Wydanie bieżące

15 lipca 14 (158) / 2010

Urszula Pawlicka,

ZATRZYMAĆ KRZYCZĄCĄ KULTURĘ (?)

A A A
„Hałas wypełnił świat, nie zostawił miejsca na nic innego. Hałas przegnał słowa i myśli bardzo daleko, pozamieniał systemy. Wszystko jest dziś hałasem, nawet cisza” – Jean-Marie Gustave Le Clezio w ostatnio wydanej w Polsce powieści nie pozostawia miejsca na milczenie. „Wojna” została stworzona przez warkot silników, ryczące klaksony i krzyczące neony. Zainspirowana miastem, staje się rozrachunkiem ze współczesną urbanizacją i osiągnięciami cywilizacyjnymi.

Wicher wojny pochłania wszystko: przewody, reflektory, nożyczki, długopisy, kałamarze, lusterka samochodowe, butelki lemoniady, widelce, papierosy, szyby, suszarki do włosów, swetry, rowery, monety, maszyny do pisania, tranzystory. Reistyczny sposób opisu świata pokazuje ekspansję przedmiotów, które zataczają coraz to szersze kręgi. Człowiek zalany lawiną rzeczy nie jest w stanie oderwać się od nich i usamodzielnić. Przekształca się w elementarną cząstkę miasta, poddając się tym samym jego destrukcyjnej sile. Ludzkość przypomina zastygłą masę, zamarzniętą i unieruchomioną przez władzę metropolii.

Powracającymi motywami „Wojny” są zło i strach, które obecnie zyskały autonomię – ich źródłem nie jest wnętrze człowieka, lecz zewnętrzny świat. Z inwazji zdobyczy cywilizacyjnych narodziło się zło: „wybuchło podobnie jak burza, z kondensacją, koncentracją, piorunami. Tuż za nim podążał pokój. Dziś wreszcie człowiek poznał zło. Ono nie jest już wynikiem zbiegu okoliczności, nie jest już stanem ducha. Jest NIEZMIERNIE ZEWNĘTRZNE”. Zło uzyskało wyraźne kształty, kryje się w ciałach i w przedmiotach: wsiąka w nie, nadyma, rozwiera, wydrąża szczeliny, w których powstają zalążki wojny. Rodzi się ona w zakamarkach, niepostrzeżenie i ukradkiem przenika sklepy, wystawy, budynki, skrzyżowania, lotniska i drogi. Cała sieć technologiczna jest opanowana przez walkę – ona pochłania wszystko, potrzeba jej wciąż nowych ciał na pożarcie, nigdy nie jest syta. Wojna wytworzyła społeczeństwo lękliwe, nieufne, fobiczne i maniakalne, które za wszelką cenę próbuje pokonać strach. Niepokój niszczy poprzez wtapianie się w krajobraz urbanistyczny – stając się jego częścią, ma poczucie bezpieczeństwa. Niestety za obronność trzeba zapłacić wysoka cenę – jest nią utrata indywidualności. Le Clezio ujawnia tym samym swój ambiwalentny stosunek do miasta – z jednej strony mamy do czynienia z wytworzeniem nowej estetyki – pięknem urbanistycznym, z drugiej jednak jest to urok batalistyczny. Miasto jawi się jako pole bitwy, głodne niezliczonych ofiar, bądź jako krwiożerczy potwór, połykający padliny.

W „Wojnie” obsesyjnie powracają łańcuchy nazw: cement, metal, beton, asfalt, plastik – to, co stanowi fundament wytwarzanych części miasta. Wyliczanka – niemal w nieskończoność – zdobyczy cywilizacyjnych przeobraża się w litanię ludzkości, modlącą się o łaskę i przetrwanie.

Le Clezio w swojej dotychczasowej twórczości udowodnił, że jego atutem jest wrażliwość i obserwacja, niestety w „Wojnie” w swych spostrzeżeniach podąża za daleko. Głos oddaje objawicielowi prawd przeszłych i prorokowi wieszczącemu przyszłość. Motywy genezyjskie i apokaliptyczne przeciążyły „Wojnę” do tego stopnia, że fabuła została zredukowana na rzecz rozprawy o przyszłość świata. Dominujący profetyzm dokucza i drażni swą patetycznością; nie wiadomo, gdzie kończy się teraźniejszość, a zaczyna proroctwo. Le Clezio świadomie zniwelował granice czasowe, przez co „Wojna” stała się aktualna zarówno w 1970 roku (kiedy miał miejsce pierwodruk), jak i w 2010 roku (czas wydania polskiego).

Podporządkowanie fabuły profetyzmowi sprawia, że nie możemy sobie pozwolić na płynne jej śledzenie, co rusz odbiorca musi zatrzymać się, aby zastanowić się, kim jest główna bohaterka: zwykłą mieszkanką miasta, wybawicielką od zła, czy wysłanniczką wojny? Bea B. zabiera czytelnika w podróż po miejskim chaosie, odkrywając tajniki zdobyczy cywilizacji. Celem wędrówki ulicami jest odnalezienie prawdy na temat odwiecznego zła i tym samym próba zniwelowania własnego strachu. Bea B. jest uosobieniem ludzkości oraz odbiciem zewnętrznego świata: „Wszystko jest w niej. Dziewczyna, o której wam mówię, nie ma jednego tylko ciała i jednej tylko duszy. Ma ich tysiące”. Postanawia odkryć sens wojny, który tkwi w pięknie urbanizacji. Bea B. jest przeznaczona dla zła, poddając się jego potędze, ma wyzwolić ludzi z jego więzów.

Bea B. jawi się jako rewelator najgłębszych prawd, niczym natchniona odkrywa tajemnice powstania świata: od pierwszego dnia, w którym powstał pokój hotelowy, a wraz z nim pustka, aż do sto trzeciego dnia – czasu wykształcenia się lądowiska, szarych pustkowi, po którym z wolna poruszały się samoloty. Dziewczyna ukazana jest jako medium, łączące ludzkość z jądrem urbanizmu. Bea B. z łatwością oddziela się od świata, dzięki czemu jest w stanie widzieć i słyszeć narodziny wojny. Kolejno oprowadza czytelnika po supermarkecie, skrzyżowaniu i dyskotece. Za każdym razem do głosu dochodzi strach przed chaosem, nadmiernym ruchem i krzykiem. „Chcę prowadzić wojnę ze wszystkim, co żywe, ze wszystkim, co się odżywia. Chcę prowadzić wojnę ze wszystkim, co szybko przemija, a czego nie widać – z błyskami, z lampami błyskowymi, samochodami, odblaskami, sygnalizacja świetlną, kroplami wody, ludzkimi słowami, kobiecymi spojrzeniami, lotami much i samolotów” – bunt Bei B. nabiera faustowskich kształtów w pragnieniu zatrzymania tego, co ulotne. Powstrzymanie błysku czy kropli jest jednoznaczne z oswojeniem się z nimi i osiągnięciem w ten sposób poczucia bezpieczeństwa.

Stabilność zyskać można również poprzez wtopienie się w miasto i tłum: „Była częścią tego domu towarowego, towarem jak inne, towarem z półki na pierwszym piętrze”; „Wpatruje się w jezdnię ze wszystkich sił, próbując w nią wejść, by stać się skrzyżowaniem”. Zabieg wchłonięcia ludzkości przez miasto uwidacznia się w zastosowaniu anonimowości oraz w rezygnacji z indywidualnych jednostek na rzecz masy. Człowiek opisywany jest albo jako stłumiona część krajobrazu urbanistycznego, albo jako stechnologizowany obiekt pozbawiony człowieczeństwa. „Dwunożna maszyna” zbudowana jest z niezliczonych protez: „Na czaszce wyrastały jej kolce anten telewizyjnych, a skóra stawała się zupełnie gładka, bielusieńka i chłodna. Tysiące okien otoczonych spiralą balkonów otwierały się na jej brzuchu, plecach i twarzy. Potem wstawała, a jej nogi wspierały się o ziemię, wyrzucając rury kości aż do wierzchołka jej ciała. W jej ustach nie było już ani słów, ani zdań, niczego. Jej oczy stały się dwoma reflektorami spoglądającymi dalej niż horyzont, poza krąg nieba, które miały przeszukiwać czarna, gwiaździstą przestrzeń. A w miejscu serca znajdowała się dziwna cicha winda o ścianach z aluminium, która wznosiła się, wznosiła...”.

Wtopienie się w miasto jest frommowską formą ucieczki przed wolnością. Ludzkość wybiera mechaniczny konformizm, aby pozbyć się lęku i poczucia obcości, w wyniku czego wtórne „ja” staje się atrapą własnej osobowości. Bezpieczny tłum staje się niepodzielną masą automatycznych jednostek: „Niczego się nie boją. Nikt się nie boi. Poruszają się, jak ich nauczono, wszyscy są do siebie podobni. Nikt nie potrafiłby ich rozróżnić. Są identyczni”. Le Clezio odwołuje się przy tym także do platońskiej jaskini, w której masa przebywa w zamknięciu i ciemności, nie widząc tego, co zewnętrzne. Zapatrzeni w świat usiany papierosami i kapslami od pepsi-coli, kierują się wyłącznie sensualnością i hedonizmem, nie dostrzegając przy tym nadchodzącego zagrożenia.

Le Clezio sięgnął po motyw wojny, powiększając przy tym zakres jej konotacji. Wojna przywoływana jest w kontekście nadmiaru zdobyczy cywilizacyjnych, które spowodowały, że człowiek zaczął czuć się w tym świecie zagrożony i obcy. Semantycznie odnosi się także do wielkiego miasta, które drży, pochłania i wysysa resztki życia. Wojna to również sieć relacji wewnątrz społeczeństwa – walka jednostek o zwycięstwo, a przede wszystkim bitwa o ciągły ruch, trwanie i niemożność zniszczenia. Wojna to w końcu hegemonia języka, który wytwarza wciąż nowe znaki i symbole. „Krzycząca kultura” uwsteczniła człowieka, który nie jest już w stanie samodzielnie myśleć, jak tylko poprzez symbole.

Le Clezio oferuje nam nietypowe zwiedzanie potężnej metropolii: zamiast zabytków –kontemplujemy cement chodnika, zamiast parków – wnętrze silnika samochodowego. „Wojna” to z jednej strony hołd oddany cywilizacji, która wytworzyła świat stechnologizowany, z drugiej zachwyt nad potęgą zdobyczy, które paradoksalnie odebrały władzę ludziom i podporządkowały ich sobie. Wojna zatem to nie tylko zderzenie militarne, lecz także codzienna walka ludzkości z przedmiotami i chaosem. W dobie płynnego świata wszystko skazane jest na rozpad, znudzenie i zohydzenie. Zatrzymać wojnę to unieruchomić słowa i znaki – a to jest tylko złudzeniem.
J. M. G. Le Clezio: „Wojna”. Przeł. Krzysztof Teodorowicz. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2010.