Wydanie bieżące

1 września 17 (161) / 2010

Michał Paweł Urbaniak,

NACHALNE MEMENTO MORI

A A A
Marta Magaczewska, jak sama przyznaje, czuje się najbardziej związana z Bretanią – jej debiutancka powieść jest zatem pewnego rodzaju hołdem złożonym temu niezwykłemu miejscu. To właśnie na tym tle – z jego surowym krajobrazem, bezwzględnym zimnym morzem, dostojnymi kamiennymi kościołami i majestatycznymi, spowitymi w czerń wdowami – rozgrywa się „Zaćmienie”, mroczna historia sytuująca się gatunkowo gdzieś między manifestem egzystencjalnym, powieścią na poły sensacyjną, na poły kryminalną a horrorem.

Wszystko zaś z początku trąci wręcz banalnym harlequinem – przebywający na urlopie Marius Geert – który snuje opowieść – ratuje od śmierci przypadkowo spotkaną młodą kobietę. W nadziei na wakacyjny romans, ale też ogarnięty coraz większą fascynacją, chce zbliżyć się do ocalonej. Tymczasem nieprzystępna i zamknięta w sobie Lydia – bo tak się przedstawia kobieta, choć nie jest to jej prawdziwe imię – zabiera Mariusa w dziwną podróż po kościołach i cmentarzach Bretanii. Co chce osiągnąć? Do czego Marius jest jej potrzebny? Jakie tajemnice skrywa? I – wreszcie – kim właściwie jest?

Na to ostatnie pytanie najtrudniej odpowiedzieć. William Blake we „Wróżbach niewinności” napisał, że jedni się rodzą dla radości, inni zaś dla nocy i ciemności. Lydia to z pewnością przedstawicielka tych drugich. Marius w pewnym momencie stwierdza, że jego towarzyszka jest nieludzka – i ma rację. Lydia na pewno pozostaje postacią niejasną – zasadniczo nie lubi świata, unika kontaktu z ludźmi, ukrywa uczucia, zaś rozmowami kieruje tak, aby nie wydobyto z niej żadnych informacji. Jest kimś nieprzystosowanym do życia, kimś jakby „nietutejszym” – i może w tym należy szukać źródła fascynacji, jaką wywołuje, zarówno w swoim wybawcy, jak i w czytelniku. Więcej światła na tę postać mogą rzucić jej osobiste przemyślenia, dopełniające opowieść Mariusa. Pamiętnik Lydii jest oszczędny – jak ona sama – ale pozostaje świadectwem bólu, cierpienia i frustracji, które nieodłącznie jej towarzyszyły. To zasadniczo zapis nie tyle zdarzeń – jak należałoby oczekiwać po pamiętniku – co uczuć, refleksji, a także małych prób literackich przepełnionych mgłą, krwią, zimnem i czernią. Wszystko sprowadza się do jednego – obsesji, jaką dla Lydii jest śmierć.

Ta bohaterka ma w sobie coś z Andersenowskiego Kaja – można śmiało przypuścić, że w jej oku znajduje się jakiś metaforyczny odłamek szkła, który nie pozwala jej postrzegać świata w jaśniejszych barwach. Lydia nie potrafi czuć szczęścia, nie potrafi kochać, w życiu widzi śmierć, w szczęściu jego koniec, a w miłości cierpienie. Nawet coraz bardziej zakochany Marius nie jest w stanie zmienić tej iście eklezjastycznej filozofii – ulega Lydii i przyjmuje jej zaproszenie na swoisty danse macabre we dwoje.

Zasadniczo to właśnie śmierć, a nie miłość – jak mogłoby się z początku wydawać – jest tematem „Zaćmienia”. Bohaterowie, wędrując po kolejnych kościołach i cmentarzach Bretanii, konfrontują z rzeczywistością własne przemyślenia o śmierci, próbują oswoić swój strach i wyrazić emocje, a wreszcie zrealizować pewne skrywane plany. Dlatego, choć ta pogoń Mariusa za wiecznie uciekającą Lydią to świetny materiał na powieść sensacyjną – i tak przecież „Zaćmienie” można czytać – to jednak jest to coś w rodzaju traktatu egzystencjalnego o próbie odnalezienia się człowieka w umieraniu.

Magaczewska nie tylko z dużą wprawą przeprowadza czytelnika przez intrygującą historię, umiejętnie stopniując napięcie i mnożąc niewiadome, ale również z godną podziwu konsekwencją przedstawia świat, w którym wszystko nie tyle przekazuje, co wręcz wrzeszczy łacińskim memento mori. Służy temu przede wszystkim umiejscowienie akcji w Bretanii – uznanej kiedyś za wrota zaświatów. To tam miały wędrować dusze zmarłych, aby następnie przeprawić się łodzią do krainy cieni. Jednak okazuje się, że wszystkie inne detale są również niejako podporządkowane umieraniu – od fresków przedstawiających taniec śmierci, przez zdechłe ptaki, martwe biedronki, złowieszcze, pełne topielców morze, niezmierzone ogrody, dziwnych ludzi nagle znikających bądź umierających w niejasnych okolicznościach, aż po Ankou – figurkę wyposażonego w kosę szkieletu, która w dawnych czasach była nieodłącznym elementem pogrzebów.

Wędrówka, którą podejmują Marius i Lydia, nieco przypomina tę, którą wieki wcześniej odbył Dante w „Boskiej Komedii”, tyle że w przypadku „Zaćmienia” nic nie jest do końca jednoznaczne – trudno się zorientować, kiedy współczesna Beatrycze zawiodła swojego ukochanego do piekła, kiedy do czyśćca, a kiedy wreszcie do raju. Istotne wydaje się pytanie, czy w tej wszechogarniającej grozie z nieodłączną śmiercią w tle jest miejsce na coś innego niż piekło? Chyba nie. Jedna z bohaterek, staruszka Irene – paradoksalnie właścicielka cichego i spokojnego ogrodu, który mógłby być literackim edenem „Zaćmienia” – stwierdza, że na ziemi nie ma raju.

Porządek tego hermetycznego, przepełnionego mrokiem i śmiercią świata zostaje zakłócony tylko raz, przez osoby będące jakby poza jego zakresem. Pepe i Isabelle – przyjaciele Mariusa – zjawiają się właściwie znikąd i organizują huczne przyjęcie, będące zapewne aluzją do starożytnych bachanaliów. W „Zaćmieniu” to zabawa upływająca na piciu alkoholu, tańcu, flirtach i śmiechu – czas być może radosny, ale jednocześnie koszmarnie pusty. Znaczące, że to właśnie w odniesieniu do tej sytuacji pojawia się jednoznaczne określenie: „piekło”.

Jednak „Zaćmienie” nie jest jedynie uwspółcześnionym dziełem Dantego, umoralniającą wędrówką, zwracającą uwagę na tę nieprzebraną tajemnicę życia, o której chcielibyśmy zapomnieć. Ta opowieść to również starcie dwóch niejako przeciwnych światów. Bo też Marius i Lydia nie są bohaterami w ścisłym tego słowa znaczeniu. To raczej pewne figury, przedstawiające określone wartości, reprezentujące odmienne spojrzenie na świat.

Marius nie wydaje się nikim szczególnym. Można powiedzieć, że jest wręcz przeciętny – doskonale przystosowany do życia, akceptujący wszelkie jego reguły. Przyjeżdża do Bretanii nie tylko w celach urlopowych – jako astronom z zamiłowania, chce napisać artykuł do czasopisma naukowego. Snując uczone wywody o Plutonie (nota bene obiekcie wkrótce wypisanym z rejestru planet Układu Słonecznego, co sytuuje Mariusa w szeregu ambasadorów spraw chybionych) i jego wpływie na psychikę czy kondycję człowieka, nawet nie zdaje sobie sprawy, że zetknie się z tajemnicą, która okaże się nie mniej pasjonująca niż kosmos.

Tym przepełnionym sekretami mini-kosmosem jest właśnie Lydia. To ktoś, kto wymyka się naukowym klasyfikacjom, bardziej związany ze światem zjawisk nadprzyrodzonych, niż z tym, co ziemskie i realne. Lydia nienawidzi świata – piętnuje maskaradę, jakiej podlegają wszyscy ludzie, lekceważy prawidła życia. Dla niej istnieje tylko śmierć, czyli to, co w dzisiejszej kulturze zamiata się pod przysłowiowy dywan, coś, co zbywa się eufemizmami bądź milczeniem, coś, o czym nie chce się pamiętać. Bohaterka Magaczewskiej – czy to przez konfrontację z Mariusem, czy przez swój pamiętnik – zadaje kłopotliwe pytania, zmusza do zastanowienia i refleksji. Sama jest związana bardziej ze śmiercią niż z życiem, stanowi reprezentantkę tych tajemniczych dusz, które błąkają się po brzegach Bretanii – jeśli wierzyć słowom jednego z bohaterów, takie dusze wracają na ziemię trzy razy (warto zauważyć, że Lydia kilkukrotnie podejmuje próby samobójcze) i żyją w pośrednim świecie, w którym związane są jeszcze ze światem żywych, choć już do niego nie należą. O ile partner Lydii – naukowiec – to przedstawiciel oświeceniowego mędrca z jego szkiełkiem i okiem, o tyle ona sama uosabia wszystko, co nadprzyrodzone – sama jest kimś właściwie usytuowanym na pograniczu życia i śmierci, momentami bardziej przypominającym sugestywną iluzję niż realnie istniejącego człowieka. Wrażenie nieuchwytności potęguje także używanie przez nią trzech imion – Lydia przedstawia się również jako Mara i Vivienne. Ona też przejmuje realną władzę nad Mariuszem, czyli poznaniem naukowym, doświadczalnym – wkrótce zostaje on jej marionetką. Odpowiedź na pytanie „kto jest kim” w powieści to zresztą jeden z przysłowiowych asów w literackim rękawie Magaczewskiej.

„Zaćmienie” to historia niezwykle mroczna, podejmująca ciągle ważkie kwestie, pozostające bez odpowiedzi. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym szczelnie zamkniętym świecie, do którego niemal nic poza śmiercią nie ma dostępu, tej śmierci jest za dużo. Oczywiście, łacińskie przesłanie memento mori nic nie straciło na aktualności, co więcej, raczej nigdy nie straci: śmierć zabierze każdego. Jednak ile można o tym czytać? Kiedy nawet śmierć przestaje być wzniosła, a zaczyna być śmieszna? Odpowiedź jest prosta – przez nadmiar. To właśnie on powoduje, że Lydia – świadoma przemijania swego i najbliższych, przepełniona cierpieniem i poczuciem bezsensu istnienia – w pewnym momencie staje się komiczna. Dla niej nie istnieje nic poza nieuchronną śmiercią i bezustanne czepianie się tej myśli jest nie tylko męczące i nudne, ale i – paradoksalnie – zabawne.

Wpisanie tej historii w symboliczny czas wakacji to bardzo przemyślany krok – przecież urlop jest właśnie tym okresem, w którym możemy niejako porzucić swoje życie z jego utartymi schematami i codzienną rutyną, aby otworzyć się na coś nowego (choćby to miało być przewartościowanie światopoglądu i samobójstwo). Jednak zupełne odcięcie się od przeszłości powoduje, że zarówno Lydia jak i Marius jako bohaterowie są mało przekonujący. Brak choćby jednej porządnej retrospekcji sprawia, że nie można dostrzec ułożonego świata Mariusa, z którego zostaje on wyrwany. Nie sposób też doszukać się realnego cierpienia Lydii – ona tylko szafuje nazwami uczuć w swoim pretensjonalnym i do niemożliwości wypełnionym patosem dzienniku. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że jedna czy dwie opisane sytuacje wyraziłyby więcej niż tysiąc egzaltowanych słów.

I to jest właśnie główny zarzut, jaki trzeba postawić „Zaćmieniu” – brak równowagi. Nie można żyć samą wzniosłością, nie można żyć wyłącznie myślą o śmierci, nie można jedynie przemawiać – jak to robią bohaterowie, czy raczej te figury, które za bohaterów mają uchodzić – trzeba też prowadzić dialog. „Zaćmienie” mogło być wyśmienitą powieścią egzystencjalną, a także świetnym horrorem, czy nawet intrygującą książką sensacyjną – jednak wypełnienie treści niemal wyłącznie wielkimi słowami sprawia, że ciekawy pomysł Magaczewskiej zamienia się we własną parodię: to, co miało przejmować, śmieszy, to, co miało zastanawiać, nudzi.

Ta historia nie zmienia – pomimo tego, co deklaruje z początku Marius Geert przypadkowemu człowiekowi, który chce go wysłuchać. Ta historia na pewno intryguje, ta historia na pewno została gruntownie przemyślana – o czym świadczy dobra konstrukcja, konsekwencja w kreowaniu powieściowego świata i zaskakujące zakończenie, scalające wszystkie elementy układanki. Jednak zasadnicze przesłanie zostało nieco spłaszczone przez zachwiane proporcje i nadmiar patosu. „Zaćmienie” Marty Magaczewskiej – ze względu na wszystkie swoje niedociągnięcia – nie jest może literackim fenomenem, ale – ze względu na wszystkie swoje walory – na pewno bardzo obiecującym debiutem
Marta Magaczewska: „Zaćmienie”. Wydawnictwo Janka. Prószków 2010.