Wydanie bieżące

1 lipca 13 (157) / 2010

Andrzej Ciszewski,

FOKI I LUDZIE

A A A
Obok Jima Sheridana, Mike’a Leigh i Kena Loacha, Neil Jordan jest jednym z najzdolniejszych twórców rodem z Wysp Brytyjskich. W odróżnieniu jednak od wyżej wymienionych autorów, chętnie poruszaną w swoich filmach problematykę społeczno-polityczną reżyser najczęściej umieszcza na niejednoznacznym, niejednokrotnie onirycznym lub baśniowym tle. Tak było w przypadku wyśmienitej „Gry pozorów” (1992), zaskakującej opowieści o bojowniku IRA (Stephen Rea), który zgodnie z wolą porwanego przez jego towarzyszy brytyjskiego żołnierza (Forest Whitaker) obiecuje odnaleźć piękną Dil (Jaye Davidson), w której wkrótce z wzajemnością się zakochuje. I chociaż okazuje się, że wrażliwa kobieta jest w rzeczywistości mężczyzną, początkowa repulsja Angusa ustępuje miejsca szczeremu uczuciu (chociaż nie jest on homoseksualistą), przenosząc fabułę filmu – zapowiadającego się na dramat polityczno-sensacyjny – w surową, ale jednocześnie optymistyczną rzeczywistość baśni. Z kolei w „Chłopaku rzeźnika” (1997), opowieści o dwunastolatku (Eamonn Owens) mieszkającym z ojcem-alkoholikiem i cierpiącą na zaburzenia psychiczne matką, elementy upiornej fantasmagorii splatają się z realistycznym pejzażem Irlandii doby lat sześćdziesiątych.

Neil Jordan pozostaje najbardziej komercyjnym (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) reżyserem rodem z Zielonej Wyspy, z twórczym impetem wprowadzając cudowność (także tę mroczną) do rozrywkowego kina. Wystarczy przypomnieć doskonałe „Towarzystwo wilków” (1994) – pełną psychoanalitycznych odniesień, oniryczną i krwistą parafrazę klasycznej baśni o Czerwonym Kapturku, świetny „Wywiad z wampirem” (1994) – trafioną, subtelną, a jednocześnie drapieżną adaptację pierwszego tomu „Wampirzych kronik” Anne Rice, jak również trzymający w napięciu dreszczowiec „W moich snach” (1999) opowiadający o przeczuciach Claire Cooper (Annette Bening), której koszmary nasilają się pod wpływem ponownego pojawienia się w okolicy seryjnego mordercy małych dziewczynek.

Najnowsze dzieło Jordana również stanowi opracowanie pewnego baśniowego schematu. Bohaterem „Ondine” jest irlandzki rybak Syracuse (Colin Farrell), niepraktykujący alkoholik, troskliwy ojciec oraz pechowiec. No, może nie do końca pechowiec, skoro w jego sieci całkiem dosłownie wpada piękna i tajemnicza dziewczyna (Alicja Bachleda-Curuś), która – odzyskawszy zdolność mowy po krótkotrwałym podtopieniu – błaga szczęśliwego „znalazcę”, aby okoliczności ich spotkania pozostały w jak najściślejszej tajemnicy. Rybak zabiera „morską pannę” (tytułową Ondine) do swojej chaty, zgodnie z jej życzeniem ukrywając ją przed światem. Ale jego tajemnicę odkrywa rezolutna Annie (Alison Barry), cierpiąca z powodu niewydolności nerek córka Syracuse’a, według której niedoszła topielica jest nikim innym jak selkie – wywodzącą się ze staroceltyckiej tradycji istotą przypominającą fokę, która po zrzuceniu zwierzęcej skóry staje się człowiekiem. W większości legend selkie zakochuje się (z wzajemnością rzecz jasna) w „ziemskim” mężczyźnie i porzuca dla niego morze. Ale narastająca tęsknota sprawia, że prędzej czy później musi ona powrócić do swojego wodnego habitatu. Chociaż Ondine wyłowiona przez Syracuse’a nie kwapi się z odejściem, na horyzoncie pojawia się ponura sylwetka przybysza w czerni (Emil Hostina), który wkrótce wpłynie na bieg wydarzeń…

Analizując dotychczasowy dorobek Neila Jordana, nie sposób nie domyśleć się, jaka myśl przyświecała autorowi „Końca romansu” (1999) w trakcie realizacji najnowszego dzieła. W „Ondine” wyraźnie wyczuwalna jest atmosfera baśni dla dorosłych, którą reżyser konstruuje, przedstawiając szarą, siermiężną rzeczywistość irlandzkiej prowincji z całym sztafażem ludzkich dramatów (choroba córki Syracuse’a, alkoholizm jego byłej małżonki wychowującej Annie razem z konkubentem) i konfrontując ją z niewytłumaczalnym (ale czy na pewno?) pojawieniem się mitycznej istoty. Niestety, pomimo intrygującego zawiązania akcji, kolejne minuty projekcji przynoszą wątpliwość co do konsekwencji w budowaniu dramaturgii i zaskakującego, lecz niesatysfakcjonującego finału. Akcja filmu stosunkowo szybko traci rozpęd, uginając się pod ciężarem wygłaszanych frazesów oraz nieoczekiwanej kiczowatości. Przeciętnie prezentują się również odtwórcy głównych ról, choć wyglądający niczym muzyk grunge’owej kapeli Farrell przekonuje swoją nonszalancją i chłopięcą nieporadnością. Z kolei nasza rodaczka, stawiająca coraz pewniejsze kroki w amerykańskim przemyśle filmowym, swoją naturalnością oraz urodą urzekła ponoć samego Jordana, choć obiektywnie patrząc na jej kreację, trudno rozpływać się w zachwycie.

Uwagę przykuwają za to wspólne sceny Farrella i etatowego aktora Jordana, Stephena Rea, wcielającego się w rolę spolegliwego spowiednika, zapewniającego Syracuse’owi namiastkę spotkań klubu AA, którego nie ma w portowej mieścinie. Niedosyt częściowo rekompensuje również zróżnicowana, nacechowana emocjonalnie oprawa wizualna autorstwa Christophera Doyle’a oraz minimalistyczna, choć niezwykle przestrzenna muzyka Kjartana Sveinssona z islandzkiej formacji Sigur Rós.

„Ondine” jest filmem zaskakująco przeciętnym jak na niewątpliwy talent i estetyczno-narracyjną wrażliwość irlandzkiego twórcy. Mimo to zwolennicy opowieści o małych syrenkach tudzież innych wodnych dziewojach, gotowych do największych poświęceń w imię miłości, powinni znaleźć w nim coś dla siebie.
„Ondine” („Ondine”). Scen. i reż.: Neil Jordan. Obsada: Colin Farrell, Alicja Bachleda-Curuś, Alison Barry, Stephen Rea, Dervla Kirwan, Tony Curran. Gatunek: dramat / romans. Produkcja: Irlandia / USA 2009, 111 min.