Wydanie bieżące

1 lipca 13 (157) / 2010

Jarosław Czechowicz,

OPAKOWANIE SIĘ W SŁOWA

A A A
„Huśtawka oddechu” to publikacja, która może zaskoczyć wielbicieli prozy Herty Müller. Nie jest to bowiem jej książka. W jakim sensie? Noblistka miała zamiar napisać wraz z przyjacielem Oskarem Pastiorem dramatyczną historię zesłania mężczyzny do obozu pracy w Związku Radzieckim w 1945 roku. Śmierć Pastiora spowodowała, że Müller podjęła się napisania książki samodzielnie. Spisuje zatem losy i przeżycia, które nie są jej losami i przeżyciami, a przecież dotychczasowa twórczość niemieckiej pisarki opierała się przede wszystkim na osobistych doświadczeniach, wciąż na nowo ożywianych i wciąż tak sugestywnie i inaczej opisywanych. Z drugiej jednak strony bohater „Huśtawki oddechu”, Leopold Auberg, nosi w sobie wszystko, z czym zmagały się narratorki wcześniejszych historii Müller. Kto zatem odpowiada za to, iż czytelnik poznaje „Huśtawkę oddechu”? Oskar Pastior i to, co opowiedział Hercie Müller, czy też ona sama, używając w opowieści o jego losach dobrze znanego języka, w którym „kroi się” słowa, nadaje im nowych znaczeń, obudowuje metaforyką i symbolami to wszystko, czego nie można nazwać wprost, a co wyrażać ma proste w gruncie rzeczy przeżycia? To pytanie nasuwa się podczas lektury książki, bo odsyła do nowej jakości w twórczości Noblistki; to książka zaangażowana politycznie i jednocześnie kolejna egzystencjalna podróż do krainy człowieczego upodlenia, wstydu, wyobcowania i lęku. „Huśtawka oddechu” jest historią, nad którą trzeba się pochylić, i opowieścią, w której głos oddany człowiekowi zniewolonemu jest jednocześnie wolnym i świadomym głosem doskonałej pisarki, potrafiącej opowiadać o granicach ludzkiego cierpienia i wpisującej się współcześnie w nurt wybitnych powieści obozowych napisanych w minionym stuleciu.

Müller nie może pisać, nie skupiając się na języku. Nie można także czytać dramatycznej opowieści Leopolda, nie mając w pamięci słów, które pojawiają się na wstępie tej mrocznej narracji: „Noszę cichy bagaż. Tak głęboko i tak długo opakowywałem się w milczenie, że nigdy nie będę mógł rozpakować się w słowach. Kiedy mówię, opakowuję się jedynie inaczej”. Ta książka daje świadectwo niemocy słów wobec niewyobrażalnego okrucieństwa, jakim było zamknięcie w obozie pracy i odbieranie człowieczeństwu jego godności. Leopold opowiada, ale jednocześnie w swych opowieściach coraz silniej się zamyka. Język, jakim się posługuje, nieśmiało próbuje opisać dramat jego egzystencji. Ale jest to jednocześnie język, który jest kodem, którego słowa cofają się przed sobą i utrudniają dotarcie do prawdy o tym, kim jest teraz człowiek, którego pięć lat egzystencji obozowej było czasem, w jakim musiał… opakować siebie samego i w tym opakowaniu ukrywać swe prawdziwe myśli i uczucia. Müller podejmuje próbę opowiadania o świecie, w którym życie staje się zupełnie inaczej pojmowane, gdy poczuje się bliskość śmierci, gdy istota ludzka stanie się ledwie kośćmi i skórą, gdzie bliskość można odnaleźć tylko przy aniele głodu i gdzie „szczęścia-za-dużo-o-łut” może przynieść dramatyczny koniec tego życia.

Rzeczywistość obozowa to świat oniryczny, sen, który wydaje się nie mieć końca i miejsce, w którym nie sposób naprawdę przeżyć tego wszystkiego, czego się doświadcza. Uciec nie ma dokąd. Przebudzenie nie nastąpi. To mroczny sen, który nie chcemy nazwać jawą, i tylko dzięki nazywaniu tego, co tam nienazwane, można przetrwać. Świat obozowy zostaje zawężony do określonej przestrzeni, w której przebywa ze sobą 68 umęczonych więźniów. 68 łóżek w baraku to 68 różnych egzystencji, które nagle łączy ze sobą pragnienie przetrwania za wszelką cenę. Dziewiętnastoletni Leopold trafia do piekła, ale i tam potrafi się odnaleźć. Jest to trwanie „pomimo”, trwanie na przekór wszystkiemu, doświadczanie cierpienia w konfrontacji z lękiem o to, czy takie cierpienie naprawdę świadomie można przeżyć. To świat nazywania rzeczy na nowo. Miejsce, w którym zabrane przez Leopolda książki nabierają zupełnie nowej wartości: „Za pięćdziesiąt stron »Zaratustry« na bibułkę do papierosów dostałem miarkę soli, za siedemdziesiąt stron nawet cukier. Za całego »Fausta« w płótnie Peter Schiel zrobił mi blaszany grzebień na wszy. Zbiór liryki z ośmiu stuleci zjadłem w formie mąki kukurydzianej i smalcu, a cienkiego Weinhebera zamieniłem na proso”. Miejsce, w którym świadomość ludzka skoncentrowana jest przede wszystkim na ustawicznym braku pożywienia i gdzie głód nabiera nowych znaczeń, ujawnia kolejne przerażające oblicza. Auberg w tym piekle odnajduje się inaczej niż inni i w opozycji do innych. Chociaż dzieli los upośledzonej Kati Straż, twardej Trudi Pelikan, zastraszonego Alberta Giona czy silnej Bei Zakel, swoje życie traktuje jak egzystencję wszystkim na przekór i proces, w którym coraz trudniej jest mu mówić o tym, kim się staje.

Warto napisać parę słów o dochodzeniu do samowiedzy, bo przecież Herta Müller praktycznie całą swą twórczość poświęciła próbom zrozumienia samej siebie w konfrontacji z traumatyczną przeszłością. Wiedząc, że Auberg opowiada swoje losy u kresu życia, dostrzegamy bardzo wyraźnie, iż to krytyczne doświadczenie egzystencjalne, jakim były lata obozowe, już na zawsze ukształtuje go tak, że do wszystkiego, co ma, podchodzić będzie ze specyficznym dystansem. Wejście i wyjście z obozowego piekła Leopolda przypomina wejścia i próby wyjść z opresyjnej rzeczywistości rumuńskiego reżimu, z jakim zmagały się bohaterki poprzednich książek Müller. Tak jak one nie mogą opuścić siebie z tamtego okresu, tak Auberg wciąż ryzykownie huśta się na swej huśtawce oddechu, na której nie może go złapać. Obozowe doświadczenia, które spisane są na kartach tej książki, to mroczna wędrówka do miejsca, w którym własną tożsamość najpierw trzeba zakwestionować, a potem nieudolnie budować na nowo. W takim znaczeniu doświadczenia bohatera powieści zbliżają go do świata przeżyć kreowanych na kartach takich książek, jak „Dziś wolałabym siebie nie spotkać” czy „Król kłania się i zabija”. I tak naprawdę jest to proza Herty Müller, bo praktycznie w każdym rozdziale odnaleźć można specyfikę jej pisania i jej niepowtarzalne próby walki o nazwanie czegoś, czego nazwać nie sposób.

Czy „Huśtawka oddechu” jest zapowiedzią pewnego odwrotu od osobistych przeżyć Noblistki, które jak dotąd z powodzeniem stanowiły podstawę do tworzenia niezwykłych opowieści? Trudno powiedzieć. Na pewno najnowsza książka Herty Müller to potwierdzenie siły jej pisarstwa. Siły, która rodzi się z bezradności, a ta z kolei – ze strachu i wstydu. O specyficznych próbach przełamywania strachu i o życiu opakowanym w słowa o tym strachu mówiącym niemiecka pisarka opowiada w sposób dostojny. „Huśtawka oddechu” niesie w sobie grozę i jest książką groźną. Groźną, bo mówiącą o niemocy w sposób mocny i zdecydowany.
Herta Müller: „Huśtawka oddechu”. Przeł. Katarzyna Leszczyńska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2010 [seria: Proza świata].