ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (157) / 2010

Agnieszka Nęcka,

W POSZUKIWANIU BEZSENSU ISTNIENIA

A A A
Powiada się, że sprawdzianem dla pisarza jest jego druga książka. Tej próby nie przeszedł, znany nade wszystko z imprez slamowych, Jaś Kapela, który w swojej najświeższej produkcji wydawniczej starał się być wprawdzie momentami ironiczny i prowokacyjny, ale jakoś mało przekonująco, a już zupełnie niezajmująco. Kłopot z „Januszem Hrystusem” – bo taki najnowsza rzecz Kapeli nosi tytuł – bierze się stąd, że jest to jedna z tych propozycji lekturowych, o których można powiedzieć, że są potrzebne jedynie pisarzowi. Będąc swoistym „dzienniczkiem”, czy raczej skopiowanym na papier blogiem, ma podżyrować dobre samopoczucie jego autora. Tego ostatniego, jak można sądzić po przebrnięciu przez (na szczęście jedynie!) 167 stron komentowanej tu prozy Kapeli, prozaikowi nie brakuje. Dość przywołać jeden z pojawiających się w niej passusów: „sobie myślę i czasami chciałbym powiedzieć całemu światu: »Świecie, co ty pierdolisz«. I czasami tak mówię, a potem nazywam to literaturą i sprzedaję do różnych niszowych wydawnictw” czy też wspomnieć sen o zachwycającej się jego twórczością Julii Hartwig. I w tym tkwi największy dramat Jasia Kapeli. Bohater „Janusza Hrystusa” pierdoli bez sensu. Ładu i składu w powieści autora „Reklamy” za grosz, co nie przeszkadza mu wygłaszać krytycznych sądów na temat innych. Przykład? Służę uprzejmie: „»Świadomość to kamień« Marka Sołtysika. Rzecz o twórczości i życiu Michała Choromańskiego. Niestety Sołtysik jest niepoprawnym grafomanem. Na szczęście pracowitym. Czyni to książkę nieznośną, ale pożyteczną”.

Dość ryzykowna to konstatacja, zważywszy na okoliczności, w których została wygłoszona. Ryzykowność wywodziku Kapeli, a może raczej obezwładniająca bezczelność pisarza, bierze się zaś właśnie z tego, że nie sposób uznać „Janusza Hrystusa” za książkę pod jakimkolwiek względem udaną. Zawodzi fabuła i drażni styl, który z każdą kolejną stroną budzi coraz większą irytację i zniecierpliwienie. W rzeczywistości bowiem najnowsza proza Kapeli jest powieścią o niczym. Chyba że za ważki literacko temat uznamy ględzenie (dla samego ględzenia) o coca coli, wysypce, zabijaniu much, zamykaniu drzwi w windzie, myciu zębów, wyciskaniu pryszczy czy uprawianiu seksu. Nie ma nawet potrzeby czytać całości, wystarczy bowiem zapoznać się ze spisem treści, w którym Kapela „po żołniersku” streszcza to, co zostało zawarte między okładkami „Janusza Hrystusa”. Po kolei jednak.

Bohaterem drugiej powieści Kapeli jest Janusz, który poza pisaniem bloga i wychodzeniem od czasu do czasu po zakupy, nie robi niczego konstruktywnego. Będąc na utrzymaniu rodziców, najzwyczajniej w świecie marnuje dzień za dniem. Jest emocjonalnie rozchwiany i nie potrafi ogarnąć natłoku własnych myśli. Funkcjonuje wprawdzie w związku z kobietą, ale i te relacje nie są długotrwałe. Gdyby chcieć zdeprecjonować powieść Kapeli, wystarczyłoby powiedzieć, że to kolejna (i to jakże monotonna, nieprzemyślana i niedopracowana) opowieść o nieudanym romansie dwójki młodych ludzi, którzy nie umieją odnaleźć się we współczesnym świecie. On uważa się za postmodernistycznego pisarza, ona jest (cokolwiek to znaczy) tzw. nowoczesną dziewczyną. Nic ich właściwie ze sobą nie łączy, w rezultacie czego jedyną ich wspólną „rozrywką” są kłótnie, które – bo jakże by inaczej! – prowadzą do rozstania. Zresztą nie ma w tym niczego zaskakującego czy dziwnego, skoro „Janusz Hrystus” (zgodnie z notką na „czwartej stronie” okładki) miał być narracją o poczuciu bezsensu istnienia i pragnieniu śmierci. Ale poszukiwanie Weltschmerzu jest niejako wymuszane na siłę. Dlaczego? Po to głównie, by bohater mógł usprawiedliwić swoje outsiderstwo, życiową nieudolność i niezaradność, a zatem doświadczane na rozmaitych polach porażki. Owa beznadziejność egzystencji miałaby być m.in. konsekwencją niemożności napisania literackiego bestsellera: „Gdybym jednak za każdym razem mówił, że sprawdzam Facebooka, kiedy tylko to robię, ta książka mogłaby być tylko o tym. »Dni, w których sprawdzałem Facebooka«. Myślicie, że to dobry tytuł? Dobry pomysł? Może kiedyś jeszcze napiszę taką książkę, ale nie dzisiaj. Dzisiaj piszę książkę o czymś innym, choć nie wiem, co to takiego. Kiepski temat na książkę, ale innego nie mam. Trochę mi przykro, ale nie bardzo. Ostatecznie każdy temat jest dobry i mamy wolność słowa”.

Racja, każdy temat jest dobry, ale potrzebny jest pomysł na jego ujęcie i umiejętności warsztatowe, a tych – jak widać – Kapeli zdecydowanie zabrakło. W rezultacie zamiast hitu dostajemy literackiego gniota, z którym nie bardzo wiadomo co zrobić. Dykcja banalistyczna, w którą, jak sądzę, mógł „celować” autor „Życia na gorąco”, aby była wiarygodna, również musi zostać odpowiednio „zrobiona”. Z kolei nihilizm Janusza H. nie jest związany z kwestionowaniem wartości. Właściwie zdaje się nie mieć w ogóle jakichkolwiek uchwytnych źródeł. Przypomina raczej styl życia, na który pozwolić sobie może rozkapryszony, niewiedzący czego potrzebuje i niemuszący dorosnąć dzieciak. Narrator najnowszej powieści Kapeli, poszukując bezsensu życia, ucieka przed odpowiedzialnością za siebie i swoje czyny. Wszystko dla sztuki? Czyżby narrator „Janusza Hrystusa” wierzył, że tylko ból i cierpienie psychiczne są gwarantem wartościowej literatury? Dzięki temu można by, oczywiście, spróbować oswoić tę powieść jako książkę problematyzującą zmagania pisarza z brakiem weny lub brakiem odpowiednich doświadczeń i bodźców, będących dobrym materiałem do snucia „prawdziwych” narracji, ale na to powieść Kapeli niespecjalnie pozwala. Pisarzowi nie chodziło również o zmierzenie się z kłopotem związanym z myśleniem postmodernistycznym, zgodnie z którym wszystko już zostało powiedziane/napisane czy o odświeżające „przekroczenie” paradygmatu romansowego. Bez znaczenia okazuje się być przeto przywoływanie nazwisk filozofów na czele z Fukuyamą, Cioranem, Schopenhauerem, Freudem, Lacanem, Žižkiem czy de Manem. Równie nieistotne wydają się snute przez narratora refleksje na temat używania szklanki lub robienia kanapek. Po co zatem Jaś Kapela zdecydował się na wydanie takiej książki? Odpowiedzi, niestety, udziela sam pisarz: „Nie wiem, dlaczego wam to mówię. Widocznie komuś muszę. Widocznie jest we mnie coś, co każe mi mówić, a wam pozostaje rola niewinnych ofiar”. Cóż... Powtórzmy: podobno sprawdzianem dla pisarza jest jego druga książka. Co jeśli ta okazuje się być kompletnym nieporozumieniem, by nie rzec: produktem grafomańskim? Ano płacą za to czytelnicy, którzy zmarnowali czas na bezproduktywną lekturę tejże. „Janusz Hrystus” nie jest w stanie zadowolić ani „pożeraczy fabuł”, ani wielbicieli intelektualnych rozgrywek. Słowem, najnowsza proza Kapeli jest narracją prostą i prostacką, manieryczną, nieznośną i zbędną. Nie zmieni tego asekurancka konstatacja narratora, który powiada: „Chciałbym użyć wulgarniejszych słów, ale wiem, że będą to czytały kobiety i dzieci. Takie rzeczy zawsze czytają kobiety i dzieci, a potem się denerwują, że nic nie zrozumiały. Tu nie ma nic do rozumienia. To w czystej postaci syf”.

Tak, to chyba najkrótsze i najtrafniejsze podsumowanie „Janusza Hrystusa” Jasia Kapeli. Ale jestem przecież kobietą. Mogłam zatem nie zrozumieć „głębi” przesłania. Cóż, takie ryzyko...
Jaś Kapela: „Janusz Hrystus”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2010.