Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (159-160) / 2010

Michał Paweł Urbaniak,

MELANŻ AMERYKAŃSKO-(ANTY)RADZIECKI

A A A
Niedawno zmarły Jurij Drużnikow to postać nie tylko niezwykle barwna, ale przede wszystkim wybitna. Z jednej strony uznany za zdrajcę narodu (po publikacji kontrowersyjnego zbioru esejów „Rosyjskie mity”), z drugiej pozostaje jednym z najwybitniejszych rosyjskich pisarzy. On sam opuścił Rosję w 1987 roku i na stałe zamieszkał w Stanach Zjednoczonych. W twórczości Drużnikowa zbiegają się – zgodnie z biografią – trzy rodzaje doświadczeń: radzieckie, antyradzieckie oraz amerykańskie. Nie inaczej jest w przypadku jego ostatniej powieści „Pierwszy dzień reszty życia”, której akcja toczy się na dwóch płaszczyznach historycznych: w Radzieckiej Rosji oraz we współczesnej Kalifornii.

W 1945 roku dla podniesienia swojego prestiżu Józef Stalin podstępnie nadaje sobie rzadki tytuł generalissimusa (z łacińskiego: „najwyższy”, „główny”) w uznaniu za zasługi wobec ojczyzny. Zleca również wykonanie Gwiazdy Generalissimusa, upamiętniającej ten zaszczyt. Jednak zbiegiem okoliczności drogocenny order trafia do rąk kuwejckiego szejka, zaczynając swoją odyseję. Sześćdziesiąt lat później w moskiewskim archiwum pewien powieściopisarz znajduje nowe materiały na temat zaginionego skarbu. Jednak okazuje się, że odnalezieniem cennej Gwiazdy Generalissimusa zainteresowani są również agenci rosyjskich służb bezpieczeństwa oraz FBI.

„Pierwszy dzień reszty życia” to twardy orzech do zgryzienia, ale taki orzech, który próbuje się rozgryźć z przyjemnością. Niczego w tej powieści nie można traktować zupełnie poważnie. Brzmi to nieco paradoksalnie, gdyż sama historia – jeśli wierzyć autorowi „Tanga z prezydentem” – jest prawdziwa. Co więcej, w jednym z głównych bohaterów – dociekliwym pisarzu – można śmiało upatrywać samego Drużnikowa. Jednak Drużnikow – podobnie jak jego dzieło – nie daje się niczemu podporządkować. Jest zarazem autorem, quasi-wszechwiedzącym narratorem, uczestnikiem opisywanych zdarzeń, a wreszcie osobą spoza całej historii i zjadliwym komentatorem rzeczywistości. To postać, która bawiąc się z czytelnikiem w jakąś przewrotną grę, nie tyle mruga do niego, co raczej złośliwie pokazuje mu język.

Jego ostatnia książka również się w pewien sposób wymyka – i dlatego jest taka fascynująca. Z jednej strony to powieść autotematyczna – pisarz zbiera materiały o Gwieździe Generalissimusa, która ma stać się przedmiotem jego następnego dzieła. Spotyka się z ludźmi, czyni z nich bohaterów, selekcjonuje zdarzenia, ubarwia je, próbuje rozwikłać piętrzące się niejasności, utrzymuje kontakt z czytelnikiem, wreszcie opowiada o pracy nad samą powieścią, zdradzając sekrety własnego warsztatu. Nie stroni przy tym od wyróżnionych kursywą wtrętów autobiograficznych czy krótkich form zbliżonych do felietonu.

Można „Pierwszy dzień reszty życia” traktować też jako pewien rodzaj literackiego reportażu, a nawet powieści historycznej. Drużnikow opiera się przecież na autentycznych wydarzeniach, a swoje słowa potwierdza znalezionymi w archiwach materiałami. Właściwie jego powieść jest przecież przedstawieniem pewnego wycinku światowej historii. Złożony portret radzieckiego dyktatora pod jego piórem wypada niezwykle przekonująco – z jednej strony Stalin to wielki Gospodarz i swoisty bóg swego kraju, z drugiej pomysłowy strateg polityczny, wreszcie zwyczajny stary i schorowany człowiek ogarnięty manią prześladowczą. Zresztą on sam jest tylko jedną z wielu barwnych postaci zaludniających strony „Pierwszego dnia reszty życia”. Równie wyraziście wypada tajna agentka Mawra Biesowa, ochroniarz Timofiej Pokusaj, amerykański krezus Paul Rivers czy głupawa służąca Vivianna Otero. Drużnikow ma rzadki dar budowania postaci pełnokrwistych i ciekawych, a nade wszystko takich, których nie sposób nie lubić.

Jest również „Pierwszy dzień reszty życia” powieścią o miłości. Jednak i to wzniosłe uczucie zostało przez Drużnikowa potraktowane z genialnym przymrużeniem oka. Autor „Wizy do przedwczoraj” czerpie garściami z ogranych literackich motywów i zupełnie je ośmiesza. Jest zatem w powieści ta cudowna pierwsza miłość, która niczym u Szekspira powinna scalić amerykański i rosyjski wywiad, jakie dzieli oczywisty konflikt interesów. Owa cudowna pierwsza miłość skończy się – a jakże – pospiesznym ślubem, po którym okaże się, że pan młody jest już dawno żonaty, a jego oblubienica nad uczucie przedkłada lojalność wobec pracodawców. Jest też zbolały bogacz, który nie może się pozbierać po stracie ukochanej, choć niewiernej żony – co nie przeszkadza mu brać udziału w perwersyjnych polowaniach na nagie pseudo-nimfy. Pojawia się też radziecka femme fatale, która uwodzi mężczyzn aż po późną starość, i Diabeł, który gwałci z czystej złośliwości.

Wreszcie na płaszczyźnie fabularnej jest „Pierwszy dzień reszty życia” wciągającą powieścią akcji, która nosi znamiona zarówno literatury łotrzykowskiej, szpiegowskiej jak i przygodowej. Jednak i przy takiej klasyfikacji należy zachować pewien dystans. Drużnikow, bazując na sprawdzonych chwytach, umiejętnie je przekształca. Obok krwawych scen czy długich pościgów znajdują się groteskowe zdarzenia, które wzbudzają raczej śmiech niż dreszcz emocji. To dotyczy także bohaterów – niepokonany tajny agent okazuje się współczesną wersją nieudacznego Wolteriańskiego Kandyda.

Jednak Drużnikow jeszcze bardziej wychodzi poza ramy zwyczajnego sensacyjnego czytadła, nadając swojej powieści element filozoficznej głębi – choć jest to prześmiewcza filozofia. Mam tutaj na myśli kłótnie, jakie toczą ze sobą Bóg i Diabeł. Nie są to jednak postaci znane ze zwyczajowych religijnych wyobrażeń. Przypominają raczej dwóch kumpli od kieliszka, którzy zajadając się rosyjskimi serniczkami zapijanymi winem, zjadliwie acz celnie komentują poczynania bohaterów. I choć twierdzą, że to ludzie są przyczyną swoich nieszczęść, sami nie są pozbawieni wad. Zazwyczaj po prostu umywają ręce od wszelkiego działania, a nawet jeśli mają przypisywaną sobie moc sprawczą, to nie chcą jej używać.

Ostatnia powieść Drużnikowa bazuje na swoistym melanżu – i to jest jej główna cecha, ale też główny atut. Autor „Aniołów na ostrzu igielnym” miesza doświadczenia radzieckie, antyradzieckie i amerykańskie, ale na tym nie poprzestaje. Zestawia to, co nieprzystawalne, łączy sceny humorystyczne z drastycznymi, rymuje filozofię z groteską, nudzi i zaciekawia, stawia zło i dobro pod wspólnym mianownikiem, powagę miesza z ironią, gra na utartych, banalnych konwencjach, aby je zdemaskować, wreszcie autorytarnie przypisuje sobie samemu rozmaite role.

Ten literacki patchwork jest całkiem pokaźny i być może dlatego gubi się w nim przytłoczony motyw przewodni – Gwiazda Generalissimusa – momentami spadający do rangi tła. Ponadto Drużnikow nieustannie balansuje na granicy kiczu, a czasem nawet na wejście w ten kicz sobie pozwala – jednak zawsze ma to swój cel i sens. Autor „Zdrajcy nr 1” zręcznie omija również wynikłe choćby z przeskoków czasowych czy bogactwa form pułapki konstrukcyjne – z godną podziwu konsekwencją układa naprzemiennie opowiadaną historię, umiejętnie stopniuje napięcie, nieraz potrafi zaskoczyć. „Pierwszy dzień reszty życia” pomimo całej swojej prawie nachalnej złożoności, to powieść zaskakująco – a wręcz chciałoby się napisać: irytująco – spójna.

Ostatnie dzieło Jurija Drużnikowa to taka powieść, którą chciałoby się ujarzmić, ale która ujarzmić się po prostu nie da. Krytykując, można wytoczyć różnorakie działa: prostotę, sztampę czy wynikającą z różnorodności rozlazłość. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko, co można podciągnąć pod minus tej książki – nawet wszechogarniający banał prowadzący do farsowego zakończenia czy blednięcie zasadniczego wątku gdzieś na drugim planie – stanowi kolejny element zamierzonej i dobrze przemyślanej gry z czytelnikiem, gry – dodajmy – w której czytelnik jest z góry skazany na przegraną pozycję. I to jest chyba największy i najbardziej złośliwy żart w całej powieści Drużnikowa.
Jurij Drużnikow: „Pierwszy dzień reszty życia”. Przeł. Piotr Fast. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2010 [seria: Don Kichot i Sancho Pansa].