Stokfiszewskiego ciekawej diagnozy wiążącej taki stan rzeczy z „wyczerpaną pojemnością demokracji”. Ponieważ zarówno publiczne, jak i komercyjne media nie „wkluczają” pewnych grup i pewnych nieobecnych w telewizji tematów, samo zadanie przyswajania kolejnych „Innych” staje pod znakiem zapytania.

Inny interesujący problem poruszył Krzyk. Kiedy Stokfiszewski oburzył się: „Czy to, że proboszcz mówi, że coś jest liberalne, to znaczy, że coś jest liberalne?”, redaktor „Gazety Wyborczej” upomniał się o prawo do nadawania etykietek także dla przeciwników politycznych. Skoro bowiem wolno nam uznawać coś za konserwatywne, to musimy się liczyć z wolnością innych do subiektywnego nazywania rzeczy. Ta krótka, właściwie dygresyjna na tle całej debaty wymiana zdań, pokazała, jak trudno jest mówić o istocie demokracji, w której nie byłoby podziału na wykluczających i wykluczanych.

Nie znaleziono jednoznacznej recepty na przesunięcie akcentu z „wideokracji” na demokrację. Poruszono jednak wiele spraw ściśle związanych z tematem debaty oraz pytaniem, które na zakończenie postawił moderator: „Jaka ma być demokracja z mediami?”.

Debata – na marginesie

W trakcie debaty pojawiło się także kilka wątków pobocznych – między innymi problem nieodłącznego dyskursu katolickiego w polskich mediach. Przypomniano o popularności postaci księży w serialach, a jeden z siedzących na sali słuchaczy zauważył, że nawet, gdy nie ma widocznych elementów katolickich, bohaterki polskich produkcji są na przykład „karane przez los za aborcję”. Temat ten nie został rozwinięty, zwrócono tylko uwagę na to, że udział w debacie zaproponowano przedstawicielowi „Gościa Niedzielnego”, który nie skorzystał z zaproszenia. Stało się to podstawą do wysunięcia wniosku, że „główni gracze” nie chcą podejmować dyskusji, uniemożliwiając nawet rozmowę o sytuacji, a tym bardziej zmianę istniejącego stanu.

Innym z wątków pobocznych stał się problem obecność kobiet w polityce. Temat nie wziął się znikąd – w dokumencie Gandiniego kobiety pełniły rolę ozdobną, marzyły tylko o poślubieniu piłkarza, ewentualnie były matkami. Tkacz-Janik podkreślała konieczność edukacji kobiet, by nie doszło u nich do „samoakceptacji sprowadzenia do ciała” i do używania ich tylko jako „wygodnego tła do utrzymania status quo”. I znów Krzyk wystawił się na atak, oskarżając kobiety o brak aktywności i o to, że same głosują na mężczyzn. Pozostali debatujący podkreślali raczej rolę partyjnego wyłaniania kandydatów (rzadko kandydatek) oraz socjalizacji w kształtowaniu proporcji kobiet i mężczyzn w polityce.

Dla mnie ten feministyczny wątek, chociaż dla samej debaty marginesowy, okazał się niezwykle istotny. Doprowadził bowiem jedną z słuchaczek – działaczkę polityczną – do poruszenia problemu tego, że podczas dyskusji podczas kampanii wyborczych w różnych miastach traktowana była jak „kosmitka”, gdyż chciała mówić o „gender mainstreaming”. Krzyk zauważył, że ludziom w różnych częściach kraju żyje się inaczej niż na przykład w Katowicach, nie można więc wymagać zainteresowania tego typu problemami. Tkacz-Janik z kolei upierała się, że kwestia włączania polityki płci do działań z zakresu polityki czy ekonomii jest istotna nawet dla mieszkańców słabiej rozwiniętych regionów, wiąże się bowiem między innymi z „feminizacją biedy” – zjawiskiem polegającym na tym, że właśnie na kobiety najsilniej spadają skutki trudnej sytuacji materialnej. Według Tkacz-Janik „będziemy się mijać” w rozmowie, dopóki nie docenimy wagi tego typu problemów.

Ten wątek dyskusji zafascynował mnie nie z powodów społecznych (choć nie bagatelizuję problemu aktywności bądź pasywności kobiet w polityce). Interesująca wydała mi się przede wszystkim sprawa używanego języka, obejmującego takie określenia, jak „gender mainstreaming” czy niewiele więcej mówiąca niespecjalistom „feminizacja biedy”? Jak często ludzie, którzy chcą trafić do szerokiej grupy (przecież nie tylko politycy, ale też na przykład naukowcy) popełniają błąd stosowania słów z niewłaściwego rejestru? Jak często słyszy się coś ważnego dla jednostkowej sytuacji zwykłego człowieka, ale nie ma się pojęcia, że to ważne? Sens zostaje obudowany murem fachowego nazewnictwa, a rozmowa toczy się ponad głowami ludzi, których dotyczy. Czy żeby dyskurs był blisko życia musi być dyskursem konkretnym, operującym prostymi przykładami, nazwiskami, markami towarów i usług? Czy można debatować na tematy specjalistyczne tak, by ludziom spoza zamkniętego środowiskowego kręgu wydawało się to ważne? Problem pozostawiam, rzecz jasna, nierozwiązany.

Niewiarygodne, ale prawdziwe

Bez jednoznacznej odpowiedzi zostały właściwie wszystkie postawione podczas debaty pytania. Nie od dziś wiadomo jednak, że jednoznaczne odpowiedzi są przereklamowane, a dobrze postawione pytania zaś – bezcenne.

Cenna była natomiast ta zorganizowana podczas 7. Planete Doc Review dyskusja. Oczywiście, można jej postawić kilka zarzutów. Józef Skrzek od początku znajdował się właściwie na straconej pozycji, brakowało bowiem kogoś, kto wraz z nim stanowiłby przeciwwagę dla reprezentantów „Krytyki Politycznej”. Kilkakrotnie nie udało się uniknąć przekleństwa politycznych debat i doszło do ataków na politycznych i rynkowych oponentów – nieobecnych, więc niemogących się bronić. Zwłaszcza końcówka dyskusji, w której poruszano tematykę żałoby po katastrofie w Smoleńsku, niebezpiecznie zbliżała się do granicy dobrego smaku.

A jednak plusów było zdecydowanie więcej. Dominująca w rozmowie wielowątkowość nie doprowadziła do chaosu i stracenia z oczu głównego tematu. Erudycja uczestników, umieszczanie problemów polskiej demokracji (czy „wideokracji”) w szerszym kontekście, odwołania do przykładów z kultury – tej wysokiej i tej… niekoniecznie takiej. Rozmówcy, chociaż czasami zdarzało im się zagalopować w słowach, najczęściej byli w stanie „policzyć w myślach do dziesięciu” i prezentować swoje poglądy w sposób wyważony. Nie przerywali sobie, a mimo to potrafili dojść do głosu. Duża w tym zasługa prowadzącego, który pozwalał zaproszonym gościom mówić, a dyskusję moderował dyskretnie i równocześnie skutecznie. Zabrać głos mogli również słuchacze i kilkoro z tego prawa skorzystało, co wzbogaciło spotkanie o kilka nowych wątków.

Owszem, jestem mocno sceptyczna, gdy spotykam się z tendencyjnie sformułowanymi tematami dyskusji. Jednak gdyby kazano mi wypowiedzieć się w debacie: „Czy potrafimy na poziomie rozmawiać o polskiej polityce?”, musiałbym – ku własnemu zdumieniu – odpowiedzieć „tak”. A potem dodać: „Tylko szkoda, że tak rzadko”.