Wydanie bieżące

1 września 17 (161) / 2010

Natalia Gruenpeter, Laura Mulvey,

O KINIE I CZASIE

A A A
Natalia Gruenpeter: Jakie są Pani pierwsze wspomnienia związane z kinem?

Laura Mulvey: Urodziłam się w czasie wojny i dorastałam na wsi, więc nie miałam żadnych doświadczeń z ruchomymi obrazami aż do szóstego roku życia, kiedy moja rodzina przeniosła się do Londynu. Myślę, że pierwszym filmem, który zobaczyłam, był „Nanuk z Północy” Roberta Flaherty’ego, co być może wydaje się dziwne jak na lekturę dziecka. Było to prawdopodobnie związane z tym, że mój ojciec był Kanadyjczykiem i interesował się życiem Innuitów. Kolejne żywe wspomnienie to film „Czerwone trzewiki” Michaela Powella i Emerika Pressburgera. Kluczowym doświadczeniem był moment, w którym stara gazeta zostaje nagle ożywiona, przybiera ludzką postać i tańczy do baletu czerwonych trzewików.

N.G.: Pomiędzy tymi dziecięcymi fascynacjami a pierwszymi tekstami o filmie upłynęło sporo czasu. Stosunkowo późno zajęła się Pani pisaniem. Co było impulsem do sięgnięcia po pióro?

L.M.: Początkowo zadowalała mnie po prostu kinofilia. Dopiero w spotkaniu z feminizmem odkryłam, że wielka przyjemność płynąca z kina była w pewien sposób skażona. Nagle okazało się, że filmy, które tak kochałam, bez skrupułów fabrykowały obraz kobiety jako erotyczny obiekt. Kiedy pojawiła się ta przepaść pomiędzy mną a obrazem, przepaść, której wcześniej zupełnie nie zauważałam, pisanie w naturalny sposób w nią wkroczyło. Czasami myślę, choć może to fałszywe wspomnienie, że jednym decydującym momentem było wrażenie, które wywołał ukochany przeze mnie film Howarda Hawksa „Tylko aniołowie mają skrzydła” z Ritą Hayworth i Carrym Grantem. Moment, w którym Rita Hayworth schodzi ze schodów i wszyscy mężczyźni odwracają się w osłupieniu, był dla mnie chwilą olśnienia. Kiedy obejrzałam ten film jeszcze raz, okazało się, że scena trwała zaledwie trzy sekundy.

N.G.: Czy na to krytyczne myślenie o kinie wpłynęła kontrkultura?

L.M.: Nie do końca czułam się człowiekiem lat sześćdziesiątych, choć pokoleniowo tak właśnie powinno być. Mam wrażenie, że większy wpływ mogła wywrzeć na mnie sytuacja polityczna lat pięćdziesiątych – kampania na rzecz rozbrojenia, demonstracje w sprawie kryzysu sueskiego, wydarzenia w Europie Wschodniej, rozpad brytyjskiego imperium. W latach sześćdziesiątych znalazłam schronienie w kinie, bardzo dużo czasu spędzałam po prostu oglądając filmy.

N.G.: „Przyjemność wzrokowa a kino narracyjne” to tytuł Pani pierwszego ważnego tekstu, który na dodatek od razu wszedł do filmoznawczego kanonu.

L.M.: To chyba przesada. Myślę, że minęło kilka lat, zanim trafił do kanonu. Studia filmoznawcze na uniwersytetach dopiero zaczęły się rozwijać, zauważalny był głód teorii, a ponieważ znaczenie feminizmu rosło, był to także głód feministycznej teorii. Mój artykuł nie powstał jednak w kontekście akademickim Nie pracowałam wówczas na uniwersytecie, wypowiadałam się raczej jako intelektualistka. Styl, w jakim pisałam, otwierał możliwość niezgody, polemiki. Wielu ludzi mogło się z nim po prostu nie zgodzić. Dopiero kiedy stał się centrum debaty, wkroczył w kontekst akademicki.

N.G.: W latach siedemdziesiątych podróżowała Pani do Stanów Zjednoczonych. Co zmieniło się w zderzeniu z kulturą amerykańską?

L.M.: Podróż wiązała się z dwoma ważnymi doświadczeniami. Pierwszym było spotkanie z kinem awangardowym. Będąc w Nowym Jorku na początku lat siedemdziesiątych, poznałam filmy takich twórców, jak Hollis Frampton, Michael Snow, Joyce Wieland. To było niezwykłe odkrycie. Z drugiej strony byłam zdumiona tym, jak Amerykanie gardzili Hollywoodem. W Wielkiej Brytanii nauczyliśmy się kochać kino hollywoodzkie dzięki Francuzom, dzięki „Cahiers du cinéma”. Podążanie za „Cahiers” było niczym doktryna. Natomiast w Ameryce lat siedemdziesiątych rzeczą niepojętą było traktowanie tego kina poważnie.

N.G.: Czy współczesne kino głównego nurtu wciąż ma w sobie tę ambiwalencję, jest jednocześnie pociągające i w jakiś sposób zanieczyszczone?

L.M.: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze powtarzałam, że moja krytyka Hollywoodu wypływała z miłości i głębokiej wiedzy o klasycznym okresie amerykańskiego filmu. Muszę przyznać, że trudno jest mi zbliżyć się do współczesnego kina głównego nurtu.

N.G.: Ważne miejsce w Pani refleksji zajmują melodramaty Douglasa Sirka. W tekście „Fassbinder i Sirk” porównuje Pani filmy „Wszystko, na co niebo zezwala” i „Strach zżerać duszę”. Inspiracja tymi filmami widoczna jest także w kinie współczesnym, w „Daleko od nieba” Todda Haynesa…

L.M.: Haynes powraca do kina lat pięćdziesiątych na zasadzie inspiracji estetycznej. Dotyczy to nie tylko melodramatów Douglasa Sirka. Dostrzegam w „Daleko od nieba” także i echo niektórych filmów Maksa Ophülsa, na przykład „Niebezpiecznej decyzji” jeszcze z końca lat czterdziestych. Z jednej strony „Daleko od nieba” należy więc do współczesnego nurtu kina cytatu, odwołującego się do kulturowego dziedzictwa. Z drugiej zaś film ten jest zdecydowanie czymś więcej. Odnosi się do tej sfery amerykańskiej umysłowości, która opiera się definicji i analizie. Haynes dociera w swoim filmie do momentu, w którym jasne staje się, że problem rasy leży głębiej niż problem akceptacji homoseksualizmu. Ponieważ sam Haynes jest gejem, diagnoza ta wydaje mi się tym bardziej radykalna. Biorąc pod uwagę opór, z jakim niektóre środowiska przyjęły kandydaturę Obamy na prezydenta USA, być może film Haynesa jest nawet bardziej istotny teraz niż kilka lat temu, kiedy powstał.

N.G.: W Polsce jest Pani znana przede wszystkim jako teoretyczka kina, tymczasem zajmuje się Pani także reżyserią. Czy feministyczna teoria filmu była impulsem do tworzenia?

L.M.: Dla mnie zdecydowanie najważniejsza była właśnie teoria filmu wynikająca ze zderzenia kina i feminizmu, natomiast w przypadku Petera Wollena, z którym realizowałam filmy, było to bardziej skomplikowane. Peter był lepiej zaznajomiony z dziejami awangard filmowych, więc z pewnością mógł widzieć naszą działalność właśnie w kontekście tej tradycji. Nasze filmy wynikły ze spotkania feministycznych idei i estetyki awangard filmowych.

N.G.: Jak odnosi się Pani dzisiaj do swoich feministycznych koncepcji? Czy wciąż wiele pozostaje do zrobienia w kwestii odczarowania obrazu kobiety?

L.M.: Jestem pewna, że tak, choć moje obecne zainteresowania odbiegły od problemu obrazowania kobiety. Bardziej zajmuje mnie teraz kwestia przedstawiania i inskrypcji czasu, tego, jak kino zapisuje nie tylko to, co wydarzyło się przed obiektywem kamery, ale także swój własny moment, swoją historię.
Wywiad został przeprowadzony podczas 10. MFF Era Nowe Horyzonty, a jego obszerne fragmenty ukazały się w czasopiśmie „Na horyzoncie” 2010, nr 5. Fot. Maciej Kruczek.