Wydanie bieżące

15 lipca 14 (158) / 2010

Krzysztof Siwczyk,

WIERSZE

A A A
Ściana echa

















Był nazbyt zmęczony, żeby umrzeć, podczas zbiórki kolektywu,
W godzinie kwerendy ciszy, w porze wrzasku wieży bębnów, w słońcu.

Był to dzień otwartych ogrodów, perspektywy długiej galerii,
Po której sunęła cesarzowa intryg i dyplomacji, nic nie korespondowało ze zwyczajami

Nazbyt związanych stóp, piękna wymuszonego ortodoksyjną tradycją.
Myślał raczej o szacunku dla inności, nawet jeżeli system był

Zmęczony, ludzie zawiedzeni własnym zadowoleniem, park i
Ptaki pamiętały światy zakopane żywcem, na komendę bóstw.

Żeby przynajmniej zamilkła w nim wiara w jej smutek,
Ofensywna niczym bezwstyd egocentryzmu, z jakim każdy chce

Umrzeć na swój własny sposób, byłoby ciszej i pełniej
Jak w prawdziwej nocy, kiedy nie należy się do swojej rozpaczy,

Podczas, gdy rodzi się już przyjemne znużenie powagą,
Rozpoczyna się marsz niemych obrazów przeszłości, następuje

Zbiórka banalnych chwil na rzecz czegoś, co go tworzy –
Chwile czegoś, co uzna za przyjemnie banalne.

Kolektywu nie będzie, nie będzie rozmówcy po drugiej stronie koła,
Chociaż tam właśnie powinno dojść echo jego szeptu

W godzinie rozsądku i żalu. Tak głosi opowieść wieśniaków i
Dworu, żywych i martwych zebranych pod kopułą, w trakcie

Kwerendy sensu, który można uznać za wspólny na moment,
Kiedy ona patrzy w oczy psu Fo, miłemu stworzeniu, przybitemu

W ciszy do bram równowagi, harmonii, spokoju,
Stopniowalnych ekstaz, tak jakby chodziło dzisiaj,

W porze zachwytu, o miłość bez konsekwencji,
Jaką mogą obdarzyć się cienie, teraz już opuszczone, bez

Wrzasku życia, które potrafi jedynie dostosować się do modelu
Przeżycia, przedreptania w chodakach, w kółko tej samej

Wieży, po nic szczególnego, dla zasady czystego ruchu,
Bez spoglądania w górę, zawsze tylko pod nogi i tępo jak membrana

Bębnów, chociaż jednocześnie coraz płynniej, gdy gaśnie, plamka,
W słońcu.




Apel, stan

To o czymś świadczy. Ruch w urnie,
światła na rogatkach, elektryfikacja morowej gminy
błyskawicznie podnosi nas z kolan jak glukoza.

Tanie chwyty, a jednak tak bardzo godne życia jakie spalamy,
w zachwaszczeniu, oczekiwaniach. Prowincja i horyzont prowincji.
Wiemy, co się wydarza, nic nas nie rusza,

globulki z zapieczętowaną gęstością,
nic w nas nie wzbiera, bo nie ma innej postaci.
Na zewnątrz wyje próżnia, a my ujeżdżamy agrarne metaforyki,

ktoś idzie do ziemi, ktoś inny podziwia mlecze
wzeszłe tej wiosny jak choleryczne słońca, kiedy odpływasz.
Wzięło już każdego dotamtąd.

Fot. Róża Filipowicz