Wydanie bieżące

1 maja 9 (57) / 2006

Grzegorz Mucha,

DZIKA KOTKA

A A A
Nie ukrywam, że czekałem na występ Yvesa Roberta. Powiadamiałem bliższych i dalszych znajomych, ale prawie zawsze, reakcją był stan pewnego zadziwienia. „Kto to jest?” pytali nader często. Zastanowiło mnie to. Cudze chwalicie, a swojego nie znacie? Swojego, bo my przecież do Unii należymy.

Yves Robert to utalentowany francuski puzonista, a przy tym kompozytor i biegły instrumentalista. Do jego współpracowników należał m.in. gitarzysta Marc Ducret, saksofonista Michel Portal oraz inny gigant saksofonu – Louis Sclavis. Przyznaję, iż to dzięki temu ostatniemu znam puzonistę. Uważam zresztą udział w zespole Sclavisa za prawdziwy paszport do muzyki. Moją ciekawość koncertu pobudziła dodatkowa informacja, iż w jego trakcie będzie wyświetlony film Ernsta Lubitscha z 1921 roku „Dzika kotka”. Robert bowiem przyjechał wraz z triem, które powołał w 2005 roku specjalnie dla celów Międzynarodowego Festiwalu Filmu Niemego. Impreza ta odbywa się co roku we włoskim mieście Aosta. Jako miłośnik kina europejskiego, często tęskniący za dawnym, rzadko oglądanym filmem, musiałem to zobaczyć. Rezultat przeszedł moje oczekiwania. Muzyka, jaką prezentowało trio była świeża, dynamiczna i ilustracyjna zarazem. Tam gdzie trzeba wpadała w zabawne niuanse, skutecznie podbudowujące komediowy charakter filmu, łączącego groteskę z historią miłosną. Lubitsch zapewnił nam niekończącą się kinową fetę. Ucieczki i pogonie w obowiązkowym szalonym tempie budowały dramat głównych postaci, które co chwila były prowokowane do śmiechu, bądź spazmatycznego płaczu. Bez wątpienia największą atrakcją filmu była scenografia i zdjęcia, często przedzierające się poprzez częściowo przysłonięty ekran. Bardzo mi owa maniera odpowiada, bo dzięki niej obraz podkreślał umowność poszczególnych scen. Ma to i dziś swoich naśladowców w osobach np. Baza Luhrmanna czy duetu Jean-Pierre Jeunet i Marc Caro. Dodatkową ciekawostką był udział w filmie polskiej gwiazdy kina niemego – Poli Negri.



Robert grał nie tylko na puzonie. Niestety nie wszystkie, obsługiwane przez niego instrumenty, udało mi się zidentyfikować, m.in. ze względu na panujące w klubie ciemności. Stefanus Vivens obsługiwał komputer i syntezator. Dźwięki, jakie wydobywał idealnie współgrały z liderem. To nie był „elektroniczny przeszkadzajkarz”, ale w pełni rozumiejący intencje i główny zamysł, muzyczny partner. Trzecim muzykiem był perkusista Edward Perraud i to jego nazwałbym największą rewelacją. Dla mnie perkusista jest dobry nie tylko wtedy, gdy sprawnie podąża za rytmem (bądź go wyprzedza, jak kto woli), ale także taki, który ma swoje brzmienie. Perraud ma brzmienie, a jest ono niemal krystaliczne. Czysty, jasny ton bębnów i talerzy nadawał muzyce prawdziwego polotu i szlifu.

Muzycy grali bez podziału na poszczególne kompozycje. Na pauzę pozwolili sobie tylko raz, akurat w momencie, gdy na ekranie urządzono wielkie wesele wraz z ognistą (sądząc po iście szalonych reakcjach uczestników) muzyką. Sądzę, że był to rodzaj żartu, który pozwolił na chwilę dystansu do filmowych wydarzeń.

Imprezy typu film plus muzyka „na żywo” są popularne już od kilku lat. Filmy nieme doczekały się dziś zaskakujących interpretacji. Poziom podobnych akcji jest różny. Ale są muzycy, którzy taką działalność traktują ze szczególną czułością. Należy do nich Yves Robert. Polecam go na przyszłość, wszystkim słuchającym z otwartą głową. Polecam go miłośnikom europejskiej improwizacji, jak i zaintrygowanym szeroko rozumianą współczesnością. Robert bowiem jest artystą na wskroś współczesnym, który „czuje” swoje czasy. Czyni to na sposób nieco prześmiewczy, ale z nieodłączną łezką w oku. Sposób w jaki udatnie podpiera się sztuką sprzed stu lat, świadczy o jego wielkim talencie.