ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (158) / 2010

Agnieszka Nęcka,

A JEDNAK ZŁUDZEŃ ŻAL...

A A A
Manuela Gretkowska była uznawana za najbardziej kontrowersyjną prozaiczkę pokolenia „bruLionu”, która chętnie i umiejętnie – wykorzystując prowokacje obyczajowe – balansowała między powagą a zgrywą, między tym, co cielesne i duchowe, „przyzwoite” i „zakazane”, autobiograficzne i fikcyjne, intymne i autokreacyjne; pisarkę, która lawirowała pomiędzy tradycyjnością i eksperymentatorstwem. Z czasem jednak etykietka „naczelnej skandalistki” zaczęła tracić swą ostrość. W konsekwencji tego autorka „Kabaretu metafizycznego” dziś już nie szokuje, nie bulwersuje, nie prowokuje, ba, nawet nie zaskakuje. Stała się, niestety, monotematyczna i aż nazbyt przewidywalna. Na marginesie „Europejki” Dariusz Nowacki zauważył, że „proza Manueli Gretkowskiej to styl Manueli Gretkowskiej. Gdyby nie on, ów styl, doprawdy nie byłoby o czym mówić”. Nie da się odmówić słuszności powyższej konstatacji. Podobnie, w moim odczuciu, jest w przypadku jej najnowszej prozy – „Miłości po polsku” – w której ów styl pozostał nienaruszony i który – dzięki swojej wyrazistości – przy okazji stworzył swoisty pomost między poprzednią powieścią Gretkowskiej a „Miłością po polsku” właśnie.

Najnowszą prozę autorki „Namiętnika” od wydanej trzy lata temu „Kobiety i mężczyzn” na dobrą sprawę różni właściwie zmiana perspektywy. W „Miłości po polsku” Gretkowska głównym bohaterem i zarazem narratorem swojej opowieści uczyniła niemal pięćdziesięcioletniego mężczyznę – Miłosza Kenckiego, który po nieudanym małżeństwie ze Szwedką, Karin, musi zmierzyć się z kolejnym miłosnym wyzwaniem – Alicją, mającą być dla niego „lekarstwem uśmierzającym jego braki” oraz „receptą na dojrzałość”. Wbrew jednakże intrygującej zapowiedzi, zamieszczonej na „czwartej stronie okładki”, zgodnie z którą Gretkowska miałaby być „znowu niegrzeczna”, w przypadku „Miłości po polsku” nie mamy do czynienia z hardcorową powieścią erotyczną. Już choćby dlatego, że Miłosz jest empatycznym, wrażliwym, inteligentnym „prawie absolwentem psychologii” (profesja zobowiązuje!), który przypomina raczej swoistą karykaturę „prawdziwego” faceta aniżeli macho z krwi i kości. Traktowany przez swoje dzieci z pierwszego małżeństwa jako życiowy nieudacznik, czuje się permanentnie zagubiony. Swojego miejsca nie może znaleźć ani w Szwecji, w której po rozwodzie oddaje się rozlicznym romansom, traktując kobiety jako „używki seksualne”, ani w Polsce, do której po związaniu się z Alicją powraca, a z którą utracił więź. „Wystarczy mi regres powrotu do Polski. Przyjazd z emigracji do zacofanego o trzydzieści, czterdzieści lat kraju. Do ojczyźnianej patologii rodzinnego domu. Tutaj nadal panuje brutalność zacementowana mentalnym nieładem i pseudoreligijnymi normami. Polerka duchowego brudu i niesprawiedliwości. Po latach spędzonych w Szwecji nie potrafię już tego obłudnie nie widzieć. Nie umiem na nowo odnaleźć się w Polsce i nie umiałem inaczej niż »po polskiemu« odszukiwać się w Szwecji. Jestem własnym wyrzutkiem, skazanym na margines samego siebie. Tego, kim mógłbym być”.

Otoczenie Miłosza ma powody, by postrzegać go jako nieudacznika; nie wiedzie mu się bowiem zarówno w życiu prywatnym, jak i zawodowym. Będąc w Polsce, decyduje się na monogamię, ale związek z Alicją to również wikłanie się w życie jej córki, wnuczki, zięcia i rodziców. A zatem owa tytułowa miłość po polsku to ciężka walka o byt, spłacanie kredytów, zaharowywanie się w pracy i rozwiązywanie problemów innych. Miłosz szuka spokoju, stabilizacji, szczęścia (czymkolwiek by ono nie było), ale jedyne, co znajduje, to rozczarowanie i ponowne zagubienie. Jego świat ponownie legnie w gruzach, gdy wyjdzie na jaw, że Alicja (prawdopodobnie) zdradziła go z jego przełożonym, zaś w pracy okaże się, że został wplątany w nie do końca oczywiste i wiarygodne afery szpiegowskie. Rzec by można: nieszczęścia chodzą parami. Problem jednak w tym, że Miłosz jest swoistego rodzaju kolekcjonerem klęsk, które przyciąga do siebie niczym magnez, a z którymi nie potrafi się zmierzyć, zwykle wybierając ucieczkę. Czym powodowane są owe klęski? Źródeł, jak stara się przekonać Gretkowska, może być kilka. Przede wszystkim Polska nie jest odpowiednim miejscem do rodzenia się, pielęgnowania i rozkwitania miłości. Predyspozycje do ponoszenia porażek dziedziczymy wraz z genami od rodziców. Z lubością powielamy schematy, zwłaszcza te negatywne. Z równą gorliwością wolimy patrzeć w przeszłość aniżeli w przyszłość. Ponadto polskości, rodzinności, uwikłania w tradycję nie sposób się wyrzec. W ich imię np. kobieta będzie gotowa zawsze poświęcić własne szczęście. Miłość przegrywa zatem – bo przegrać musi – z codziennością, z pospolitością, z egzystencjalnymi wyzwaniami. Polacy, zdaniem autorki „Tarota paryskiego” nie potrafią zaufać innym ani okazywać „prawdziwych” uczuć; kryją się za obłudą i rozmaitymi maskami, wierząc, że uda się zatuszować wady.

Gretkowska obnaża tym samym stereotyp romantycznej miłości, która wystarczyło, by była, by góry mogła przenosić i świat (oczywiście na lepszy) zmieniać. Miłość „tu i teraz”, jak można się domyślać po lekturze najnowszej powieści Gretkowskiej, nie jest w pełni możliwa, ponieważ kobiety wierzą w bajki, w księcia na białym rumaku i happy endy; faceci z kolei rekompensują sobie krzywdy doznane w dzieciństwie. „Uczą nas niewrażliwości. (...) Odcinania się od uczuć. Przecież chłopaki nie płaczą. Ale nie można żyć bez emocji, jak wydrążona tykwa. Na jej dnie i tak zostają uczucia, te najtrudniejsze: ból, rozpacz, zagubienie. (Mężczyźni) udają, że są twardzi. W rzeczywistości cierpią. Z biegiem czasu cierpią na utajoną depresję, przed którą się destrukcyjnie bronią: alkoholizmem, karierą, romansami, narcyzmem. Nasze męsko-polskie błędne koło: Chłopiec hodowany na prawdziwego mężczyznę broni się przed okaleczeniem, pogrążając w rozpaczliwej destrukcji”.

Autorka „Obywatelki” w „Miłości po polsku” pokazuje przeto najczęściej popełniane błędy małżeńskie i wychowawcze, porównuje – do czego zdążyła nas już przyzwyczaić – sytuację polską ze szwedzką oraz odsłania wszechogarniającą Polaków depresję, obłudę i pruderię, nieumiejętność wykorzystania życiowych sytuacji czy też kultywowanie emocjonalnych patologii. Ale czy może być dobrze, skoro „W Polsce nic nie jest do końca prawdziwe, ani tragedia, ani komedia. Bo tu nie ma treści ani formy, jest tylko fasada; fasadowy komunizm, parodia katolicyzmu. Polski tragizm prowizorki pokrywa więc komizm. Kto jest najsłynniejszą miłosną parą kraju rodzinnych wartości i kultu papieża? Dziewczyna o wyglądzie, manierach gwiazdy soft porno i jej narzeczony satanista rozrywający publicznie Biblię. Nie ma gazety, gdzie bym nie natknął się na tę parę. My, naród polski, projektujemy na nią naszą frustrację, skryte marzenia: być jak oni. Napluć na wiarę, tarzać się w różowym, silikonowym porno. Groteskowy książę Ciemności i Dupcia – rodzice chrzestni współczesnego polskiego mentalu”?

Gretkowska i tym razem chce wejść w rolę dydaktyczki, która niemal „łopatologicznie” będzie wskazywała paluszkiem nasze narodowe słabości i przywary. W gruncie rzeczy „Miłość po polsku” przynosi jednak dość spłycony obraz socjo-psychologiczny. Powieść została wprawdzie napisana w pierwszej osobie, z perspektywy męskiej, ale owa „sztuczka” (wejścia w męską psychikę) nie wyszła, w moim odczuciu, pisarce przekonująco. Autorka „My zdies’ emigranty” bazuje na stereotypach, zaś dowcipna momentami narracja nie jest w stanie wynagrodzić braku wciągającej fabuły. Tym, co irytuje najbardziej, są jednak rozmaitego rodzaju generalizacje i uogólnienia, których w tej prozie zatrzęsienie.

Racja, że „proza Manueli Gretkowskiej to styl Manueli Gretkowskiej. Gdyby nie on, ów styl, doprawdy nie byłoby o czym mówić”. Kłopot jednakże w tym, że z książki na książkę staje się on coraz mniej ożywczy, zaś quasi-publicystyczne docinki, błyskotliwe niegdyś uwagi obyczajowo-kulturowo-społeczne brzmią aż nazbyt znajomo i monotonnie. Czyżby krojąc tak nieudaną powieść, jaką – w moim odczuciu – jest „Miłość po polsku”, Gretkowska chciała podkreślić, że bezsprzecznie wierzy w to, iż miłość na gruncie rodzimym nie może się udać? Taka perspektywa wydaje się być nieprzyzwoicie nieznośna i nie do zaakceptowania. Wszak przyjemniej pobujać – choć czasami i tylko chwilowo – wśród niebieskich migdałów, nawet ze świadomością, że różowych okularów nie da się nosić stale niż nie doświadczyć miłości w ogóle. Bez ryzyka wprawdzie nie ma przegranej, ale nie ma również wygranej. W miłości zatem, jak w życiu, raz na wozie, raz pod wozem, choć – oczywiście – zniszczonych nadziei zawsze żal...
Manuela Gretkowska: „Miłość po polsku”. Wydawnictwo Świat Książki. Warszawa 2010.