Wydanie bieżące

1 lipca 13 (157) / 2010

Magdalena Kempna-Pieniążek,

EASTWOOD, MUNDIAL I MY

A A A
Najnowszy film Clinta Eastwooda opowiada o czymś, co w perspektywie trwającego obecnie mundialu, ściślej zaś braku w rozgrywkach polskiej reprezentacji, może się nam wydać pewnego typu myślowym ćwiczeniem. Wyobraźmy sobie – choć będzie to niezwykle trudne – alternatywną wersję dobrze nam znanej historii: polscy piłkarze nie ponieśli dotkliwej klęski w eliminacjach, nie przeżyli upokorzenia w towarzyskim meczu z Hiszpanią, pojechali do RPA, wydobyli się z przygnębiającego „dolnego środka” międzynarodowych rankingów i dotarli do samego finału. I teraz pytanie: czy w takich warunkach obecna kampania prezydencka wyglądałaby tak samo?

Piłka i polityka

O kopaniu w piłkę, wiadomo, zrobiło się u nas głośno, gdy jeden z kandydatów na prezydenta sugerował, że to zajęcie niegodne uwagi partii aspirującej do rządzenia krajem. Eastwood w filmie „Invictus – Niepokonany” opowiada tymczasem historię polityka, który właśnie od piłki (co prawda nie tylko kopanej, ale i rzucanej) zaczął trudny proces odbudowy narodu. W tym celu reżyser zabiera nas Republiki Południowej Afryki, która w 1995 roku, tak jak i teraz, była gospodarzem mistrzostw świata, tyle że nie w piłce nożnej, a w rugby. Dyscyplina nie jest tu bez znaczenia. Rugby przez dziesięciolecia było w RPA jednym z symboli apartheidu – grali w nie prawie wyłącznie biali, dlatego było ono pogardzane przez czarnoskórych, którzy preferowali (na zasadzie wyboru poniekąd politycznego) piłkę nożną. Sytuacja zaczęła się zmieniać w 1994 roku, kiedy wybory prezydenckie wygrał w tym kraju Nelson Mandela, charyzmatyczny przywódca Afrykańskiego Kongresu Narodowego, a kraj stanął przed koniecznością zrekonstruowania narodowej tożsamości po erze apartheidu.

Eastwood opowiada o tym wszystkim – to znaczy o rugby, Mandeli i rekonstrukcji narodowości – wykorzystując doskonale znane i sprawdzone schematy. Sięga nawet po mocno już zakorzeniony w amerykańskiej kinematografii gatunek, jakim jest tak zwany film sportowy. Osią fabularną dzieła są bowiem zmagania południowoafrykańskiej drużyny rugby, która – zainspirowana przez Mandelę – pokonując własne słabości i wewnętrzne nieporozumienia, wydobywa się z kryzysu, by zdobyć mistrzostwo świata.

Już samo to sprawia, że „Invictus” to film, który dla polskiego widza może być pewnym myślowym ćwiczeniem. U nas takich dzieł się nie kręci. Realizuje się za to filmy o nieznośnie pompatycznych tytułach, na przykład telewizyjne ckliwe dokumenty o ś. p. prezydencie Kaczyńskim („Gorycz i chwała”, 2010) oraz religijne kicze w stylu „Popiełuszko. Wolność jest w nas” (2009). U nas każdy, kto chce opowiedzieć o narodzie, musi nauczyć aktorów wypowiadania niektórych rzeczowników tak, by słychać w nich było wielką literę. Nie chcę tu rozwijać często przywoływanej (i słusznej) tezy, że polska tożsamość narodowa ogniskuje się wokół przetwarzającej romantyczną martyrologię idei cierpienia i śmierci, myśl taka jednak powraca podczas oglądania „Invictusa”.

Nie znaczy to oczywiście, że film Eastwooda wolny jest od patosu i rzeczowników pisanych wielką literą. I jedno i drugie pojawia się w wielu scenach, zwłaszcza zaś w przemówieniach Mandeli (jak zwykle niezawodny Morgan Freeman), w jego rozmowach ze współpracownikami, w nieustannie powtarzanych tezach o jedności, zgodzie (która buduje), ojczyźnie (która jest najważniejsza) i o przebaczeniu (kolejne dla nas ćwiczenie myślowe). Ba, Eastwood sięga nawet od czasu do czasu po taki typ kadrowania, który w zdecydowany sposób ustanawia bohatera jego filmu w pozycji „pierwszego wśród równych”, kogoś przewyższającego myślą i duchem większość swoich współczesnych. Nie zapomina przy tym dodać, że – trawestując wypowiedź jednego z ochroniarzy prezydenta – Mandela to zwykły człowiek, który musi się uporać z własnymi problemami, na przykład rodzinnymi. Niejednokrotnie postać prezydenta RPA, konsekwentnie budowana przez Freemana, ociera się o pewną koturnowość, której wrażenie Eastwood natychmiast próbuje niwelować, pokazując na przykład bohatera swojego filmu uczącego się w prezydenckiej limuzynie na pamięć imion zawodników rugby.

Eastwood świadomie balansuje na granicy powagi i kiczu. Kilkakrotnie wprowadza wątki pozornie nawiązujące do schematu dramatu politycznego. W jednej z pierwszych scen uprawiającemu poranny jogging Mandeli (jeszcze przed wyborem na prezydenta) towarzyszy podejrzana furgonetka, która po chwili dręczącego napięcia – ku uldze przerażonych ochroniarzy – okazuje się wozem rozwożącym kolejne wydanie codziennej prasy. Trudno jednoznacznie orzec, czy tego typu zabiegi mają zwiększyć dramatyzm, czy stanowią element intertekstualnej gry z widzem, czy zostały wprowadzone, by przypominać, że – mimo optymistycznego nastroju filmu – mowa jest w nim o wydarzeniach, które budziły wiele niepokoju (Mandela miał prawo, by obawiać się zamachu na własne życie). Być może zresztą chodzi tu o wszystkie te zastosowania.

„Własnej duszy kapitan”

„Invictus” to jednak nie dramat polityczny, a przede wszystkim film sportowy, realizujący wszystkie reguły gatunku. Mandela to bohater nominalnie pierwszoplanowy, ale postacią, która de facto przechodzi przemianę i w znacznie większym stopniu uruchamia mechanizm projekcji-identyfikacji, jest François Pienaar (Matt Damon), kapitan drużyny rugby, w której prezydent pokłada wielkie nadzieje. I nie chodzi tutaj tylko o standardową dla gatunku przemianę pozbawionego charyzmy kapitana, który stanie się przywódcą zdolnym pociągnąć za sobą innych w drodze do sukcesu. Pienaar to jasnowłosy potomek afrykanerów, w którego rodzinnym domu czarnoskóra służąca traktowana jest jak obywatelka drugiej kategorii, a prezydenturę Mandeli przyjmuje się z konsternacją i niechęcią. Początkowo bohater zdaje się nie rozumieć, czego oczekuje od niego czarnoskóry prezydent. „Chyba chce, żebyśmy wygrali mistrzostwa” – mówi nieco zdezorientowany swojej żonie tuż po spotkaniu z Mandelą. Z czasem jednak Pienaar zaczyna pojmować, że rola, która przypadła mu w udziale, jest niezwykle istotna i znacznie wykracza poza to, co już wkrótce wydarzy się na stadionie. Stojąc w celi w więzieniu na Robben Island, w którym przez lata przetrzymywany był Mandela, Pienaar rozkłada ramiona, sprawdzając, ile jest w niej miejsca. Być może to właśnie w tym momencie staje się „własnej duszy kapitanem”, o jakim mówi wiersz Williama Ernesta Henleya, który Mandela przekazuje bohaterowi jako inspirację i od którego Eastwood zapożycza tytuł własnego dzieła.

W gruncie rzeczy „Invictus” jest opowieścią o fenomenalnej intuicji Nelsona Mandeli, który próbuje zjednoczyć wciąż jeszcze targany społecznymi niepokojami naród na bazie sportowych emocji. Teoretycy są na ogół zgodni co do tego, że kultura popularna, do której z pewnością można zaliczyć sportowe spektakle pokroju mistrzostw świata, pełni między innymi funkcję integrującą. Mówiąc najprościej, obywatele kraju, którzy nigdy nie dogadają się w kwestiach polityki zagranicznej, in vitro, parytetów czy prywatyzacji służby zdrowia, mają szansę poczuć się członkami tej samej wspólnoty, przeżywając swoją narodowość na płaszczyźnie popkultury. Ku temu właśnie zmierzają działania Mandeli przedstawione w filmie Eastwooda. Wspieranie drużyny rugby jest w zasadzie próbą zbudowania jakiejś wspólnej przestrzeni, nie burskiej, afrykanerskiej czy tubylczej, ale właśnie południowoafrykańskiej. Mistrzostwa świata stanowią ku temu doskonałą okazję – jest to przecież czas, kiedy narodowa przynależność jest przeżywana zbiorowo i manifestowana chociażby przez eksponowanie barw narodowych. Eastwood w „Invictusie” portretuje tę południowoafrykańską wspólnotę narodową tworzoną „od dołu” (czyli od murawy) na bazie emocji związanych ze sportem, pokazując widzów konsolidujących się wokół sukcesów drużyny Springboks Pienaara: biali taksówkarze słuchają transmisji meczu w towarzystwie małego czarnoskórego przybłędy, niekoniecznie się ze sobą dogadujący biali i czarni ochroniarze Mandeli wspólnie cieszą się z triumfu rugbistów, służąca z domu rodziców Pienaara, zaproszona wreszcie na mecz, przeżywa radość razem ze swymi pracodawcami.

„Nkosi Sikelel’ iAfrika”

Eastwood nie szczędzi widzowi tego typu chwytających za serce obrazków, równocześnie jednak sprytnie unieważnia wszelkie posądzenia o tani emocjonalizm. Przecież mówi o sporcie, o domenie, w której dochodzą do głosu na ogół jednoznaczne uczucia. Sport i popkultura mają wszak to do siebie, że odwołują się do pewnych emocjonalnych „stałych”, niekoniecznie wyszukanych, za to uniwersalnych w swym oddziaływaniu. Ktokolwiek miał okazję oglądać w katowickim Spodku polską reprezentację siatkówki podczas meczu Ligi Światowej, wie, co mam na myśli. Sekwencja, w której Eastwood zestawia trudną, bolesną, rozgrywającą się w koszmarnych warunkach atmosferycznych walkę drużyny Pienaara ze scenami obrad, w jakich uczestniczy Mandela, jest oczywiście patetyczna i jednoznaczna w wymowie (walka o nowy kształt RPA rozgrywa się zarówno na samej górze, na międzynarodowym forum, jak i na samym dole, w błocie i w deszczu), dobrze jednak oddaje klimat filmu i jego podstawową tezę: nie ma narodu bez uniwersum symboli, z którymi mogliby utożsamiać się jego członkowie.

Społeczność RPA przedstawiona w „Invictusie” znajduje się w specyficznej sytuacji, kiedy dochodzi do głosu potrzeba ponownego przepracowania tego uniwersum. Dlatego tak często pojawia się tutaj wątek nowej flagi narodowej i dlatego tak istotna wydaje się próba przekonania zawodników rugby, by zaśpiewali przed meczem nowy hymn narodowy RPA, w którym pada hasło „Nkosi Sikelel’ iAfrika” („Niech Bóg błogosławi Afrykę”). Dlatego wreszcie Mandela zabiega o to, by zamiast wyrzucać do lamusa barwy i nazwę Springboków (również uważane za symbole apartheidu), spróbować nadać im nowe znaczenie, tak, aby umożliwić identyfikację z nimi już nie tylko części, ale całego narodu. Wydaje się, że bohater posługuje się tutaj sprawdzoną taktyką, którą zastosował już w pierwszych momentach swojej prezydentury. W jednej z otwierających sekwencji Eastwood przedstawia Mandelę, który – wbrew oczekiwaniom – bynajmniej nie zwalnia białej administracji swego poprzednika, prezydenta de Klerka, lecz zachęca urzędników do pozostania na swoich stanowiskach. Budowanie czegoś nowego niekoniecznie musi oznaczać niszczenie starego (to, zdaje się, ćwiczenie myślowe dla naszych polityków), dlatego bohater filmu Eastwooda zatrzymuje doświadczonych pracowników prezydenckiej kancelarii i zachowuje barwy Springboków, korzystając z potencjału i jednych i drugich.

„Mecz, który stworzył naród”

Film Eastwooda jest ekranizacją książki Johna Carlina o znamiennym tytule: „Playing the Enemy. Nelson Mandela and the Game that Made a Nation. Teza, jaka się w niej pojawia i jaką powtarza Eastwood w swoim filmie (którego Carlin jest zresztą scenarzystą), dotyczy tego, że mistrzostwa, jakie odbyły się w 1995 roku w RPA, w których Springbokom nie dawano szans i w których ostatecznie drużyna Pienaara osiągnęła sukces, rzeczywiście były „grą, która stworzyła naród”, pomogła się mu skonsolidować we wspólnie przeżywanych emocjach. Kto nie jest przekonany o sile narodowości w wersji pop, niech przypomni sobie casus wojny futbolowej między Hondurasem i Salwadorem. Integracyjną rolę sportu coraz częściej uświadamiają sobie politycy różnych nacji, chętnie ocieplający własny wizerunek poprzez uczestnictwo w sportowych spektaklach. Nie tak dawno temu nędzną grę Anglików podczas meczu z Algierią oglądali na żywo książęta William i Harry. W tym samym meczu angielscy kibice wygwizdali własną drużynę, która nie potrafiła strzelić ani jednego gola (dobrze chociaż, że żadnego gola nie straciła), wcześniej jednak chór mocnych głosów, przekrzykując przerażające wuwuzele, trzykrotnie odśpiewał „God Save the Queen”. We Francji z kolei skandaliczna porażka drużyny piłkarzy w RPA stała się wręcz sprawą rangi państwowej, w związku z czym Thierry Henry doczekał się specjalnej audiencji u prezydenta Sarkozy’ego. I chyba tylko u nas panuje jeszcze przekonanie, że wspólnotę narodową da się wypracować od góry, jedynie poprzez retorycznie nędzne przemówienia i epatowanie widzów filmami pamięci narodowej.

Amerykański reżyser, któremu od pewnego czasu towarzyszą chyba myśli o narodzie rodzącym i odradzającym się w bólach nieustannie dochodzącej do głosu różnicy, w „Invictusie” przypomina, że wspólnota narodowa jest czymś, co nieprzerwanie zmusza do wysiłku podejmowania dialogu z tym, co inne. Taki wniosek płynął już z „Gran Torino” (2008), kameralnego filmu, w którym Eastwood mówił o nieustannej potrzebnie przepracowywania amerykańskiej tożsamości, bazującej przecież na demokracji i multikulturowości, dwóch zjawiskach, na których wcale nie jest łatwo czegokolwiek zbudować. Ton „Invictusa” jest oczywiście zdecydowanie bardziej optymistyczny. Trudno również uznać ten film za równie dobry jak „Gran Torino”. Niewątpliwie jednak niesie on dozę rozważań godnych uwagi, nie wspominając już o dobrych zdjęciach Toma Sterna i co najmniej poprawnych kreacjach aktorskich.

Trochę szkoda, że u nas takich filmów jak „Invictus” się nie kręci. Utrwalanie narodowości w oficjalnym nurcie naszego kina oznacza na ogół, że ktoś musi oddać życie za sprawę, zostać papieżem i cierpieć za miliony, zginąć w katastrofie lotniczej, co najmniej zaś zostać internowanym. I nie bez znaczenia wydaje się fakt, że „Invictus” zaczyna się tam, gdzie polskie kino narodowe na ogół się kończy (o ile w ogóle tam dociera) – w momencie uwolnienia wybitnego polityka z więzienia. To, co następuje później, nie jest jednak obrazem sielanki. Polskie kino często opowiada o śmierci poniesionej w imię narodu; „Invictus” jest opowieścią o tym, że dla narodu należy nie tylko umierać, trzeba też umieć dla niego żyć, pokonując codzienne przeciwności. Dlatego podczas gdy my chętnie mówimy o samolotach, które spadły, Eastwood przypomina mieszkańcom RPA o samolocie, który w dniu finału mistrzostw świata przeleciał nad stadionem, by widzowie mogli zobaczyć umieszczony na dolnej części kadłuba napis zagrzewający drużynę Pienaara do boju.
„Invictus – Niepokonany”. Reż.: Clint Eastwood. Scen.: Anthony Peckham, John Carlin. Obsada: Morgan Freeman, Matt Damon. Gatunek: film sportowy. Produkcja: USA 2009, 133 min.